Z pamiętnika bezrobotnego nauczyciela

Ocena: 
0
Brak głosów

Wracając pamięcią do tamtych miesięcy mogła bez przesady powiedzieć, że tydzień zaczynał się i kończył na poniedziałku, kiedy to wertowała kolejne numery dodatku „Gazeta Praca”. Początkowo interesowały ją oferty z działów „Edukacja” oraz „Biuro i administracja” – zakreślała numery telefonów i adresy mailowe, mijały tygodnie odmierzane wysyłaniem niezliczonych listów motywacyjnych i czekaniem na telefony ze strony pracodawców. Ci czasem dzwonili, jechała wówczas na rozmowę kwalifikacyjną z dyrektorami szkół oraz właścicielami firm, pracę jednak dawano ostatecznie komuś innemu. Stopniowo rozszerzała poszukiwania na rubryki „Gastronomia i turystyka”, „Zasoby ludzkie”, „Sprzedaż i marketing” oraz „Inne oferty pracy”, by w końcu odpowiedzieć na ogłoszenie z działu „Praca za granicą”. Zagraniczny pracodawca, oferujący zajęcie w domach spokojnej starości w nieznanym jej angielskim hrabstwie uznał, że doskonale się sprawdzi jako opiekun rezydentów tej placówki. Zdecydowała się na wyjazd z kraju.

Spędzała tygodnie na kompletowaniu potrzebnych dokumentów i ich angielskich tłumaczeń. Poniedziałkową „Gazetę” wertowała już tylko pobieżnie i wyrzucała do kosza, niczym młokos pozbywający się „świerszczyka” do którego się przyzwyczaił. Dni szybko mijały, pewnego jesiennego popołudnia wybrała się na przechadzkę po mieście. Od czasu, gdy otrzymała wspomnianą posadę w Anglii, zaczęła uważniej przyglądać się starszym ludziom. Na ogół skromnie ubrani, nierzucający się w oczy, znaleźli się niejako na obrzeżach życia. Zdawali się dzielić jej los. Oni, z racji wieku, ona – bezrobotna, wykluczeni z głównego nurtu, „jak grosz, co wyszedł już z obiegu”.

Kobieta, na którą zwróciła uwagę, kupowała ziemniaki w ulicznym warzywniaku. Z wyglądu miała siedemdziesiąt lat, drobna, pokryta plamami twarz znamionowała kłopoty ze zdrowiem. Niewysoka, chuda i bardzo schludnie ubrana. Spódnica i płaszczyk, których fason zdradzał, że kupiono je dobrych trzydzieści lat temu, były  dobrze utrzymane i czyste. Na głowie miała beret, pasujący kolorem do szarego golfiku, w ręku trzymała brązową torbę na zakupy. Nie mówiła nic, ale twarz o niezdrowej cerze pokazywała ledwo co powstrzymywaną złość. Denerwowała ją rozmowa kilku pań, które narzekały na pogodę, nie pasującą ich zdaniem do października, lecz do listopada czy nawet grudnia. Po zapłaceniu za kilogram ziemniaków zwróciła się w ich stronę, otworzyła usta i bardzo wyraźnie, głosem nieznoszącym sprzeciwu, powiedziała:

– Pogoda jest taka, jaka ma być! – Po czym odwróciła się na pięcie i poszła w swoją stronę.

Słowa te zrobiły pewne wrażenie. Starszy pan, stojący spokojnie w kolejce, zrezygnował z zakupu porcji witamin i ruszył jej śladem. Nie mając nic lepszego do roboty postanowiła zobaczyć, co z tego wszystkiego wyniknie. Wyraźnie zafascynowany mężczyzna nie czekał zbyt długo, by przejść do rzeczy – po krótkim marszu zrównał się z panią w berecie, ukłonił i powiedział:

– Bardzo mnie zainteresowała pani rozmowa przy straganie na Inżynierskiej!

Kobieta zatrzymała się również i obrzuciła go surowym, oceniającym spojrzeniem. Obrzuciła, mruknęła coś i pomaszerowała dalej – chuda i wyprostowana niczym żołnierz. Postał przez chwilę w miejscu, wyraźnie jednak nie był z tych, którzy poddają się przy pierwszym niepowodzeniu. Po chwili zbliżył się do nieprzystępnej osoby i zaczął mówić:

– Przepraszam bardzo za śmiałość. Może powinienem się przedstawić! Nazywam się Edward Saczyński.

Patrzyła przez chwilę, brązowe oczka wyrażały prawdziwą złość.

– Nic mi do tego, jak się pan nazywa – powiedziała bardzo dobitnie. – Ani gdzie pan mieszka – dodała po namyśle, po czym ruszyła z miejsca.

To również nie zniechęciło staruszka, który ruszył za nią, utrzymując wprawdzie dystans, ale wyraźnie szykując się do rozpoczęcia rozmowy.

– Proszę o wybaczenie, ale jesteśmy sąsiadami – rzekł, kiedy zrównał się z kobietą po raz trzeci. – Mieszkam na Namysłowskiej dzie…

– Odczep się, dziadu, albo zawołam policję! – przerwała głosem, od którego przechodziły ciarki. – Ja ci na starość dupy nie będę podcierać!!!

Do Anglii ostatecznie nie pojechała. Przeglądając lokalną gazetę, znalazła ogłoszenie o naborze współpracowników. Był to nowy na rynku tygodnik, postanowiła, że napisze kilka artykułów i zaniesie je do „Echa Popławia”.

 

*

 

W redakcji „Echa” odbywało się poranne posiedzenie. Cztery młode osoby czekały, aż Antoni Maślanka skończy rozmowę telefoniczną. Po dłuższej chwili szef tygodnika odłożył słuchawkę i powiedział:

– Moi państwo, jak zwykle muszę zapytać, czy macie jakieś pomysły?

– Chciałam pisać o bezrobociu wśród pielęgniarek. W Urzędzie Pracy mówią, że około czterdziestu chce wyjechać do Anglii – odezwała się jasnowłosa dziewczyna.

Maślanka obrzucił ją wzrokiem.

„Za chuda, stanowczo za chuda!” – pomyślał. „Przeklęte gazety, robią z kobiet anorektyczki!”

– Dobrze, Aniu, to ciekawy temat! – pochwalił.

– Ja też o bezrobociu! – zaczęła druga z dziewczyn. – Jest w Popławiu Związek Urzędników Bez Pracy, znam jego szefową, może zgodzi się udzielić mi wywiadu!

Redaktor zatrzymał na niej spojrzenie – była niską brunetką, on lubił wysokie blondynki, nikt jednak nie jest doskonały. Przynajmniej miała nadwagę… Zauważył ładne, ciemne oczy i lekko zadarty nosek. Krągłe nogi dziewczyny wydały mu się całkiem kształtne, ocenił aprobująco duży biust i powiedział:

– Też ją znam. Próbuj, Justyno!

„Może coś z tego wyjdzie!” – pomyślał.

– A ja, ten, o weteranie II wojny, jego oddział bronił Polaków na Wołyniu – odezwał się jeden z chłopaków.

– To już było, Adam! – zauważył jego sąsiad.

– Maciek ma rację! – odpowiedział Maślanka. – Artykuł o starym nie przejdzie. Już tyle osób o nim pisało! Dajmy mu spokój, dobrze? Nas interesują historie – powiedzmy – z dnia dzisiejszego!

– A o czym tu pisać w Popławiu? – wyszeptał z widoczną rezygnacją Adam.

Przez chwilę panowało milczenie, przerwane wejściem krótkowłosej blondynki.

– Cześć wszystkim, cześć, Antek! Ja tylko na chwilę, wpadłam zabrać aparat. W Białopolu znaleziono ludzką nogę!

Młodzi ludzie patrzyli na nią z podziwem i zazdrością.

– Mam temat – powiedział Maciek po wyjściu dziewczyny. – Kończy się rok szkolny, a we wrześniu wielu nauczycieli nie dostanie godzin w szkołach!

– Bardzo dobrze, trzeba o tym napisać! – pochwalił Antoni.

– A ja, ten… Nie mam dzisiaj żadnego pomysłu – rzekł Adam.

Pozostali patrzyli z dezaprobatą. Redaktor zerknął przez okno: ulicą przechadzały się dziewczyny w krótkich spódniczkach i zakochane pary…

 

*

 

Redaktor „Echa” siedział w zagraconym kantorku, z czego nie był specjalnie zadowolony. Mógłby przekraczać właśnie próg mieszkania, zdejmować płaszcz i siadać do wyśmienitego obiadu. Matka wspominała o knedlach w sosie koperkowym, przygotowanych w jakiś specjalny sposób. Zamiast tego wciąż był jeszcze w pracy, przed nim zaś, na krzesełku zajmowanym zazwyczaj przez stos najróżniejszych gazet, siedziała kobieta. Miała loki równie ciemne jak te, którymi pyszniła się widoczna na wiszącym na ścianie plakacie rozebrana ślicznotka, jej oczy były czarne jak u atrakcyjnej „dziewczynki”, na tym jednak kończyło się podobieństwo. Włosy pani Justyny, dość krótko obcięte, założone niedbale za uszy, zwisały w niechlujnych strąkach, oczy zaś… Antek, który pochwycił przelotne spojrzenie tych oczu, był zniesmaczony ich wyrazem.

 Słuchaj, dzieweczko! – podsunęła mu życzliwa pamięć. – Ona nie słucha…

Cóż jednak było robić? Zgodził się porozmawiać z nieobecną duchem współpracownicą, więcej, miał wobec niej pewne zamiary. Obiecał, że zapozna się z przyniesionym artykułem, wertował kartki, które mu podała, przyglądając spod oka dziewczynie. Średnio mu się podobała – nosiła workowate swetry, kurtki jak po starszym bracie, szerokie spodnie skutecznie ukrywały całkiem niezłe nogi. Z drugiej jednak strony, miała duży biust, na który czasami zerkał. Zadarty nosek nadawał okrągłej twarzy nieco dziecinny wyraz. Cechował ją łagodny, spokojny charakter, to cenił w niej najbardziej.

Po kilku minutach czytania Maślanka przerwał, wyprostował przygarbione plecy i spojrzał za otwarte okno. Maj nadszedł, jak to miał w zwyczaju, kiedy jednak po wielu deszczowych tygodniach rozpoczęły się długie, rozjarzone słońcem dni, ludzie czuli się nieco odurzeni otaczającym ich nadmiarem. Błyszczące niebo, żywe liście i trawa, ciepłe od słońca powietrze…  Świat był powabny i pociągający, twarze nabierały kolorów, ramiona i plecy czerwieniały pod wpływem gorąca. Kudłatego dziennikarza upał nie krzepił jednak, lecz męczył. Było to bardzo nieprzyjemne.

„Czy oni wiedzą! Wiedzą, jak się pisze artykuł!” – pomyślał. Nie mając ochoty na dalsze czytanie, zdjął okulary, starannie złożył kartki papieru i zapytał dziewczynę, czy ma ochotę na spacer.

– Czemu nie? – odparła, lekko się czerwieniąc.

Opuścili redakcję, Maślanka zamknął drzwi i uruchomił alarm. Minęli wyłożone kocimi łbami centrum miasta i poszli w stronę parku. Milczeli, zdawał sobie sprawę, że na nim spoczywa ciężar doprowadzenia sprawy do końca. Przeklinał swój brak doświadczenia, nie wiedział, jak ma rozpocząć.

– Ładna pogoda! – powiedział, chcąc przerwać milczenie.

– To prawda – potwierdziła bez przekonania.

Zaczęła mu się przyglądać, musiała wreszcie zrozumieć, że nie o artykuł tu chodzi. Zastanawiał się, co o nim myśli, czy się jej podoba. Wiedział, że jest znacznie młodsza – dzieliło ich dziesięć lat, to dużo. Szli obok siebie w milczeniu. Znajdowali się w tym samym parku, gdzie przed rokiem spotkał Królową z Wiśniowego Sadu. Poszukał oczami ławeczki, która była świadkiem największego upokorzenia w jego życiu i ruszył w tamtą stronę. Zaproponował, żeby usiedli. Zajęli miejsca w pewnej odległości od siebie.

– Nie jest zły ten twój artykuł! – zaczął Maślanka. – To ciekawy temat. Znasz szefową ZUP-u, prawda?

– Tak, dosyć dobrze. Mówiła, że nie może udzielić mi wywiadu.

– Dlaczego? – zapytał.

– Twierdzi, że Związek i tak ma kłopoty.

– Dość dziwny argument, artykuł mógłby coś pomóc! – zauważył dziennikarz. – Ale skoro tak mówi, nie będziemy się kłócić.

Milczeli przez chwilę.

– Wiesz, tu ją spotkałem, tę Monikę Wójcicką! – powiedział. – Czytałaś o całej sprawie, prawda?

Potwierdziła skinieniem głowy i lekko się uśmiechnęła.

– Prawdę mówiąc, zawsze się zastanawiałam, czemu pan się na nią rzucił? – rzekła.

– Mów do mnie Antek! – poprosił. – Jak ci powiem, będziesz się ze mnie śmiała.

– Nie będę! – obiecała.

– Ta kobieta, widzisz… Chwaliła się, że miała wielu facetów. Nabijała się, bo jestem singlem.

Justyna uniosła lekko brwi.

– Myślisz, że jestem kompletnym świrem, bo ją uderzyłem? – zapytał.

– Też się kiedyś biłam! – przyznała. – Dobrze cię rozumiem.

Opowiedziała, jak walczyła z szefową zakładu, gdzie w zamierzchłych czasach przyuczała się do zawodu. Rozbawiła go ta historia, wyobraził sobie Justynę, szarpiącą się z nieznajomą fryzjerką. Doszedł do wniosku, że dziewczyna coraz bardziej mu się podoba.

– Mamy sporo wspólnego! – powiedział, przysuwając się bliżej. – Myślisz, że to wystarczy, żeby pójść razem na pizzę?

– Na pewno! – odparła i zaczerwieniła się znowu.

 

*

 

W redakcji „Echa Popławia” odbywało się kolejne posiedzenie. Antek Maślanka i jego współpracownicy przysłuchiwali się dziewczynie, która parę tygodni wcześniej chciała pisać o ludzkiej nodze.

– Jak wiecie, znaleziono resztę szczątków oprócz głowy. To Kura, miejscowy meliniarz, trzecia osoba, która zniknęła bez wieści! Wszyscy na wsi wiedzieli, kto za tym stoi, ale bali się mówić. Teraz się odważyli. Kryminalista, który wyszedł rok temu, załatwiał kolegów od kielicha. Mieszkał z matką…

Opowieść przerwało wejście pięćdziesięcioletniego mężczyzny w garniturze, który uśmiechał się do zebranych.

– Witam kolegów, dzień dobry, Antek! – Tamci kiwnęli mu głowami. – Nie przeszkodziłem? Możesz poświęcić mi chwilę?

– Oczywiście, Andrzej, zapraszam! – powiedział redaktor podnosząc się z krzesła i kierując do biura. Pozostali wrócili do stanowisk komputerowych. Nowo przybyły uśmiechał się uprzejmie.

– Nie otrzymałem jeszcze maila z odpowiedzią, czy ukaże się mój artykuł o Święcie Pszczoły w Czułczycach?

– Ukaże się, wyślę go do druku! – zdecydował po chwili Maślanka.

Nie był pewien, czy to dobry pomysł, nie chciało mu się jednak tłumaczyć przed Andrzejem. Myślał o Justynie, która jeszcze się nie zjawiła. Zgadywał się, dlaczego nie przyszła – w porannym numerze „Dziennika Popławskiego” ukazał się wywiad z szefową ZUP-u, która nie chciała z nią rozmawiać. Przypuszczał, że czuje się ośmieszona, miał nadzieję, że pokaże się w redakcji, ale tak się nie stało. Czekał na nią cały dzień. Po południu zdecydował, że powinien zadzwonić.

– Cześć! Co słychać? Nie było cię, coś się stało? – zapytał.

– Szukam materiału – rzekła.

– Jesteś na mieście? Może się spotkamy?

Czekał na odpowiedź, mnąc w ręku kartkę papieru, ucieszył się, gdy powiedziała: „Tak”.

 

*

 

 Zobaczył ją koło drewnianej studni, zdobiącej centrum miasta, miała na sobie sukienkę, odsłaniającą pełne ramiona. Pomyślał, czy chciała ładnie wyglądać, bo miała się z nim zobaczyć. Sprawiło mu to przyjemność.

– Czekałem na ciebie! – wyznał. – Dlaczego nie przyszłaś?

– Zgadnij.

– Przez tę pindę, która zrobiła cię w konia? Nie traktuj tego jako obrazy. To nic osobistego!

– Właśnie, że tak! – zaprzeczyła z goryczą. – Ty nie rozumiesz!

Powiedziała mu, że przez pół roku pracowała jako wolontariusz w ZUP-ie. Siedzieli obok siebie na błyszczącej nowością ławeczce, zerkał na zarumienione policzki dziewczyny, cieszył się z jej towarzystwa. Chciał, żeby go lubiła.

– To niczego nie zmienia! – stwierdził, kiedy skończyła mówić. – Na przyszłość nie ufaj ludziom, którzy robią wokół siebie dużo zamieszania.

– Łatwo tak mówić! – rzekła. – Nie wiesz, jak to jest. Nic mi się nie udaje!

– Ja nie wiem? – zapytał, kładąc rękę na jej ramieniu. Pozwoliła się objąć. – Mam trzydzieści osiem lat, a wciąż mieszkam z rodzicami! Wiesz, dlaczego pobiłem Wójcicką? Nazwała mnie impotentem!

Rzuciła zaskoczone spojrzenie – przyszło mu do głowy, że wstanie i odejdzie, zostawi go samego. Nie chciał na to pozwolić, w desperackiej próbie zatrzymania Justyny pochylił się ku niej, zamknął oczy i pocałował zamknięte usta. Trwali tak przez dobrą chwilę, nadal ją obejmował, przyciągając lekko głowę. Kiedy się odsunęli, poczuł ulgę, jak po przebytej próbie. Był ciekaw reakcji dziewczyny, ta lekko się uśmiechnęła.

– Masz rację, że mamy dużo wspólnego! – powiedziała. – Myślisz, że wystarczy, żeby pójść razem na te sławne pieczone gęsi?

– Nie jem mięsa! – powiedział. – Ale jak ci zależy…

– Nie zależy! – zdecydowała. – Pójdziemy na pizzę, jak wcześniej.

Ujął rękę Justyny, przez chwilę mierzyli się wzrokiem, jakby próbując zrozumieć. Przesunął palcami po ciemnych włosach, przygryzła lekko wargę, nabrał oddechu i znowu ją pocałował. Przytulali się na wyłożonym kocimi łbami deptaku, szczęśliwi, niedowierzający, że udało im się odnaleźć.

                                                 

                                                             *

 

Minął rok. Wraz z końcem deszczowego maja zaczęły się upalne, rozgrzane słońcem czerwcowe tygodnie. W przylegającym do domu Maślanki ogrodzie pyszniły się wysokie malwy, jedna z nich wsuwała się przez półotwarte okno do niedużego salonu, gdzie przyjmowano gości. Owalny stół przykryty był wykrochmalonym obrusem, rodzice Antka oraz wujostwo zajadali łazanki z kiszoną kapustą. Matka dziennikarza zerkała z ukrytą niechęcią na wpatrzoną w niego Justynę.              

– Miód, panie, miód, tego – rzekł wujek, obcierając wąsy. –  Moje gratulacje, panie redaktorze naczelny. Założyłeś gazetę, ho ho.                                                                                                                                  

– Tak, mamy ekipę, troje dziennikarzy i Ania, która zbiera reklamy i ogłoszenia – powiedział Antek.                                                                                                  

– Wszyscy są z „Dziennika” – wtrąciła Justyna. – Ex szefowa przysięgała, że „Echo” przetrwa po jej trupie, ale na nic się zdały intrygi, jest w Popławiu nowy dziennik.                                                                                                          

– To też moja zasługa – odezwała się Maślankowa. – Mieszkał z matką, to i nie wydawał zbyt wiele na swe utrzymanie. Tak syn sobie uskładał kapitał...

– Dziękuję ci bardzo. – Antoni zerknął w stronę Justyny i chrząknął. – Może już nie będę wykorzystywał twojej gościnności, bo chcemy wynająć mieszkanie.

– Jak to? Razem wynająć? – żachnęła się przestraszona matka. – Tak bez ślubu? Ja ci swojego pozwolenia nigdy nie dam!

– A kto o pozwolenie prosi! – rzekł dobitnie Maślanka.                                                                                                              

Matka otwarła usta w oburzeniu, ale się nie odezwała. Po obiedzie długo siedziała samotnie w kuchni, wyglądając przez okno. W przylegającym do domostwa sadzie widać było Antka i Justynę, bawiących się ze skaczącym na nich pieskiem.

– Podoba ci się synowa? – zapytał wujek, wchodząc do pomieszczenia.

– Nawet mi nie mów! – wyszeptała matka. – Ledwo tamto przycichło, to drugą mi sprowadza. Będą nowe kłopoty...

– Jak się skończyło z tą całą Królową?

– A jak się miało skończyć? Zgodziła się na ugodę, odczepiła się, jak jej dobrze zapłacił – odpowiedziała ponuro.

– Ile o tej historii napisali w jego dawnej gazecie! – rzekł z ukrytym zadowoleniem wujek. – Ale twój Antek ma prawie czterdzieści lat, pora by mu się ożenić.

– Wiesz, nie każdy stworzony do życia w małżeństwie! On tyle lat był sam, ma swoje przyzwyczajenia. Ja nie jestem za tym, żeby on się wiązał, nie – kręciła głową matka.                                         

– Oj, chyba skończyły się twoje rządy! Syn zaczął robić rzeczy na „p”!                                            

Wujek śmiał się długo i serdecznie, patrząc na uganiającą się wśród starych jabłoni parę.