Wilcze leże – Andrzej Pilipiuk

Z historią im do twarzy

Beata „Powiało Chłodem” Mróz

Któż z miłośników szeroko pojętej fantastyki nie zna twórczości Wielkiego Grafomana, największego piewcy polskiej wsi od czasów Władysława Reymonta – Andrzeja Pilipiuka? Tytana pracy, który regularnie uszczęśliwia swoich fanów kolejnymi książkami? Raptem rok temu mogliśmy poznać nowe przygody wiejskiego egzorcysty-amatora, kłusownika i hieny cmentarnej – Jakuba Wędrowycza, by w te wakacje przeżywać przygody z innymi, dobrze znanymi bohaterami prozy pana Andrzeja – Robertem Stormem i Doktorem Skórzewskim. Nakładem Fabryki Słów ukazała się bowiem dziewiąta już antologia opowiadań bezjakubowych zatytułowana „Wilcze leże”.

Zbiór składa się z dziewięciu różnych historii, które najczęściej dotyczą niezmordowanych poszukiwań i nieco dziwnych przypadków Roberta Storma – „handlarza starzyzną”, posiadającego niezwykły talent do odnajdywania nawet najbardziej zapomnianych przedmiotów. Ponadto znajdziemy tu także dwa opowiadania o doktorze Skórzewskim („Promienie X” i „Ci, którzy powinni pozostać”) i dwie opowieści niezwiązane (tytułowe „Wilcze leże” i „Samobójstwo w Maślicach”).

Pilipiuk w „Odległych krainach” stawia przed Stormem zagadkę zniknięcia całej żydowskiej rodziny i znacznie przesunięte w czasie „wyparowanie” niepełnosprawnego chłopca. Wplątanie w to mistycznej księgi, mającej otwierać dowolne drzwi na świecie, zaskakuje i budzi chęć sprawdzenia, czy jest ona wymysłem autora, czy też istniała naprawdę. „Promienie X” dość długo ukrywają swój fantastyczny charakter. Mimo że cała fabuła kręci się wokół wilkołactwa jako takiego, nie mogłam przestać myśleć, że jest to zwykłe wiejskie bajdurzenie. A przynajmniej tak zostało przedstawione. Wprowadzenie czytelnika w błąd było jednak celowym zamysłem autora, ponieważ kilka ostatnich zdań zmienia całe postrzeganie historii. „Lalka” znów przenosi nas do Warszawy i przygód Roberta Storma. Tym razem fabuła rodem z filmu szpiegowskiego naprawdę wciąga, choć smuci, że nie wszystko wyjaśniono – na przykład nie dowiadujemy się, kto naprawdę znalazł teczki z tajnymi dokumentami. I chyba właśnie tego zabrakło mi w tym tekście – rozwiązania tajemnicy. Podobnie jest z „Cmentarzyskiem Marzeń”. Cudowna sprawa poszukiwań, możliwe że nieistniejącego rękopisu Kornela Makuszyńskiego, jest moim zdaniem opowiadaniem urwanym, ewentualnie zakończonym w dość dziwny sposób. Takiemu cudownemu wyzwaniu należałby się chyba nieco bardziej epicki finał.

Tytułowe „Wilcze leże” uważam za najlepszą historię antologii. Opisane są w niej losy młodej Żydówki na początku zaraz z początków Drugiej Wojny Światowej, kiedy to jeszcze nie wiadomo było do końca, czym są obozy koncentracyjne. Razem z nią przeżywamy przygotowania do ucieczki i dylematy moralne, chociażby te związanie z okradzeniem państwa, u których pracuje. Instynkt przetrwania jest jednak silniejszy. Nie da się ukryć, że dziewczyna miała też nieco szczęścia, ale czasem właśnie od tego zależało przeżycie. Samo opowiadanie jest pełne. Nie ma w nim zbędnych czy nadmiarowych elementów i czyta się naprawdę przyjemnie. Odpowiednio trzyma w napięciu i nie stawia przed bohaterami nie wiadomo jakich wyzwań i mimo wplątania w nie sił nadprzyrodzonych, wydaje się być aż do bólu prawdziwe. Z kolei „Relikwiarz” jest, moim zdaniem, chyba najciekawszą przygodą Roberta Storma w tym zbiorze. Sprawnie przeprowadzone poszukiwania, przedstawienie konkretnej wiedzy  we właściwych miejscach, odrobina szczęścia i to nietuzinkowe rozwiązanie, przyprószone nutką niezwykłości stanowią składniki naprawdę zacnego tekstu. W sam raz, żeby się człowiek zastanowił, jak z tymi relikwiami mogło być naprawdę.

Nie można nie zauważyć, że w miarę ewolucji twórczości Pilipiuka, wątki fantastyczne czy elementy niesamowitości w jego opowiadaniach są coraz bardziej marginalizowane. Stanowią jedynie dodatek do historii właściwej, bardziej sprytny sposób na wywołanie zaskoczenia w czytelniku niż oś właściwą opowieści. W przypadku „Samobójstwa…” pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że tego elementu nie posiada wcale, pojawia się jedynie motyw przyszłościowego wynalazku pozwalający podciągnąć opowiadanie pod science fiction. Z kolei wszystkie dotyczące Roberta Storma teksty z tego zbiorku są niemal do oporu wypchane ciekawostkami historycznymi niekoniecznie związanymi z fabułą. Głównie w momentach, gdy bohater świadomie (lub nie) chwali się swoją wiedzą. „Mówi” jak najbardziej ciekawie i czyta się go z niemałym zainteresowaniem, ale stopniowo upodabnia to całość zbioru do książki historycznej.

Fanów prozy pana Andrzeja najnowsza książka z pewnością ucieszy. Autor jak zwykle jest doskonałym gawędziarzem, którego czyta się z niemałą przyjemnością. Na nieszczęście dla fabuł, uwielbia też popadanie w historyczne dygresje, choć niezwykle ciekawe, to nie pchające akcji do przodu. Ich nadmiar sprawia, że momentami ma się wrażenie obcowania z podręcznikiem do historii. Choć z drugiej strony, gdyby tak uczono mnie w szkole, z pewnością więcej wynosiłabym z lekcji.

Tytuł: Wilcze leże
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawca: Fabryka Słów
Data wydania: 2017
Liczba stron: 400
ISBN: 978-83-7964-245-8

Odpowiedzi

Ciekawie napisana recenzja. Naprawdę. Tylko korekta coś nieudana. Takie, dla małego przykładu, zlepki w stylu "kolejnyminowymi", "niesamowitościzwykłości", "nadmiarsycenie" jednak nieco utrudniają czytanie i odbiór tekstu.

za zwrócenie uwagi. Faktycznie, wkradło się kilka błędów, lecz nie wynikły one z braku korekty. Przyczyna była czysto techniczna.
Niemniej wszystko zostało już naprawione.

Marek Ś. aka terebka