Wszyscy patrzyli, nikt nie widział – Tomasz Marchewka

Grając znaczonymi kartami

Magdalena Makówka

Fantasy łotrzykowska nie od dziś cieszy się dużą popularnością. Któż nie lubi czytać o złodziejach, którzy przy bliższym poznaniu okazują się całkiem sympatyczni? Tak jak w przypadku każdego poczytnego gatunku, wydawcy publikują pozycje zarówno wartościowe, jak i wtórne i niewnoszące nic nowego. Czy Tomasz Marchewka ustrzegł się powielania schematów i napisał powieść na miarę Scotta Lyncha?

Niełatwo zrobić karierę w Hausenbergu, zwłaszcza gdy jest się początkującym szulerem. Z takim wyzwaniem musi poradzić sobie Slava, marzący o sławie największego kanciarza w historii miasta. Posiada wszystkie cechy potrzebne, aby tego dokonać: nutkę bezczelności, talent do karcianych sztuczek i szkolenie pod okiem najlepszego z oszustów Hausenbergu. Do tego do pomocy ma niezawodnego przyjaciela Petra, który sam nie jest debiutantem w przestępczym światku miasta. Życie Slavy znacznie się  skomplikuje, gdy zwróci na siebie uwagę zbyt wpływowych osób, niemających skrupułów w dążeniu do zamierzonego celu i nieprzebierających w środkach. Jakby tego było mało, okaże się, że osoby bliskie bohaterowi snują własne intrygi, znacznie bardziej niebezpieczne, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Jak już wspomniałam, „Wszyscy patrzyli, nikt nie widział” to typowa powieść łotrzykowska. Śledzimy poczynania złodziei, oszustów i innych przestępców, a mimo to czujemy do nich sympatię. Trudno bowiem, aby pozytywnych uczuć nie wzbudził w czytelniku główny bohater. Slava to typowy szelma, któremu wybacza się wszelkie błędy za jeden uśmiech. Jest jeszcze młody i bardzo pragnie wreszcie wyjść z cienia swego mistrza. Cóż, trudno o bardziej wyświechtany motyw  , lecz  najważniejsze jest wykonanie. To zaś udało się Marchewce naprawdę dobrze.  Bohater mimo swojej typowości intryguje, niektóre jego decyzje są zaskakujące, lecz gdy czytelnik pozna  kierujące nim pobudki, łatwo zrozumie zachowanie Slavy, zwłaszcza jeśli będzie pamiętał o jego wieku i co za tym idzie pewnej niedojrzałości. Z innych postaci obecnych w literaturze najbardziej przypominał mi Crokusa z „Ogrodów księżyca” Stevena Eriksona. On również bawił się w bycie bandytą, lecz okoliczności sprawiły, że stracił początkową niewinność. Także Slava pod koniec powieści nie będzie już tylko spragnionym adrenaliny szulerem.

Równie ciekawą kreację Marchewka zaserwował nam w osobie Petra. Początkowo wydaje się on niegroźnym złodziejem, starającym się związać koniec z końcem. Szybko jednak okazuje się, że jego ambicje sięgają znacznie dalej i ma niejeden plan w zanadrzu. Być może to właśnie on ma największy potencjał do wykorzystania w następnych tomach.

Niestety postaci drugoplanowe nie zostały nakreślone zbyt dokładnie stanowią raczej tło dla działań protagonistów. Nieco więcej dowiadujemy się o mistrzu głównego bohatera, tajemniczym Profesorze i być może w kolejnych tomach to jemu zostanie poświęcone więcej uwagi.

Akcja debiutanckiej powieści Marchewki nie zostawia czytelnikowi chwili na wytchnienie. Wydarzenia przeplatają się z retrospekcjami, a  mimo to akcja nie zwalnia ani na moment. Przez cały czas śledzimy intrygi Slavy i jego towarzyszy. Dzięki temu, że czytelnik wciąż oczekuje  na to, by przekonać się, co takiego knują tym razem, od lektury trudno się oderwać. Ich działania  nie okazują się jednak zbyt zaskakujące. Wszystkie są doskonale znane widzom filmów czy książek poświęconych oszustom. Mimo to zgrabne wykonanie sprawia, że czytanie o wyeksploatowanych już motywach  nie nuży. 

Całość akcji rozgrywa się w Hausenbergu, o którym jednak nie wiemy zbyt wiele. Ze strzępów informacji wynika, że kilkanaście lat temu w mieście miała miejsce czystka, która przewróciła do góry nogami porządek panujący na szczytach przestępczej hierarchii. Nie znajdziemy jednak w utworze żadnych informacji, kto formalnie rządzi w Hausenbergu ani w jakim państwie właściwie owa miejscowość się znajduje. Autor dzieli się z czytelnikiem jedynie szczątkami informacji, dotyczących sceny politycznej królestwa, na którego terytorium leży miasto. Znacznie więcej uwagi poświęcono tajnikom karcianych sztuczek niż przedstawieniu ziem, na których żyją bohaterowie.

Największą wadą powieści zdaje się być to, że nie stanowi ona zamkniętej całości. Podczas lektury szybko orientujemy się, że to tylko wstęp do kolejnych książek osadzonych w tym samym świecie. Tracą przez to niektóre wątki, które są tu jedynie zasygnalizowane. Z drugiej strony łatwo domyślić się, którzy bohaterowie powrócą na kartach kontynuacji „Wszyscy patrzyli...”, przez co fabuła robi się nieco przewidywalna. Mam również obawy, czy w kolejnych tomach Marchewka nie odejdzie od konwencji powieści łotrzykowskiej na rzecz opowieści o bohaterach ratujących cały świat, a przynajmniej najbliższą okolicę.

„Wszyscy patrzyli, nikt nie widział’ to bez wątpienia  debiut udany. Wszyscy, którzy poszukują zgrabnie napisanej powieści łotrzykowskiej, nie zawiodą się. Co prawda większość wątków opiera się na dobrze znanych schematach, lecz sposób wykonania sprawia, że można przymknąć na to oko.


Autor: Tomasz Marchewka
Tytuł: „Wszyscy patrzyli, nikt nie widział”
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: 2017
Liczba stron: 333
ISBN: 978-83-7924-6