A ten wywiad to mi załatw na wczoraj!

Ocena: 
5.66667
Average: 5.7 (3 votes)

Że mój szef jest oderwany od rzeczywistości wiedzieliśmy wszyscy, którzy zmuszeni byliśmy siedzieć w biurze i słuchać genialnych teorii, że czytelnicy to debile, ale żeby się nie wydało i przypadkiem nie napisał w mailu wiązanki któremuś z niezadowolonych klientów, za korespondencję odpowiadają stażyści, nieopłacani studenci jeszcze nie znudzeni życiem. Ostatnio pan wielce mianowany ojciec dyrektor, władca i imperator Janusz wydumał, by okładkę naszego, jedynego i jakże oryginalnego magazynu popkulturowego (w sumie niewiele się różniącego od konkurencyjnych, środkiem prawdy) przyozdobiła ilustracja pewnego grafika, a wnętrze uświetniła rozmowa o technice rysunku. Sam sobie przyklasnął, zachwycony własnym pomysłem i w ogóle nie zniechęcony wymownym milczeniem. Nikt już nawet nie zwracał uwagi na obficie wysypujące się zza kraciastych rękawów dziurawej koszuli ciemne kłaki.

Pani Krysia machnęła ręką. Nieraz strzępiła gardło przy próbach wyjaśniania, że naszego magazynu nie kupią na konwentach nastolatkowie, nawet jeśli do skleconego ze szkolnych ławek stoiska przyczepić baloniki, a do magazynów dodawać gumki i papierosy (bo dymki są nie tylko w komiksie). W zamyśleniu tłukła łyżeczką o ścianki pustej filiżanki. Wspominała entuzjazm, jaki wzbudziły balony i tylko balony (zabrakło funduszy promocyjnych na papierosy i prezerwatywy). Kolorowi cosplayerzy podkradali je, gdy tylko obsługa się odwróciła i biegali po terenie imprezy, wyśpiewując zawyżonym przez hel głosem pioseneczki z japońskich seriali. Przynajmniej tak jej się wydawało, bo w sumie nigdy, poza obowiązkowym rosyjskim, języków obcych się nie uczyła.

Michał, chłopak po dziennikarstwie, od razu wyczuł pismo nosem i zwinął się pod pretekstem „pilnego odbioru osobistego” dokumentu o poważnie brzmiącej nazwie. Z nim zabrała się Janeczka, tegoroczna maturzystka, która dorabiała na pakowaniu paczek.

Trzaskały drzwi. Gdzieś przepadła pani Krysia, Ewka od składu DTP, Łukasz od korekty, Maciek od ilustracji, Marzenka, Ida, Matylda... Tylko mi nawalił instynkt samozachowawczy i zostałem w pomieszczeniu sam na sam z szefem.

Gdy zobaczyłem, jak w zwolnionym tempie rozgląda się po opustoszałych biurkach pracowników i z dzikim blaskiem w oku zatrzymuje się na mnie, wiedziałem, że jest źle.

‒ Andrzejku ‒ zaczął przymilnie tonem, którego nie znosiłem, bo od razu wiedziałem, że dostanę propozycję „albo siedzisz z nami dalej i masz wpis do CV, albo się na ciebie wypnę, choć i tak kasy za staż nie dostaniesz”. ‒ A może byś tak załatwił mi ten wywiad i ilustrację? Bo wiesz, uczyłeś się francuskiego i coś tam po żabojadowemu spikasz, to dla ciebie to taka prościzna jak bykowi wchłonąć małego kartofla.

Z myślą o kartoflu przełknąłem ślinę, po czole spłynęło kilka kropel potu. Wpadłem jak śliwka w kompot, czy ziemniak do gara ‒ nie było ratunku. O nie, jesteśmy zgubieni.

‒ A nie mogę jakiegoś artykułu czy coś napisać na podstawie wywiadów i materiałów francuskojęzycznych? ‒ oponowałem słabo, jednak zamilkłem pod miażdżącym spojrzeniem.

‒ Andrzejku ‒ zachichotał pan Janusz i uśmiechnął się z politowaniem. ‒ Czy ja ci za artykuły i wydumane tekścidła płacę? Chyba jesteś na dziennikarstwie, prawda?

„Przecież mi pan nie płaci”, o mało mi nie wymknęło, ale wiedziałem doskonale, że za chwilę usłyszałbym głupawy rechot i słowa: „a od kiedy płaci się stażystom?”, więc wolałem położyć po sobie uszy. Po raz kolejny Chewbacca w kraciastej koszuli zatriumfował. Najważniejsze były referencje i furtka do wydawniczej kariery. Więc pal go sześć z pieniędzmi, mama pomoże, a i po godzinach można w supermarkecie dorabiać. Gdyby jeszcze nie brakowało czasu na studia!

Ktoś szarpnął za klamkę, aż mi podskoczyło serce. Jestem uratowany!

Do biura wdarła się Helenka, nasza etatowa tłumaczka z francuskiego. Zawsze ją podziwiałem, niby dziewczyna starsza ode mnie o dwa lata, a już skończyła filologię z wyróżnieniem i przymierzała się do doktoratu.

‒ Helu, miło cię widzieć! ‒ przywitał ją Janusz z entuzjazmem, jaki zachowywał tylko dla niej. Czuł przed nią respekt i był świadomy, że do niedawna nie miał w firmie nikogo, kto potrafi porozumieć się w jakimkolwiek innym języku niż polski.

‒ Odchodzę, frajerze! ‒ Rzuciła o biurko szefa wypowiedzeniem i znikła.

‒ No to Andrzejku... ‒ zaanonsował przełożony. Było źle. Nie wiedziałem, że aż tak.

Tej nocy, zamiast spać, postanowiłem zająć się wywiadem. Wpisałem nazwisko grafika w wyszukiwarkę i zdębiałem. Facet nie żył od pięciu lat z hakiem. No ładnie! A mi tak zależało na tym stażu! Jako jedyny w biurze orałem za darmo, ale miałem nadzieję, że moje wysiłki zostaną docenione.

Pomyślałem, że dobrym pomysłem będzie medium. Do świtu czytałem wpisy z opiniami na forach i utwierdzałem się w przekonaniu, że na taką usługę mnie nie stać.

A z rana wykończony gnałem do biura. W drodze odebrałem telefon z pretensjami od mamy, że tyram bez umowy. Po godzinach znowu skanowałem i przerzucałem towary.

I gdy kasowałem jakąś gazetkę o fantastyce, olśniło mnie. Po co mi medium? Zamówiłem planszę ouija.

Odpowiedzi

Skończyło się ni w pięć ni w dziesięć...