Za g...

Autor: 
Ocena: 
9.5
Average: 9.5 (2 votes)

Moczary tętniły życiem. Co prawda nie takim, jakiego Umsztyk Bloom się spodziewał, ale zawsze. Rycerz stał na granicy tego niedostępnego obszaru i wodził wokół zdziwionym spojrzeniem. Występująca tutaj flora i fauna były doprawdy niezwykłe. W powietrzu śmigały czterookie ważki o skrzydłach nietoperzy – jak się po chwili okazało, ulubiony przysmak żabopodobnych stworów pokrytych gęstą sierścią. Cudaczne robactwo, jakiego Umsztyk w życiu nie widział, pełzało po pniach spróchniałych drzew, obwieszonych grubymi lianami. Liany te falowały, jakby poruszane wiatrem, choć najlżejszy nawet podmuch od przynajmniej godziny nie musnął twarzy Blooma. W bagnie co chwilę coś się kotłowało, jakieś oślizgłe fragmenty ciała wynurzały się i zaraz chowały, wydając przy tym mlaszczące dźwięki. Powietrze było gęste i cuchnące, a tuż nad ziemią unosił się pomarańczowy opar.

Woja dręczyło niepokojące uczucie, że zna to miejsce. Mógłby przysiąc, iż stawia tu stopę po raz pierwszy w życiu, ale coś w środku mówiło mu, że wcale nie. Że kiedyś już tu był. W poprzednim wcieleniu? W innej czasoprzestrzeni? Od tych rozmyślań rozbolała go głowa. Umsztyk Bloom był bowiem dobrym, uczynnym człowiekiem, nieco naiwnym oraz, jak zwykł to mawiać jego starszy brat, poczciwcem o delikatnie przyrdzewiałych trybach w centralnej maszynerii.

Dlatego, usłyszawszy od spotkanego w karczmie starca, że jest jedyną nadzieją ludzkości i udając się na moczary ocali planetę od zagłady, Umsztyk nie zastanawiał się długo. Włożył podstarzały już, ale wciąż nieźle wyglądający pancerz zmarłego przed dwoma laty dziadka i ruszył światu na ratunek. Nie zwracał nawet uwagi na tak drobny w jego mniemaniu detal, jak informacja, w jaki sposób powinien ów świat ocalić. Doszedł do wniosku, że wszystkiego dowie się na miejscu.

Nie wiedząc za bardzo od czego zacząć proces ocalania, po prostu zanurzył się po pas w błocko i z niemałym trudem przedarł na niewielki skrawek suchego lądu. Takich wysepek było tutaj więcej, każda porośnięta szarym mchem, oszpecona wyschniętymi kikutami krzewów. Uczciwszy ten pierwszy sukces głośnym westchnięciem, ruszył śmiało w kierunku kolejnej, nieco większej. Posuwał się powoli, mozolnie, czując, jak jakieś kształty ocierają mu się o nogi. W końcu dotarł do celu.

Chciał usiąść, żeby odpocząć, ale nie zdążył. Błysnęło, huknęło i zmaterializował się przed nim dziadek z karczmy. Nie przypominał już zwykłego, przeciętnego staruszka. Biła od niego siła i moc. Okryty był płaszczem utkanym z pajęczyn, w dłoni dzierżył kostur zwieńczony kryształem. Zmierzył sapiącego, utaplanego w błocie Umsztyka srogim spojrzeniem i odezwał się dostojnym głosem:

– Zdechniesz, gnido!

Umsztyk wybałuszył ślepia, podrapał się po głowie, a jego cera przybrała najpierw szarawy odcień, by, przechodząc przez zieleń i żółć, stać się buraczano czerwoną. Oznaczało to, że rycerz myśli. A przynajmniej próbuje.

– Ale sam kazałeś mi tu przybyć – wydukał w końcu.

– Tak, ty parszywy śmieciu – ryknął starzec. – Jam jest Zołzog Groźnosrogi, druid, od dwóch tysiącleci pan i strażnik tych moczarów. Postanowiłem ukarać cię za grzechy twych pobratymców!

Twarz Umsztyka Blooma po raz kolejny przeszła proces zabarwienia wszystkimi kolorami tęczy i nie tylko.

– Ale za jakie grzechy – odparł. – Jeśli mam umrzeć, mam prawo wiedzieć za co – dodał, jako że nie cierpiał niedomówień.

Obok  Zołzoga pojawiła się lustrzana tafla. Umsztyk ujrzał w niej fabrykę z dymiącymi kominami oraz ogromną rurę, z której do rzeki zasilającej moczary wylewano nieczystości.

– Zatruwacie moje bagno! – zagrzmiał Zołzog. – Rośliny schną. Zwierzęta padają. Z chmur pada palący deszcz.

Coś zgrzytnęło, strzeliło, stuknęło. Tryby zaskoczyły. Bloom zaooponował.

– Chwila! Moment! Jesteś niesprawiedliwy! Fabryki należą do goblinów! To jednego z ich rasy winieneś ukarać!

Druid zafrasował się i zmarszczył brwi.

– Szlag mruknął. – Masz rację, masz rację… Ale gatunek ludzki i tak nie jest bez grzechu! Zobacz!

W tafli ukazały się potężne maszyny, wycinające w pień starożytny las oddzielający bagno Zołzoga Groźnosrogiego od cywilizowanych krain.

– Jak tak dalej pójdzie, dotrzecie tu tymi swoimi wyjącymi potworami i osuszycie moje włości, aby postawić na nich kolejne smrodzące miasto!

Umsztyk zatrząsnął się, spurpurowiał, buchnął dymem z uszu. Zgrzytnęło, sapnęło. Zaprotestował.

– Ale to pojazdy orków! Ludzie prowadzą wojnę z orkami! Powinieneś być nam wdzięczny!

– Kurwa mać! – Zołzog rozsierdził się. – Ludzie nie są bez winy! Patrz!

Tym razem Umsztyk Bloom ujrzał ryjące w ziemi niskie istoty z brodami. Ich kilofy rozbijały skały w pył, huty przetapiały wydobytą rudę na surówkę, krępi kowale wykuwali broń oraz zbroje.

– Jak tak dalej pójdzie, podkopiecie moczary, wszystko się zapadnie i będzie to koniec tych unikatowych terenów – stwierdził Zołzog. – Za to musisz umrzeć!

Kolejne zgrzyty, towarzyszące zaczynającym się powoli obracać trybom. Bloom, po namyśle, zaskoczył.

– Ależ starcze! Toż to krasnoludzkie kopalnie! To jednego z krasnoludów powinieneś ukarać!

– Oczy nie te… – wytłumaczył się starzec, który tylko pozornie był teraz spokojny. W głębi duszy zaczynał tracić cierpliwość.

– Tak więc sam widzisz, że musisz mnie wypuścić. Ludzie w niczym ci nie zawinili – orzekł Umsztyk Bloom, dumny ze swej błyskotliwości, po czym odwrócił się, by odejść.

– Stój, suczy synu! – ryknął doprowadzony do ostateczności Zołzog Groźnosrogi. – Nie myśl sobie, że unikniesz kary! Jesteście tak samo winni degradacji tego obszaru jak pozostałe rasy! Zabiję cię tu i teraz!

Umsztyk Bloom spojrzał głęboko w oczy druida i rozłożył bezradnie ręce.

– Ale za co, na bogów! Za co?

– A za gówno! – ryknął całkowicie już wyprowadzony z równowagi starzec.

Na szklanej tafli ukazała się scena, która wyjaśniła dziwne uczucie deja vu, jakiego wcześniej doznał Umsztyk. Rycerz zobaczył samego siebie, pijanego w sztok, wytaczającego się z karczmy. Było ciemno, że oko wykol, a Umsztyk, w tych ciemnościach, zygzakiem, podążał leśnym traktem. W końcu zboczył z głównej drogi, zabłądził w lesie, by w następstwie owego pobłądzenia znaleźć się na granicy zołzogowego bagna. Tutaj najpierw oddał mocz w trawę, nafajdał pod siebie, potem zwymiotował. Następnie, zorientowawszy się, iż coś jest nie tak, prowadzony instynktem oraz szczęściem półgłówka dotarł znów do gospody i tam zaległ nieprzytomny pod stołem. Rano oczywiście niczego nie pamiętał.

Pech chciał, że wracający z wyprawy nocnej Zołzog przechodził akurat przez miejsce, gdzie napaskudził Umsztyk. Poślizgnął się na gównie, wpadł twarzą w szczyny, a podnosząc się, wsadził dłoń w rzygi.

– O żesz… – jęknął Bloom, otwierając usta ze zdziwienia. Nie zdążył wydukać nic więcej. Zabiła go błyskawica, która wystrzeliła z kryształu wieńczącego kostur Zołzoga Groźnosrogiego.