Krwistoczerwone kwiaty na śnieżnobiałym polu bitwy

Ocena: 
0
Brak głosów

Pewnego dnia niebo rozświetlił jasny snop nieznanego pochodzenia. Przeleciał nad naszą doliną i przekroczył ścieżkę najwyższego bytu.

My, rzadko rozsiani po tym padole i schorowani, oglądaliśmy to zjawisko dopóki nie znikło za wzgórzami. Za nim wybrzmiał grom, zatrzęsła się ziemia. Nasze pąki, zbyt masywne na cienkie łodygi, pochyliły się w niezrozumieniu tego, co zostało do nas zesłane. Kilka obrotów nieba później nadszedł pierwszy z innych i wiedzieliśmy, że byli oni darem niebios. Ponownie jesteśmy niezliczeni, a nasza dolina kwitnie jak nigdy dotąd. Z grzbietu wzgórza obserwuje nas dwójka, kołysząc się na wietrze. Czekamy, aż nadejdą. Wdzięczni za ich przybycie, uniżenie skłaniamy pąki i wypuszczamy nasiona na wiatr.

Tika stoi na pagórku wraz ze swoim niemalże dziesięcioletnim synem Jarro. Troskliwie oplotła blondynka ramionami. Przybywa tu każdego roku i myśli o swym mężu, który poległ na tym polu w ostatecznej bitwie dziesięć lat temu. Kobieta wdycha rozrzedzone powietrze i spogląda na dolinę Krwawej Rzeki. Śnieżna nizina zakrapiana krwistoczerwonymi kwiatami ciągnie się jak okiem sięgnąć.

Jej przodkowie przetrwali śmierć Ziemi. Po długiej podróży rozklekotanym statkiem musieli lądować awaryjnie na tej dziwacznej, mroźnej planecie. Wydawała się ostoją spokoju, nietknięta i czysta. Przybysze nie mogli wiedzieć, ani nawet przypuszczać, jak nieodwracalne i nieuchronne skutki przyniesie lądowanie.

Po kręgosłupie Tiki przebiega dreszcz. Kobieta puszcza Jarro, opatula się szalem i wsłuchuje się w łagodny, dzwoniący szmer na wpół zamrożonych kwiatów. Wie, że każdy na tej planecie jest zakładnikiem skazanym na śmierć, pokolenie za pokoleniem. Łza spływa jej po policzku, gdy patrzy na morze kwiatów porastające ośnieżone pole mordu.

Pąki kwiatów kołyszą się na wietrze. Wydaje się, że spoglądają na horyzont, gdzie zachodzące słońce otula się różowymi chmurami. Pojedynczy, suchy płatek śniegu opada i przykleja się do sprawiającego wrażenie delikatnego kwiatu.

Krwistoczerwone kwiaty rozsiewają nęcący, mdławy zapach, który oszałamia Tikę. Bezwolnie im się poddaje i wraca do lata, gdy bezpowrotnie straciła ukochanego. Tamtego lata, gdy rozegrała się ostateczna bitwa, było tak samo ciepło jak teraz. Na ziemi leżało mało śniegu, a drogi były błotniste i niemalże nieprzejezdne. Agresywne pełzacze wylazły ze swych ciepłych nor po raz pierwszy od dawna w poszukiwaniu zdobyczy.

Ludzie nie mogli na to pozwolić. Żądza zabijania stworów była zbyt wielka. Nie potrafiły już kontrolować swojego postępowania, coś je ślepo wiodło. Nie było jak się bronić, nie było odwrotu.

Tika potrafi przywołać w myślach obrazy ówczesnych przywódców. Siedzący na swych wyniosłych rumakach, obserwują jak mężczyźni i chłopcy z tamtego pokolenia bez oporu jadą po śmierć.

Jarro ciągnie ją za fartuch, domagając się uwagi.

‒ Dlaczego wciąż płaczesz co roku, mamo? To stało się dawno temu.

‒ Płaczę nad stratą, która nadejdzie ‒ odpowiada Tika. ‒ Nad jej bezsensem.

„Gdybyśmy tylko mogli wyplenić te kwiaty”, przebiega jej przez głowę myśl, lecz okropny ból momentalnie ją rozprasza.

Jarro kiwa głową, jakby pojął jej słowa.

Według relacji uczestników, to była rzeź. Płyn życia wielu ofiar zabarwił rzekę na czerwono. Z bezpiecznego, odległego obozu, Tika wsłuchiwała się w wystrzały armat. Widziała biało-niebieski dym, niesiony przez wietrzyk ze skąpanego we krwi pola bitwy. We śnie wciąż słyszała krzyki mężczyzn, których ciała przebijano bagnetami.

Zwiera palce i nieświadomie szczypie ramiona chłopca.

‒ Ała! Mamo! To boli! ‒ krzyczy Jarro. Oswabadza się z jej uścisku, odwraca i widzi zalaną łzami twarz matki. Chłopiec obejmuje jej dłonie. ‒ Nie płacz, mamo ‒ mówi, gdy próbuje ją pocieszyć.

‒ Kochany z ciebie chłopak ‒ odpowiada i mierzwi mu włosy. Odruchowo schyla się przed sześcioskrzydłym pisklęciem, które podlatuje ociężale i wyłapuje owady z rozrzedzonego powietrza. Stworzenie przysłania jasnoróżowe niebo, a jego cień rozciąga się na bujnym kobiercu czerwonych kwiatów.

Tika odpycha od siebie Jarro, myśląc o chłopcach i mężczyznach z tamtych lat, którzy ruszyli w bój nie z własnej woli.

Jej mąż także był gotów, by zginąć dziesięć zim temu. Pomimo tego, co podpowiadał rozum, uczepiła się myśli, że jej mężczyzna będzie jednym z niewielu, którzy wrócą. Oczekiwała w niepokoju.

‒ To twoje ulubione kwiaty, prawda? ‒ Usłyszała pytanie Jarro. ‒ Może zerwiemy kilka i wstawimy do wazonu?

Tika chce wściekle pokręcić głową, lecz tylko przytakuje. Myśli, że może go zatrzymać, jednak dłonie ześlizgują się z chłopca. Biegnie w dół zbocza przez deszcz i śnieg, poślizguje się, zasapany. Krwistoczerwone kwiaty falują na wietrze.

‒ Chodź ‒ zdają się mówić. ‒ Chodź do nas.

Jak zawsze, bitwa pozostała nierozstrzygnięta. Obie strony wycofały się, liżąc rany i pozostawiając poległych na czerwonym, śnieżnym kobiercu.

Tica spogląda na Jarro, który coraz bardziej upodabnia się do jej męża. Ma ten sam chód, te same gesty i tak samo łagodny charakter. „Będzie ciężko, gdy przebudzi się w nim potrzeba zabijania i jego też będę musiała puścić” ‒ myśli. Zżera ją bezradność.

‒ Mamo, idziesz? ‒ woła chłopiec. ‒ Razem nazbieramy kwiatków!

Spogląda na niego z krwawiącym sercem. Chłopiec bez zmartwień. „Gdybyśmy mogli uciec” ‒ myśli. „Z dala od tego pola śmierci.” Wyciera łzę rogiem fartucha i ostrożnie rusza w dół zbocza.

Przez chwilę traci Jarro z oczu przez chmurę pyłków. Macha rękoma i rozprasza ją.

Chłopiec śmieje się i pokazuje jej bukiet. Kielichy przechylają się i patrzą na nią. Chciałaby teraz wyrwać kwiaty z rąk chłopca i rozdeptać je obszytymi futrem buciorami. Nagły, świdrujący ból w skroniach sprawia, że kuli się z jękiem. Oddycha spokojnie i myśli o czymś innym, dzięki czemu ból powoli mija.

‒ Tamten jest ładny ‒ mówi ze łzami w oczach. Wskazuje na odrobinę większy kwiat. Ostrożnie, nie dotykając odłamków kości wystających spod śniegu, podchodzi do niego z Jarro.

Chłopiec odkłada bukiet, który trzyma, żeby kichnąć.

‒ Strasznie drażniący ten pyłek, prawda mamo? ‒ mówi i znowu parska.

Kobieta podaje mu chusteczkę.

‒ Gdzie mniej więcej leży tata? ‒ pyta chłopiec nieoczekiwanie. To pytanie zaskakuje Tikę.

‒ Trudno powiedzieć ‒ mówi, połykając łzy. ‒ Nie wolno mi było tu przyjść po tym, jak zginął. My, kobiety, zostałyśmy w obozie, jak powinnyśmy.

‒ Czy ja później też będę musiał walczyć? ‒ pyta Jarro. Patrzy na matkę. Kobieta myśli, że w jego oczach dostrzega pierwszy błysk żądzy zabijania. ‒ Mamo, nie chcę walczyć! ‒ wykrzykuje. Te słowa przynoszą jej ulgę.

‒ Twój ojciec także nie chciał walczyć ‒ mówi Tika. ‒ Ale nie miał wyboru.

Jej syn kiwa głową.

‒ Mamo, patrz! ‒ woła. ‒ Jestem teraz sześcioskrzydłym pisklęciem!

Biegnie przez kołyszące się kwiaty z rozłożonymi ramionami.

„Proszę, pozwólcie mu pozostać beztroskim dzieckiem odrobinę dłużej” ‒ myśli, przyglądając się z przyjemnością jego zabawom.

‒ Chodź, Jarro! ‒ woła po jakimś czasie. ‒ Mamy już wystarczająco kwiatów do wazonu.

Chłopiec człapie w jej stronę. Tika kuca przed nim, otrzepuje mu ubranie i szybko przyciąga do siebie. Jarro poddaje się i czuje, że znowu będzie musiał kichnąć.

‒ Chyba się przeziębiłem, mamo ‒ skarży się.

Kobieta wyciera mu nos i chwyta za rękę. Idą razem błotnistą drogą ku wiosce, obserwowani przez krwistoczerwone kwiaty, aż wreszcie znikają za wzgórzem.

Nasiona niektórych z nas przyczepiły się do nozdrzy młodszego innego i wkrótce dostaną się do jego mózgu.

Gdy nadejdzie czas, wyślemy go nad rzekę, by zabijał i ginął. Nasze ziarno wykiełkuje, zakorzeni się i wyrośnie na jego rozkładającym się ciele. Łodygi kwiatów wzrosną, przebiją się przez wysuszoną od mrozu skórę poległych i zakwitną. Krwistoczerwone kwiaty będą kołysać się na wietrze i spoglądać na horyzont, gdzie najwyższa istota otoczona jest różowymi chmurami zmierzchu.

Wdzięczni za przybycie innych, uniżenie pokłonimy nasze kwiatostany i wypuścimy nasiona na wiatr.

Przełożyła Małgorzata Gwara