Nie ten Ragnarök

Ocena: 
0
Brak głosów

Wiedza to potęga

Francis Bacon

Ucieszyć się, nie ucieszył Loki, arcyoszust i ojciec potworów, gdy hen w sferach poza czasem i przestrzenią poznał Wróżbę Wölwy, zwiastującą jego rychły upadek. Rychły, bowiem Baldr padł godzony jemiołową strzałą Hodura przed dwoma laty. Co zresztą było sprawką samego mistrza kłamstw. 

Złość na Asów, jaka go ogarnęła, mimo że tęga i potępieńcza, nie trwała długo.

Loki zechciał więc zakpić z bogów Asgardu, a plan umyślił groźny niby kamień toczący się po zboczu góry, przynosiciel lawiny i zagłady dolinom. W głowie wiedział już, co czynić musi – cios zadać Frejrowi, a ucierpią wszyscy.

Frejr właśnie zwykł był polować na Gullimburstiego, odyńca umaszczonego złotą szczeciną, powstającego z martwych o świtaniu za sprawą mocy swego pana, aby nocą po raz wtóry spocząć na stole einherjerów, wojów najpierwszych, co staną w sile w wieku toporów i mieczy, zbrodniarzy i burz naprzeciw zbuntowanego Lokiego.

Bóg oszustw i magii bystry a przebiegły, świadom nadchodzącej niedoli chciał zatem ukrzywdzić Asów, żeby na polach Ragnarökuich armia miast w potędze, w słabości przybyła.

Jednak na władcę urodzaju tylko jedna metoda mogła zadziałać.

W imieniu Gymira, podszywając się, Loki zawezwał urodziwą Gerdę, żonę Frejra. A gdy ta po otrzymaniu wiadomości co tchu w drogę wyruszyła, nie zbaczając na żadną ochronę i słowo Frejra, wpadła w zasadzkę oszusta. Ten ukrył ją z dala od uszu i oczu, w głębinach jaskiń, gdzie jeno mroczne elfy się zapuszczać odważą.

Rok trwała nieobecność małżonki, a Frejr osamotniony i z smutku wycieńczony zaczął jej szukać. Gdy nie znalazł, wyczerpawszy swe siły, do domu ojca zawitał prosić o radę. I chociaż Njord mądre miał polecenia i w działaniach był biegły, nic nie poradził. Gerda zaginęła, zaś Frejr popadł w melancholię, lecz wciąż rankiem wstawał i polował na Gullimburstiego.

Złość Lokiego rozgorzała płomieniem godnym oręża Surtra, ale oszust szybko ochłonął, bo pomysł do głowy przybył mu nowy. Czasu nie miał jednak wiele, dlatego konia swego ostrogą popędził co sił, gnając w otchłanie i pieczary, i olbrzymich lądów jary, gdzie zalęgło się plemię karłów, zdolne wykuć i stworzyć niemalże wszystko.

A gdy zdobył to, czego pragnął, ziemie skuły lody zimy i wybiła godzina boskiej biesiady.

Wślizgnął się zatem w przededniu do muszlowej twierdzy Agira i skrył zawiniątko w jednym z podwieszanych kandelabrów.

Następnego dnia wierzeje z dwu potężnych, falowanych muszli się rozwarły i wkroczyli Asowie i część Wanów. Posępny Frejr wlókł się na końcu. Uczta rozpoczęła się prędko, bo i głód zmorzył wojów po wyprawie. Thor grzmiał do rozpuku, wtórował mu Tyr i Hajmdal, za nimi Kvaser i Odur, nawet Odyn Wszechojciec nieco skrzywił oblicze w uśmiechu. Choć śmiech w hallu roznosił się gorzki. Pamiętali bowiem, że Baldr nie może cieszyć ich swym towarzystwem. Tylko Frejr siedział niewzruszony, gdy wokół płynęły rubaszne dowcipy.

Kiedy przyszła pora spełnienia ceremoniału, nie mógł odmówić. Jak jeden mąż wszyscy unieśli swe oręże z metalu, drewna i skały, ale tylko jedna broń bodła niebo kością, i to ona ściągnęła na Frejra zagładę, uruchamiając zaklęcie.

Żywy ogień lał się wprost na boga urodzaju, pożerając ciało i ubranie, potem krzesło, stół, a nawet podłogę, rozlewając się zachłannym płomieniem coraz szerzej po sali. Frejr zginął boleśnie i szybko, siedzący przy nim też nie mieli szczęścia, lecz wielu Asom udało się zbiec, nim dwór Agira pochłonął żar, jakiego nie widział nikt, kto nigdy nie stanął nad wyżynami Muspelheimu.

Dumny ze swych knowań Loki nie zważał na wyrządzone krzywdy i ich powikłania, skrył się w postaci srebrnego łososia w wodospadzie Frananger. Wiedział, że na Walhalli teraz nie będzie dziać się dobrze.

Miał rację, głupi to bóg magii nie był.

Gdy zabrakło magicznego mięsiwa, a nie miał kto tchnąć witalności w szkielet odyńca ponownie i powołać naturę wiosną do życia, einherjerzy słabowali, nie trenując, choć dzień sądu był bliski. Już nawet Thorowe kozły poszły pod topór, Asowie zjedli Sleipnira, lecz kiedy Freki, wilczur Wszechojca, był zdechł z głodu, miara się przebrała.

Odyn wiedział. Nie na darmo oddał swe oko. Nie cierpiał dziewięć dni i nocy, zwisając z gałęzi Yggdrasilla dla przyjemności.

– Synowie moi – rzekł władczo. – Czas ukarać Lokiego. Baldr i Hodur, teraz Frejr i nasze siły. Jutro nasza kolej, nie oddamy się jednak w jego szpony. Nastał dzień Lokiego i jego kary.

I tak oto skończył się czas pokoju wśród bogów Asgardu, choć jeszcze wiele wody przepłynęło, nim bóg oszustów zdołał rozerwać ścięgna pęt. Zaśmiał się tedy gromko.

Asgard umierał od lat, a Jotunowie, Muspelowie i Niflheimowie żyli w dostatku.

Armia kalekich wręcz einherjerów stanęła przeciw olbrzymom z czterech stron świata i bestiom z mrocznych otchłani. Bogowie wyginęli.

Loki śmiał się ostatni.