_GB

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

W pokoju telewizora ściany są niebieskie i rosną paprotki. Już na samym początku zadbałam o  to, żeby pomalować pomieszczenie łatwo zmywalną farbą olejną (chociaż równie dobrze mógł to być zbieg okoliczności, ostatnie puszki w niskiej cenie na wyprzedaży w supermarkecie). Ściany były więc niebieskie, paprotki zielone, fotel na którym siedziałam czerwony. Czerwona była też moja sukienka w której zasiadałam do seansu. Czerwone usta i paznokcie. Telewizor nie był najnowszej generacji, z tych co mierzy się na metry przekątnej ekranu. Nie udawał obrazu na ścianie, jak to robią teraz te oszukańcze LCD, tak podobne do podświetlanych obrazków przedstawiających falujące wodospady, którym towarzyszy szum wody z fontanny stojącej obok, ozdabianej przez sztuczne roślinki i małego buddę.

Nie, mój telewizor ciągle ma duszę i ciało, jak prawdziwa kobieta a nie te wychudzone modelki w gazetach. W duszy kineskopu gra mu próżnia, ekran pokryty jest warstwą luminoforu, a ze środka dociera to ciche, rozkoszne buczenie. Czasami wyciszam dźwięk, siadam blisko pudła i słucham, jak maluje kolory na ekranie.

Tylko, że z wiekiem czerwień zgasła. Nie wiem, czy to wina luminoforu czy moja czerwień nie była wystarczająco dobra, żeby wspomóc, dodać sił życiowych, jak to robiono już przed wiekami w neo- czy paleolicie sypiąc czerwoną ochrę do grobów, czerwone pochówki, ofiary z krwi i ognia i róże darowane zmarłemu. Bałam się, że jeżeli przemaluję ściany to zblakną błękity, jeżeli wyniosę paprotki to stracę zieleń, ale bez czerwieni też przecież nie można żyć. Próbowałam rożnych środków. Zakupiłam kotary z krwawego pluszu, szczelnie zakrywające światło słoneczni, ale to nie pomogło. Czerwień szminki rozlałam poza wargi, rozciągając zachęcający uśmiech aż do kości policzkowych, ale telewizor nie zaczerwienił się z zachwytu.

W końcu sięgnęłam po bardziej przyziemne, prozaiczne środki i wezwałam specjalistę od naprawy sprzętu RTV. Stanął w moich drzwiach, mały, zasuszony, w niebieskim kombinezonie roboczym. Nie był to dobry dobór koloru, ale przecież nie wypadało, żebym kazała mu się rozebrać, prawda? Na szczęście narzędzia miały czerwone rączki.

Mężczyzna rozebrał telewizor, podumał, pokręcił, poodkręcał, podokręcał, powymieniał, po czym złożył telewizor z powrotem. Kiedy drżącymi dłońmi sięgnęłam po pilot – czerwień nie wróciła. Zasuszony człowieczek pokiwał głową i mruknął pod nosem, że i tak, i owszem, i należało się spodziewać, że stary model, że lepiej nowy kupić a ten wyrzucić, i że bardzo by chciał, ale on nic więcej zrobić nie może.

Nie miał racji. Mógł oddać tę jedną, ostatnią posługę. I kiedy wbiłam mu śrubokręt w szyję, czerwona rączka wyglądała jak zastygły strumień krwi, jak pręcik kwiatu dookoła którego otworzyły się jeszcze krwawsze płatki. Oczywiście, prawdziwa krew miała większą siłę niż ochra czy wszystkie inne protezy czerwieni i oddała życie przyblakłemu ekranowi.

Przetarłam szmatką ściany, mopem podłogę i zasiadłam do seansu.