Baśnie. Tom 20. Camelot - Bill Willingham, Mark Buckingham, Steve Leialoha, Russ Braun, Barry Kitson, Andrew Pepoy, Gary Erskine, Lee Loughridge

Ciąg dalszy

Aleksander Kusz

„Baśnie. Tom 20. Camelot” Willinghama i Buckinghama zostały wydane, a potem przeze mnie przeczytane. Specjalnie dla Was! No, może myślałem też trochę o sobie. Dwa kolejne tomy czekają na wydanie i nastąpi koniec serii. Tom 21 jest zapowiedziany na lipiec, więc pewnie we wrześniu otrzymamy ostatni. Będę musiał wtedy pomyśleć, na jaką lekturę się przerzucić, co zacząć czytać, żeby znowu móc wyczekiwać następnych tomów.

Czy żałuję, że seria się już kończy? I tak, i nie. Tak, bo już nie będzie na co czekać, autor już nas niczym nie zaskoczy. Seria jest zbudowana na naprawdę świetnym pomyśle, jednak z drugiej strony widać, że ten pomysł już się wyczerpuje. Zatem może faktycznie lepiej zakończyć tworzenie teraz, niż na siłę oddawać w ręce czytelników coraz słabsze pozycje. Zresztą, może pamiętacie, że w ostatnich omówieniach „Baśni” pisałem, że jest więcej średnich i słabych tomów niż tych dobrych i bardzo dobrych.

Tym razem otrzymujemy coś ponad normę. Niestety, tylko jeśli chodzi o liczbę stron, a nie jakość. 256 stron to dużo jak na „Baśnie”. Rzadko się zdarzało, żeby tom był aż tak obszerny. W środku aż cztery części: jedna najdłuższa – właściwa oraz trzy poboczne, jak to w „Baśniach” bywa. Na koniec zwyczajowo dostajemy graficzny gadżecik, czyli cztery strony szkiców Marka Buckinghama.

Tom zaczyna się od najkrótszej opowieści zatytułowanej „Junebug”, dotyczącej perypetii córki drewnianych dzieci Dżepetta. Mogę napisać, że to pełna napięcia i elementów horroru historia wędrówki dziewczynki po zamku. Tyle wprowadzenia wystarczy, z dalszym ciągiem zaznajomcie się sami. To sympatyczna, momentami straszna opowieść.

Drugą opowieść jest najdłuższa i nosi tytuł „Camelot”, jak cały tom. Jej bohaterką jest Róża Czerwona, która stała się jedną z głównych postaci końcowych tomów „Baśni”. Pozostali bohaterowie albo zmarli, albo zginęli. Ewentualnie zeszli na drugi czy trzeci plan. Historia jest dość prosta. Niby ciągnie główną opowieść z poprzednich tomów, ale jednak skręca w bok, pewnie w następnym tomie wyjaśni się, co autor miał na myśli. Nadzieja przypomina Róży Czerwonej, że ta jest jej agentką i że nadszedł już czas działania. Róża, początkowo oporna, postanawia działać i wymyśla, jak odbudować potęgę Baśniogrodu. Zamierza mianowicie, po przypadkowej rozmowie z Tereską i Śnieżką, odbudować Camelot i powołać nowych Rycerzy Okrągłego Stołu. Rozsyła wysłanników na cały świat, aby zebrali rycerzy ze wszystkich światów, ze wszystkich baśni i opowieści. Mają przybyć i stworzyć nową drużynę Okrągłego Stołu. I prawie cała historia jest właśnie o tym. Po drodze siostry kłócą się o pewne zdarzenie, do którego doprowadziła Róża Czerwona, a któremu przeciwstawiała się Śnieżka, co je mocno poróżniło. Wygląda trochę na to, że skoro Baśniogród nie ma już żadnych większych wrogów zewnętrznych, to najwyższy czas pobić się między sobą. Czyżby Willingham kreśląc historię Baśniogrodu, czytał wcześniej o Polsce? To długa opowieść, niepotrzebnie tak długa. No ale wnosi na tyle dużo, że prawdopodobnie będzie miała duży wpływ na przebieg akcji w następnych dwóch tomach. Jednak jak na razie wszystko jakieś takie powolne, średnio ciekawe, mało interesujące, może oprócz środkowego rozdziału zatytułowanego „W głąb kniei”.Nie jest on związany z opowieściami z Camelotu, to po prostu opowieść w opowieści. To historia spotkania Bigbiego Wilka z Niebieskim, w zaświatach oczywiście. Bo gdzie mieliby się spotkać? Jest to spotkanie trochę mistyczne, zamykające pewne sprawy. Bardzo podobał mi się ten fragment. Podsumowując, opowieść tytułowa nie jest dobra: za dużo stron, zbyt obszerne opisy, rozciągnięta fabuła.

Trzecia część tomu, zatytułowana „Korzeń i gałąź”, to historia o wiecznie knującym Dżepetcie, czego się pewnie domyśliliście po tytule. Taka sobie opowiastka zapchajdziura. Bo ileż można czytać o tym, że Dżepetto jest zły, a wszyscy dokoła pozwalają mu ciągle na jakieś wyskoki, by potem próbować ugasić ogień, który  ciągle wznieca. To, niestety, nie jest już zbyt ciekawe.

Ostatnia historia, czyli „Chłopaki z zespołu” przedstawia nam historię z gatunku płaszcza i szpady. Imperium, jak wiadomo, upadło, a poszczególne krainy, spustoszone przez armię Dżepetta, są opanowywane przez różnych możnowładców, przez potwory oraz postaci spod ciemnej gwiazdy. Kiedy czytamy opis tego, co zostało po Imperium, można się zastanowić, czy rzeczywiście coś się zmieniło. Mam na myśli to, że Imperium było złe, ale czy jednak nie lepsze od tego, co przyszło po nim? Bo na dodatek nie widać szans na żadną poprawę. Przypomina mi się historia istniejących w przeszłości imperiów. Trzeba długo odczekać, aby coś się zmieniło in plus. Tutaj Willingham dobrze odrobił lekcję historii. I właśnie do takiej zaginionej krainy udają się chłopaki z zespołu grającego na farmie (jeden chłopak to dziewczyna, a drugi  to Kot w Butach, ale ok). Walczą z potworami i złymi charakterami, aby odzyskać krainę jednego z nich. Przez kilkadziesiąt stron mamy pojedynki i walkę. To poprawna opowieść. Wprawdzie szału żadnego nie ma, ale dobrze się czytało. Pewnie równie szybko się zapomni.

Jeśli chodzi o stronę graficzną, jest zwyczajnie, że tak napiszę. Podstawowa ekipa jest ciągle ta sama, więc cóż miałoby się zmienić w dwudziestym tomie? Jednak nie mogę nic zarzucić ilustracją. Rysunki idealnie oddają to, co się dzieje w „Baśniach”. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, po przeczytaniu tych wszystkich tomów, że mogłoby być inaczej. To znaczy, że już przywykłem do tego i ściśle powiązałem grafikę Marka Buckinghama z wizją i scenariuszem Billa Willinghama. Po prostu idealnie do siebie pasują. Jedyna zmiana jest taka, że od paru tomów są wprowadzani nowi rysownicy, który dbają o stronę graficzną opowieści pobocznych, jednak nigdy historii tytułowej, to jest zawsze domena Buckinghama. I patrząc na ich prace, można stwierdzić, że nieźle sobie radzą. Czasami tylko drażni, że nagle postacie są całkowicie inaczej przedstawiane, ale można się szybko przestawić i czytać.

Tym razem napisałem więcej niż zwykle o treści, ale tutaj mam podobnie jak z Dickiem. Cóż można pisać dodatkowego przy dwudziestym tomie? Wszystkie moje przemyślenia dotyczące serii przedstawiłem Wam już pewnie z kilka razy, więc wolę się nie powtarzać. I tak jakoś samo wyszło, że tym razem na temat treści było najwięcej. Mam nadzieję, że mi wybaczycie.

Podsumowanie może być tylko jedno. Wiecie już, co sądzę o poszczególnych częściach. Niestety, jest średnio (nie licząc tomu osiemnastego, który jest wyjątkiem od reguły). Seria nie porywa już świeżością. Miałem wrażenie, że ktoś musiał coś zrobić i zrobił to na siłę. Czyżby kontrakt był na określoną liczbę tomów, więc trzeba było je czymś zapełnić? To nie jest zły komiks, to po prostu prawie ciągle to samo. I niby lubimy to, co już znamy, ale w „Baśniach” oczekuję jednak czegoś innego. Chciałbym czegoś nowego, błyskotliwego, porywającego pomysłem, a dostaję tylko standardowy kotlet schabowy z ziemniakami i marchewką z groszkiem.

Czekam na ostatnie dwa tomy, ale już bez jakiejś większej nadziei na to, że będą tak dobre, jak pierwsze. I życzę sobie, tak po cichutku, żebym się mylił.


Autorzy: Bill Willingham (scenariusz), Mark Buckingham, Steve Leialoha, Russ Braun, Barry Kitson, Andrew Pepoy, Gary Erskine (rysunki), Lee Loughridge (kolory)
Przekład: Krzysztof Uliszewski
Tytuł: Baśnie. Tom 20. Camelot
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: kwiecień 2017
Liczba stron: 256
ISBN: 978-83-281-1962-8