Herbatka dla dwojga

Ocena: 
5
Average: 5 (1 vote)

Lily zmierzyła dokładnie grubość kawałka białego chleba i skalibrowała ostrze tak, by przecięło go równo na pół. Rozprowadziła niewielką porcję smarowidła, na które położyła cieniutkie jak papier i trochę zbyt blade plasterki ogórka. Następnie ostrożnie odcięła skórkę i przekroiła kanapkę dwa razy po przekątnej, uzyskując cztery idealne trójkąty. Smucił ją kolor ogórków – odległe echo ich pierwotnej pastelowej zieleni. To najlepsze, co była w stanie uzyskać w inspektach rozstawionych na dolnym pokładzie; podobnie sprawa miała się z bazującym na oleju smarowidłem, które stanowiło najlepszą możliwą imitację masła. Mało prawdopodobne, by ktoś zauważył różnicę, nawet jeśli któryś z gości na herbatce miał okazję skosztować prawdziwego masła w ostatnim stuleciu.

Co oczywiście wykluczało wszystkich obecnych na statku.

Przeskanowała niewielką kuchnię. Zane zjawi się lada moment. Zane Thomas urodził się w Dorking w angielskim hrabstwie Surrey w 2037 roku. Ledwie skończył dwadzieścia lat, kiedy dołączył do epickiej wyprawy pasażerów Mayflower. A teraz w każdą niedzielę wpadał na popołudniową herbatkę – i jak dotąd ani razu nie opuścił umówionego spotkania. Właśnie to w nim kochała: był odpowiedzialny i godny zaufania. Nie wymigiwał się od obowiązków i nigdy nie zostawił jej sam na sam z kanapkami z ogórkiem.

Woda się zagotowała. Lily sprawdziła swoje czujniki i odnalazła Zane’a na wysokości modułu laboratoryjnego, w drodze do ładowni. Wsypała odmierzoną porcję liści herbacianych do czajniczka i jeszcze raz sprawdziła temperaturę wody przed ich zalaniem.

Serwis do herbaty był jednym z niewielu luksusów na statku, gdzie liczył się każdy centymetr przestrzeni. Pochyłe ściany pokryte były przełącznikami i monitorami, których jednak nikt nie używał. Lily nigdy nie odczuwała takiej potrzeby, była podłączona. Wszyscy inni spali. Wszyscy oprócz Zane’a, którego kroki rozlegały się już na drabince prowadzącej do kuchni. Włączyła włókna optyczne, żeby oświetlić mu drogę. Wystawił głowę przez właz i wgramolił się do środka.

– Lily. – Usiadł ciężko na wysuwanym krześle. Trochę przytył. Krótką szczecinę na jego brodzie i policzkach przyprószyła siwizna.

Lily rozstawiła na stole elegancki, porcelanowy serwis herbaciany w stylu wiktoriańskim: duży talerz na kanapki i mały dla Zane’a. Nie miała czym napełnić dzbanka na mleko, ale i tak postawiła go przy cukiernicy. Na końcu umieściła dużą, różową, plastikową różę przy filiżance i spodeczku. Diabeł tkwił w szczegółach. Popołudniowa herbatka to nie posiłek – to rytuał. Wszystko musiało odbywać się zgodnie z zasadami. Zane z pewnością doceni jej precyzję. Przed dołączeniem do załogi ukończył studia teologiczne; trudno bardziej przesiąknąć rytuałem.

– Powinieneś się ogolić – stwierdziła.

Zane przeniósł trójkątną kanapkę na swój talerz, poprzesuwał ją trochę i wreszcie nadgryzł w rogu.

– W sumie racja.

Lily sprawdziła imbryczek i napełniła filiżankę, po czym wrzuciła do niej dwie kostki cukru. Zerknęła na Zane’a i dodała trzecią. Przyda mu się.

Odczekała siedemnaście sekund po jego pierwszym łyku i rozpoczęła niezobowiązującą rozmowę:

– Wiedziałeś, że kanapki z ogórkiem były popularne wśród brytyjskiej arystokracji już w czasach edwardiańskich? Do ogrzewania ogórków używali węgla, podobnie jak my w naszych inspektach.

Wzruszył ramionami, uniósł nadgryzioną kanapkę i pochłonął ją w dwóch kęsach. Nie wyglądał na specjalnie pobudzonego społecznie. Może powinna była przygotować więcej kanapek. Lily zamilkła, stwarzając Zane’owi okazję do rozpoczęcia nowej interakcji.

Nadal nic. Zdecydowała się postawić sprawę jasno.

– Próbuję rozpocząć konwersację.

– Skoro nalegasz. – Filiżanka zadzwoniła głośno o spodek. – Jak się masz, droga Lily? Co robiłaś, uwięziona na tym statku przez cały ostatni tydzień? Ach, przecież jesteś sztucznym wytworem, możliwe, że tylko mojej wyobraźni, więc chyba nie robiłaś nic, absolutnie nic.

Błędne stwierdzenie. Przypuszczała, że nie rozumiał, czym był wytwór, przynajmniej nie w sensie filozoficznym. Zaś podczas gdy on wspinał się do kuchni, ona sama zrobiła akurat całkiem sporo. Wyliczyła prawdopodobieństwo zderzenia statku z ciałem obcym dla obecnej trajektorii (0,03%) i szanse na odnalezienie innych form życia u celu podróży (12,47%), a wreszcie szanse na to, że Zane przetrwa kolejny miesiąc na statku. Niestety, te ostatnie były tak bliskie zeru, że dokonywanie obliczeń było właściwie stratą czasu.

– Podniosłam temperaturę w ładowni z 145,25 stopni Kelvina do 145,29 stopni Kelvina. Profilaktycznie. Jeśli zrobi się za zimno, mogą powstać uszkodzenia kośćca.

Zane pochłonął kolejną kanapkę jednym kęsem i wypił gorącą herbatę duszkiem, bez mieszania. Lily poprawiła wcześniejsze wyliczenia, obniżając wynik o 0,0012 procenta.

Ciszę wypełniało nieustanne buczenie silników wodorowo-ściągających.

– Ile to jeszcze potrwa? – Zane wbił wzrok w wyblakłe złocenia na krawędzi filiżanki.

– Trudno przedstawić to na osi czasu. Ale jesteśmy około 6,7 parseka od wyspy South Uist w kierunku systemu Gliese 667C.

– W kierunku czego? Przecież kierujemy się na Proximę Centauri.

– Nie. Przeanalizowałam dane i zmieniłam trasę. To oczywiste, że Gliese 667C ma najlepsze warunki do podtrzymania życia, o ile wyjdziemy cało ze zderzenia. System składa się z siedmiu planet, z czego trzy są odpowiednich rozmiarów i znajdują się w strefie Złotowłosej. Prawdopodobnie znajdziemy tam wodę i warunki zdatne do życia naszego ładunku. Nie twojego, oczywiście; ty nie zdążysz tam dotrzeć. To nadal daleko. – Przekroiła kolejny kawałek chleba na pół.

– W takim razie dlaczego wyciągnęłaś mnie z komory?

– Nie uważasz, że ktoś powinien czuwać? To tradycja. Według początkowych wytycznych wyprawy oprócz osadników w ładowni na pokładzie miał znajdować się trzyosobowy personel. Niestety życie załogi osiągnęło przedwczesny kres, gdy zbliżaliśmy się do systemu Proxima Centauri. – Ostrze cięło wzdłuż ogórka, bryzgając wodą i pozostawiając za sobą stosik cienkich na milimetr plasterków.

– Personel rezerwowy nie radził sobie najlepiej po tym, jak zawróciłam, ale nie spowodowało to żadnych długofalowych problemów, bo statek i tak musiał zostać przekalibrowany. Podróż do Gliese 667C jest dłuższa niż ta zakładana pierwotnie, ale w miarę posuwania się naprzód ściągamy wodór na paliwo. Sam rozumiesz, że w takiej sytuacji musiałam improwizować z użyciem pasażerów, by skompletować załogę. Jesteś osiemnasty. Poradziłeś sobie świetnie. – Zamilkła, szukając odpowiednich słów. – Trochę poniżej przeciętnej, ale dużo lepiej od poprzednika. – Lily przesunęła talerz z kanapkami w stronę Zane’a. – Chcesz jeszcze herbaty?

Gwałtownie odsunął od siebie filiżankę.

– Nie chcę twojej cholernej herbaty.

– W sumie to moja wina – przyznała Lily. Podwyższyła temperaturę w pomieszczeniu o dwa stopnie, próbując zapewnić rozmówcy większy komfort. – Powinnam była wiedzieć, że dla ciebie to będzie trudniejsze. Twoja matka nie była Brytyjką. Mary Bernice Parsons wyemigrowała z małego miasta w stanie Indiana w wieku dwudziestu siedmiu lat. Myślałam, że to bez znaczenia, skoro miała brytyjskich przodków. Najwyraźniej nie czujesz się wystarczająco związany z ceremoniałem swojego ludu. – Skanowała w trakcie mówienia. – W Stanach Zjednoczonych nie nastąpiła podobna rytualizacja herbaty. Co ciekawe, mówiąc o popołudniowej herbatce używają określenia „high tea”, tak jakby to przydawało jej statusu. Paradoksalnie, określenie to odnosi się do wieczornego posiłku klas niższych, który zazwyczaj zawierał danie mięsne. Człon „high” w rzeczywistości oznacza tyle, że jest to posiłek serwowany pod koniec dnia. – Zamknęła bazę danych i spojrzała na Zane’a. – Przynajmniej byłeś na tyle uprzejmy, by towarzyszyć mi w trakcie herbatki.

Prawa strona twarzy Zane’a drgała konwulsyjnie. Lily zmniejszyła rezultat swoich wyliczeń do sześciu dni.

– Jak daleko dotarliśmy? Ile ja mam lat?

– Odległość wynosi około dziesięciu lat świetlnych. W ładowni starzejesz się inaczej, więc nie jestem pewna, czy mógłbyś policzyć swoje lata tak, jak liczy się słoje na pniu drzewa. Jesteśmy mniej więcej w połowie drogi. – Dostrzegła wyraz jego twarzy i ulitowała się. – Za połową. Dość czasu na kolejną filiżankę herbaty.

– Nie. Ja już tak nie mogę – powiedział Zane. – Jestem uwięziony na statku kosmicznym lecącym donikąd, ze sztuczną inteligencją, według której kanapki z ogórkiem pomogą mi nie zwariować.

Rzucił się w dół przez właz, szczeble pod jego stopami wydawały metaliczne odgłosy, gdy gnał w stronę dolnego pokładu.

– Do zobaczenia za tydzień! – Starała się, by jej głos był pełen życia i radości w nadziei, że optymizm będzie zaraźliwy. Pozostałe kanapki i skórki przepuściła przez rozdrabniacz i odesłała do ogródka jako nawóz. Gdyby tylko udało jej się wyhodować prawdziwe, zielone ogórki, mogłaby zapewnić swoim pasażerom spokój ducha.

Dolne czujniki zareagowały, gdy Zane zaczął miotać się po wąskich korytarzach statku. Ostatecznie padł bezwładnie na koję inżyniera lotu. Lily odblokowała apteczkę i podświetliła do niej drogę. Obserwowała wszystko przez chwilę, po czym wyłączyła sensory i zajęła się pulą pasażerów.

Minęło zaledwie kilka dni, kiedy ponownie włączyła sensory, ale dla Zane’a było już za późno. Lily włączyła program samooczyszczania i przywróciła wnętrze Mayflower do higienicznego stanu przedzane’owego. W puli znalazła nową kandydatkę: Zoe Edward-Hughes urodziła się w walijskim Llandudno w 2037 roku i w wieku dwudziestu lat dołączyła do załogi Mayflower. Lily sprawdziła procesy życiowe, a następie uruchomiła procedurę, aby łagodnie wybudzić Zoe z kriostazy.

Lily zmierzyła dokładnie grubość kawałka białego chleba i skalibrowała ostrze tak, by przecięło go równo na pół. Rozprowadziła niewielką porcję smarowidła, na które położyła cieniutkie jak papier i trochę zbyt blade plasterki ogórka. Następnie ostrożnie odcięła skórkę i przekroiła kanapkę dwa razy po przekątnej, uzyskując cztery idealne trójkąty.

Przełożyła Martyna Bohdanowicz