Déjà vu

Ocena: 
0
Brak głosów

Beatka znów kichnęła.

No tak – pomyślałam – trzeba będzie pójść do lekarza. Ma przecież tylko kilka miesięcy.

Ubrałam ją zatem, co przy półrocznym niemowlęciu jest nie lada wyzwaniem. Wciąż tylko przekręca się na brzuszek i wyrywa mi z rąk każde ubranko, jakie tylko próbuję jej założyć. Starsza córka była dziś na szczęście u dziadków, więc nie musiałam się siłować z ubieraniem kolejnego dziecka.

Przynajmniej się nie zarazi – przeszło mi przez myśl.

Ogarnęłam naprędce swoje niesforne loki, na szybko musnęłam tuszem rzęsy. 

Bo zadbaną kobietą trzeba być w każdej sytuacji – uśmiechnęłam się do siebie przed lustrem.

Jeszcze tylko krem na twarz.

Wreszcie założyłam na siebie to, co pierwsze wpadło mi w ręce – niestety były to już nieco przecierające się jeansy i rozciągnięty cienki sweter, który nie jeden sezon pamiętał. Na dodatek okazało się, że ma małą plamę, zapewne z wczorajszej zupki Beatki.

No nic – pomyślałam – przecież lekarz będzie oglądał dziecko, nie mnie.

Taka matczyna schizofrenia. Z jednej strony chce się być ładną i zadbaną, a z drugiej przy małym dziecku każda sekunda jest tak ważna, że „ja” przestaje się liczyć. Zwłaszcza gdy człowiek się spieszy z takim małym człowieczkiem.

Zapakowałam córkę do wózka i wreszcie wyszłyśmy. Mijałyśmy typowo jesienny krajobraz – złote liście spadały z drzew, delikatny wiatr muskał nasze policzki. Od czasu do czasu omijałam, niestety z niezbyt dużym wdziękiem, jakąś kałużę. Wielu ludzi, przechodząc obok, nawet nie podnosiło oczu – każdy albo zapatrzony w telefon, albo pogrążony w swoich myślach. Jesień – taka urokliwa, wielobarwna pora roku, a wielu nie dostrzega jej piękna. Ale i mnie dziś nie w głowie było podziwianie kunsztowności Matki Natury, a jak najszybsze dojście do przychodni.

Wreszcie dotarłyśmy na miejsce. W poczekalni jak zwykle tłum ludzi.

No tak, poniedziałek  – mignęła mi w myślach uwaga.

Witały nas szare odrapane ściany i rdzewiejące rury przy grzejniku. Sufit prosił się o malowanie, jednakże jego nieme błaganie pozostawało bez echa. Drzwi, obite przy każdym rogu, prawie wylatywały z zawiasów, a okno wychodzące na jeszcze brzydsze podwórze gniło w paru miejscach.

Kobieta z recepcji krzywo spojrzała – dla niej okazałam się być tylko kolejnym nachalnym pacjentem, który domaga się wizyty bez uprzedniego zgłoszenia telefonicznego.

–  ... ale dzwoniłam, nikt nie odbierał – broniłam się przed jej atakiem. – Ma bardzo silny katar, jest taka malutka... – prosiłam dalej.

Po kolejnej wymianie zdań zaczęłam podnosić głos. Wreszcie po burzliwej rozmowie grzecznie usiadłam na krześle, ostatnim wolnym. Beatkę wzięłam na kolana i czekałyśmy na swoją kolej. Raz po raz wymieniałam tylko zabawki w ręce, by mała nie straciła zainteresowania.

– No to czekamy – powiedziałam, choć ta kilkumiesięczna główka niewiele zapewne z tej wypowiedzi zrozumiała.

Lubiłam na nią patrzeć. Miała takie delikatne rysy, wręcz anielską twarz. Jej filigranowe rączki tylko potwierdzały tę tezę. Były takie gładkie i smukłe. Każdy ruch był płynny, pełen wdzięku i uroku. Była taka spokojna, nie to co jej starsza siostra.

Pamiętam dzień jej narodzin. W środku nocy poczułam delikatne skurcze. Wystraszyłam się, gdyż ze względu na jej nieodpowiednie położenie w macicy miałam planowane cesarskie cięcie dopiero za dwa tygodnie, a to już? Na szczęście, nauczona doświadczeniami z poprzedniej ciąży, torbę do szpitala miałam już przyszykowaną. Delikatnie zbudziłam męża. On jednak podskoczył na łóżku jak poparzony, aż obudził śpiącą w drugim pokoju pierworodną. Nie minęło nawet pięć minut, a staliśmy w drzwiach gotowi do wyjścia. Małą zostawiliśmy u sąsiadów i pojechaliśmy. Oczekiwanie na operację było najdłuższymi trzydziestoma minutami w moim życiu. W końcu wzięli mnie na stół. Mimo znieczulenia zewnątrzoponowonego moment, gdy wyciągali Beatkę, był tak samo bolesny jak poprzedni poród naturalny. O ile nie gorszy. Ale w końcu miałam moją drugą córcię. Wiedziałam, że będzie tą wymarzoną, bo taką widziałam ją w snach. Że będzie mieć długie piękne loki, w przeciwieństwie do starszej siostry. Że będę jej co dzień plotła piękne warkocze, robiła miliony kucyków i koczków. Że będzie mieć do tego gładką cerę i nieziemskie oczy.

– Pewnie wyrośnie na anioła – snułam plany – taka idealna córka...

Gwałtowny błysk. Mocne światło nagle wypełniło pomieszczenie. Huk. Wrzask. Ludzie zaczęli krzyczeć. Totalne zamieszanie.

– Co się dzieje?! – krzyczałam. Brak odpowiedzi.

Grunt pod nogami zaczął się trząść. Matczynym sercem przeczuwałam najgorsze. Przycisnęłam do piersi dziecko najmocniej, jak potrafiłam, drugą ręką osłoniłam jej główkę.

– Byleby obronić Beatkę... byleby ją...! – krzyczałam w tłum.

*

Mijałam złocące się liście. Omijałam bez odrobiny gracji kałuże. Na ulicy roiło się od ludzi zapatrzonych w głąb siebie lub ekranu smartfonów. Naturalne piękno, które zewsząd nas otaczało, zdawało się nic nie znaczyć, nikt nie zwracał na nie uwagi. Nawet ja. Jechałam z córką do lekarza. Miałam dziwne wrażenie, że to już było. Że tego dnia, że ta chwila...

Ale jak? Niemożliwe – mówiłam w duchu.  To pewnie przez to ciągłe siedzenie w domu z dwójką małych dzieci.

Wnętrze budynku nie zachęcało do wejścia. Wszystko wokół takie zaniedbane, odrapane, jakby przez lata już zapomniane. Dodatkowo ostrzejsza wymiana zdań z panią w recepcji już zniechęciła mnie do dalszego pobytu.

Usiadłam z Beatką w poczekalni. Patrzyłam na jej słodką twarz. Taką uśmiechniętą, radosną i rozumną. To było jak ukojenie wszystkich złych chwil. I znów to dziwne wrażenie.

To chyba déjà vu czy jakoś tak. Zwał jak zwał – myślałam. – Dziwne uczucie.

I nagle światło. Błysk. Ludzie zaczęli krzyczeć. Huk i trzęsienie ziemi.

Odruchowo przytuliłam córeczkę. Starałam się ją ochronić najlepiej, jak potrafiłam.

– Byleby obronić...! – zaczęłam krzyczeć w tłum.

*

– No patrz, jak karmisz! – krzyknęła do Sylwii młodsza siostra.

– O kurde – odparła.

Papka w niczym nie przypominająca zupy upadła na kobietę, którą karmiła. Sylwia wytarła jej podbródek i fragment nocnej koszuli. Długie ciemnozłote włosy dotykały ubrudzonego ubrania. Delikatnie nimi zarzuciła, by strącić resztki posiłku. Następnie sięgnęła do talerza, by nałożyć kolejną porcję na łyżkę.

– Myślisz, że ona coś czuje, myśli? – zapytała siostrę.

– No co ty! – odkrzyknęła Beata. – Przecież od czasu tego wybuchu siedemnaście lat temu jest jak warzywo. Co ona w ogóle może czuć? – prychnęła. – Tylko je, oddycha i sra – dodała z obrzydzeniem. – Też mi pożytek z takiej matki... – fuknęła.

Sylwia zapatrzyła się w twarz rodzicielki. Nie było na niej śladu zmartwienia, a jednak co jakiś czas usta wykrzywiały się, jakby chciały coś wykrzyczeć. Nieruchome dłonie sprawiały wrażenie, jakby chciały coś, a może kogoś objąć. Ich matka, niczego nieświadoma, zdawała się przeżywać coś niemiłego...

*

...mijałam złocące się liście. Omijałam kałuże...

*

– No, Sylwka! – znów krzyknęła.

No tak, dziewczyna zamyśliła się i ponownie odrobina kleiku wylądowała na nocnej koszuli starszej kobiety, której wzrok był mętny i patrzący gdzieś w siną dal...

*

– Byleby obronić Beatkę... byleby ją...

Odpowiedzi

Pomijając samą historię, która może się podobać lub nie - kwestia gustu - sposób, w jaki opowiadanie zostało napisane pozostawia wiele do życzenia. Jest to styl szkolny, bardzo licealny z dużą liczbą niezgrabnych synonimów oraz spłyconą warstwą emocjonalną.

Dziękuję za wyrażenie własnego zdania. Oczywiście każdy ma prawo do swojego światopoglądu - rzecz gustu.