W jaskini bestii

Ocena: 
8
Average: 8 (2 votes)

Przerażenie. Tylko ono wypełniało jego umysł.

To stało się wczoraj. Albo przedwczoraj, przez strach utracił rachubę czasu. Obudził się i mógł poruszać już tylko głową. Ręce, nogi, tors pozostawały bezwładne. Krzyczał o pomoc, lecz wiedział, że tak czy inaczej czeka go marny los.

Ceryo został workiem mięsa, który nawet nie potrafiłby się sam posilić. Plemię nie dbało o chorych. Składało ich w ofierze krwawemu bogu. Świat był wrogim miejscem, a troska o ułomnych wiązała się z osłabieniem siebie.

Wszystko już zaplanowano. Szamani czekali z kadzidłami, noszami i modlitwami. Wkrótce orszak ruszy w kierunku siedziby Mnugnona, Pożeracza Bólu. Nikt nie będzie tęsknił za Ceryem. Owdowiałą żoną zajmie się jeden z myśliwych, których przywilejem było posiadanie kilku kobiet jednocześnie. Osierocone dzieci wkrótce zapomną o tym, że miały ojca i przyzwyczają się do karcącej ręki opiekuna. Brutalne życie nie pozwalało na sentymenty.

Ceryo pragnął tylko szybkiej śmierci. Modlił się do Mnugnona o to, by zlitował się i połknął go jednym kęsem. Wedle opowieści zazwyczaj powoli obierał ludzi ze skóry i wyżerał ich wnętrzności, delektując się cierpieniem.

Nadszedł czas. Słudzy szamanów wynieśli sparaliżowanego z chaty i podążyli do jaskini boskiego potwora. Kapłani śpiewali pieśni rytualne w akompaniamencie bębnów. Po chwili marszu, która Ceryowi zdawała się wiecznością, pochód dotarł na miejsce i złożył ofiarę u wejścia groty, po czym oddalił się na bezpieczną odległość.

Niedługo później wyłonił się Mnugnon, potężna bestia o sześciu kończynach i dwóch parach oczu. Jego ciało pokryte było lśniącą, szarą łuską. Na grzbiecie miał przypominający płomienie ogniska pióropusz, a z długiego, szerokiego pyska wystawał rząd ostrych jak brzytwa zębów.

Członkowie plemienia oddali pokłon bogu. Ceryo wydał z siebie okrzyk przerażenia. Po jego policzkach płynęły łzy.

Mnugnon nie skonsumował daru na miejscu. Pochwycił mężczyznę w przednią łapę i skrył się z powrotem do jaskini. Nie zmiażdżył jednak bezwładnego ciała żelaznym uściskiem, lecz trzymał je delikatnie. Być może chciał odłożyć przyjemność mordowania na później.

Jamę spowijała ciemność. Legowisko boskiego stwora musiało znajdować się głęboko pod ziemią, pomyślał Ceryo. Mimo szybkiego chodu bestia wciąż jeszcze tam nie dotarła, a minęło już kilka dłuższych chwil.

– Oszczędź mnie, Mnugnonie! – błagał sparaliżowany. Gdy spotkał Pożeracza Bólu oko w oko, przerażenie i instynkt przetrwania zastąpiły pragnienie prędkiej śmierci.

– Nie bój się – odrzekł potwór. – Nie spotka cię nic złego.

Cóż za przewrotna, okropna istota! Ceryo mógł już tylko łkać w bezsilności.

Wkrótce dotarli do komory, w której żył Mnugnon. Była ogromna… i oświetlona pochodniami. Zza głazów i stalagmitów wypełzły jakieś postacie. Czyżby były ożywionymi trupami, sługami Pożeracza Bólu? Boska bestia położyła Cerya na płaskiej skale.

– Przynieście mu strawę – polecił Mnugnon.

Najwyraźniej ofierze brakowało tłuszczu. Najpierw zostanie utuczony, a dopiero potem Mnugnon go zje. Ceryo przyglądał się marionetkom potwora. Wyglądali na żywych… Lecz coś tu nie pasowało. Niektórym brakowało ręki lub nogi, oczy innych spowijała mgła. Zaczęli karmić go pieczonym mięsem i suszonymi grzybami.

– Nie lękaj się – powiedział jeden z nich mający ropiejące narośle na twarzy. – Pan zaopiekuje się tobą tak samo jak nami.

Pan? Te osoby go czciły. Nagle gdzieś w tłumie Ceryo ujrzał Gadhana, dawnego mieszkańca jego wioski. Biedak ogłuchł i został złożony w ofierze kilka lat temu.

– O co tu chodzi? – zdziwił się Ceryo. – Dlaczego nie pożerasz ludzi, Mnugnonie?

– Nie potrzebuję jedzenia – odparł dudniącym głosem Pożeracz Bólu. – Choć wyglądam przerażająco, jestem łagodnym bogiem i mierzi mnie cudza krzywda. Nie mogłem patrzeć na to, jak traktujecie chorych braci… Zostawiacie ich na pastwę losu, a często zabijacie, by pozbyć się ciężaru. Dlatego zażądałem od szamanów okolicznych plemion, by składali mi w ofierze tych, którzy zaniemogli. Przygarniam ich do siebie. Tu jeden pomaga drugiemu i razem przezwyciężamy cierpienie.

– Nie możesz po prostu powiedzieć kapłanom, by nakazali godne traktowanie zniedołężniałych? – zapytał Ceryo.

– Próbowałem. Nie posłuchają, nie nauczą się – wyjaśnił Mnugnon. –  Gdy tylko wracam do jaskini, wszyscy natychmiast zapominają o mych przykazaniach. Uznałem, że będzie lepiej, jeśli sam się wami zajmę, a pozostali będą żyli w strachu za karę za swój upór.

Ceryo zamilkł. Nie wiedział, co o tym myśleć… Mimo wszystko czuł ulgę, że nie czeka go śmierć, choć perspektywa spędzenia reszty egzystencji w unieruchomionym była ciele przygnębiająca.

–  Czuj się bezpiecznie – rzekł Mnugnon. – Zadbam o ciebie i otoczę cię miłością.

– Ale… ja jestem bezużyteczny – zmartwił się Ceryo. – Nawet nie mogę pracować, tak jak inni tutaj.

– Nie jesteś bezużyteczny. Masz sprawny umysł i język – zauważył stwór. – Myśl o ciekawych historiach, i opowiadaj je nam dla umilenia czasu…

Odpowiedzi

Ładnie napisane, dobrze się czyta. Taka optymistyczna powiastka.

Dziękuję za przeczytanie, Lady. Cieszę się, że się spodobało :)