Droga przez las

Ocena: 
8
Average: 8 (1 vote)

Marek jechał bez przerwy już osiemnaście godzin. To może zmęczyć każdego, nawet zawodowego kierowcę TIR-a, ale jeszcze nie mógł sobie pozwolić na odpoczynek. Zwolnił na chwilę poniżej setki, by przyjrzeć się tablicy z nazwą miasta. Przeczytał ją, zerknął na rozłożoną na siedzeniu pasażera mapę samochodową i syknął przez zęby.

– Do diabła, jeszcze ze cztery godziny do granicy.

Jeśli wyrobi się w te cztery godziny i na granicy wszystko pójdzie tak, jak było ustalone, to powinien zdać towar na godzinę przed świtem. To by oznaczało dla niego premię.

– Dobra, mały, koniec marzeń – powiedział na głos i napił się Coca-coli wyjętej z lodówki. Mówił tak sam do siebie od czasu do czasu, by nie zapomnieć jak brzmi cywilizowana mowa. Tutejsze radio i muzyka, którą puszczało, nie nadawały się nawet na wiejską zabawę. Włączył CD, przeskoczył na czwarty utwór i przekręcił gałkę głośności do końca. Marek nie znał angielskiego, lecz teraz, nie fałszując już prawie wcale, śpiewał razem z płytą. Podczas tego kursu był to może setny raz, gdy słuchał „Road to Hell” Chris’a Rea.

Jakieś sto kilometrów przed granicą zauważył we wstecznym lusterku dwie pary świateł. Samochody zachowywały bezpieczną odległość i nie podjeżdżały bliżej niż na kilkaset metrów.

– To powinna być eskorta – pomyślał. – A jeśli nie jest?

Była.

Kolejka zaczynała się dobre trzy kilometry przed przejściem granicznym. Marek zatrzymał swoje osiemnaście kółek i czekał. Jeden z jadących za nim samochodów dogonił go i włączył milicyjne światła. Zrównał się z jego kabiną. Milicjant siedzący na miejscu pasażera trzymał w ręku pistolet. Pomachał do Marka, żeby jechał za nim.

Marek włączył pierwszy silnik i potoczył cysternę w ślad za milicyjną ładą. W ciągu dziesięciu minut dotarli do granicy. Znaczy, tym razem wszystko załatwione jak trzeba – pomyślał Marek z zadowoleniem. Odprawa po stronie rosyjskiej trwała może minutę. Przemyt narodowych dóbr kultury to w Rosji ciężkie przestępstwo, ale parę tysięcy dolarów sprawia, że ludzie przymykają oczy. Dwa szybkie stemple w papierach przewozowych i już dojeżdżał do strony polskiej. Tu nie miał się już czego obawiać. Znali go prawie wszyscy celnicy. Dla niektórych stanowił zło konieczne, dla innych stał się kimś w rodzaju narodowego bohatera. Robił dwa-trzy kursy kwartalnie i zawsze wracał. I tak od trzech lat. Marek nie znał nikogo innego, kto miałby tyle szczęścia. Może i mi czas już na emeryturę – pomyślał nostalgicznie.

Drogę do Parku Knyszyńskiego przebył spokojnie, w niespełna godzinę. Przez CB-radio powiadomił leśniczego, więc gdy wjeżdżał do podziemnego parkingu leśniczówki, cała obsługa była już na nogach. Zaparkował przy łącznikach ciśnieniowych. Jego cysternę szybko obstąpili ludzie z działu technicznego, sprawnie podłączyli przewody i zaczęli przetłaczanie gazu. Marek pierwszy raz od czterdziestu ośmiu godzin wyszedł z ciężarówki i przywitał się z wszystkimi. Witali go jak bohatera. Jednego z ostatnich ludzi, którzy zasługiwali na to miano.

– Jeszcze jeden kurs, ostatni – postanowił w myślach. Lubił czuć się doceniony.

Rozejrzał się po podziemnym parkingu, spojrzał na neonowo podświetloną mapę Parku i westchnął. Park Knyszyński – ostatnie osiem kilometrów kwadratowych nieskażonego cywilizacją terenu w Polsce. Tylko kilkanaście osób wiedziało, że tak reklamowane tutaj naturalne, świeże polskie powietrze, jest powietrzem przemycanym przez niego z syberyjskiej tajgi.

czwartek, 10 maja 2001, © by Soulless