Przypowieść o poborcy i kapłanie

Ocena: 
8.5
Average: 8.5 (2 votes)

W Karingen, stolicy Doliny Siedmiu Miast, żył pewien młody poborca podatków imieniem Orosz. Pochodził z niewielkiej wioski, położonej u podnóża Zlepieńców, pasma górskiego na wschodzie. Jako czwarty syn nie mógł liczyć na pomoc utrzymujących się z pracy na roli rodziców. Jako, że zawsze miał smykałkę do rachowania, kiedy zaczęła się czternasta wiosna jego życia, wyprawił się do miasta, aby rozpocząć edukację.

Przez parę lat pokornie przyjmował nauki. Po egzaminach końcowych, jeden z nauczycieli polecił go do pracy w urzędzie podatkowym. Na początku Orosz segregował wnioski, układał pozwy, tonąc w papierkowej robocie i wyręczając starszych stażem. Mimo to praca mu się podobała, lubił doszukiwać się nieścisłości w zeznaniach podatkowych kupców, cechów i rzemieślników.

Po dwóch latach awansowano go na pracownika terenowego. Dostał swoje biuro, a także szereg spraw, którymi miał się zająć. Orosz gorliwie wykonywał obowiązki, cały czas obmyślając, jak wybić się jeszcze wyżej w urzędniczej hierarchii. Sprawa oszustw podatkowych jednego z mistrzów rzeźnickich podniosła jego rangę, ale nie na tyle, aby awansować.

Pewnego dnia spacerując po mieście, Orosz przechodził obok olbrzymiego budynku świątyni Wielobóstwa. Bogato zdobione filary, wrota wykonane z hebanu, drogiej odmiany drzewa nie rosnącej w dolinie wywoływały podziw. Przepych budynku spowodował, że poborca wpadł na pewien pomysł. Poprawił tunikę i wszedł do świątyni.

 

***

 

Moja głowa, pomyślał Kozma, opłukując twarz zimną wodą. Otrzeźwił się nieco, założył kapłańską szatę i wyszedł ze swojej izby. Najwyższy czas iść do świątyni, przygotować wszystko do wieczornego nabożeństwa. Musiał poustawiać świece, sprawdzić, czy w magazynie jest świeży chleb do obrzędów oraz naostrzyć noże. Dzisiaj miała odbyć się inicjacja czterech akolitów ze szkółki.

Ach, że też dałem się namówić na wino, westchnął w duchu Kozma. Wczorajszy wieczór, zamiast zająć się przygotowaniami do dzisiejszej uroczystości, spędził wraz z odwiedzającym właśnie miasto arcykapłanem Martonem w jednym z luksusowych zamtuzów. Naprzemiennie raczyli się trunkami i wdziękami pracujących tam dziewek, odkładając sprawy wiary i Wielobóstwa na bok.

Kozma wszedł do głównej nawy świątyni i zobaczył mężczyznę stojącego między ławami. Przybysz rozglądał się po wnętrzu, a kiedy zauważył wchodzącego kapłana, szybko do niego podszedł i się przedstawił.

– Chwała Wielobóstwu. Nazywam się Orosz, jestem poborcą podatkowym. Mam kilka pytań odnośnie działalności świątyni.

Kapłan spojrzał na niego spode łba i zmrużył oczy. Nie podobał mu się ten młodzian, do tego ból głowy, zamiast maleć, coraz bardziej przybierał na sile. Ile bym oddał, żeby wrócić teraz do izby i napić się chłodnego, korzennego wina.

– Oczywiście – odpowiedział Kozma. – Słucham?

– W czasie obrzędów karmicie wiernych i akolitów chlebem. – Poborcy chciwie zabłysły oczy. – Ciekaw jestem, co robicie z tym, co zostanie?

– Kilkudniowy chleb oddajemy do przytułku zamieszkiwanego przez sieroty i biedotę, który mieści się w Niskiej Dzielnicy. Na wszystko mam dokumenty, do wglądu u mojego rachmistrza.

Orosz opuścił głowę zawiedziony. Zastanowił się przez chwilę i spytał:

– A co ze świecami? Pali się ich tu bardzo wiele. Skąd bierzecie tłuszcz, knoty i co robicie z resztkami?

Kapłan czuł coraz większe pragnienie. Do tego dochodziły mdłości po spożyciu zbyt dużej ilości trunków. Chciał jak najszybciej zakończyć rozmowę z poborcą, napić się wina dla uśmierzenia kaca i zjeść lekkie śniadanie. Poirytowany dociekliwością mężczyzny odchrząknął i powiedział:

– Produkowane są w szkółce przyświątynnej przez naszych akolitów. Sznurki kupujemy od powroźników, a tłuszcz dostarcza nam miejscowy cech rzeźników. Podpisane umowy i faktury znajdują się w księgach u rachmistrza.

Poborca spochmurniał. Zrobił kilka kroków w stronę wyjścia. Kozma ukradkiem odetchnął. Orosz odwrócił się gwałtownie z szerokim uśmiechem na ustach.

– Coś mi się przypomniało – rzekł, mierząc kapłana bystrym wzrokiem. – Podczas obrzędu inicjacji dokonujecie cyrkumcyzji, zwanej inaczej obrzezaniem, odcinając akolitom kawałki zewnętrznych narządów płciowych. Ciekaw jestem, skąd bierzecie noże i co robicie z odciętymi fragmentami?

Kozma poczerwieniał na twarzy zdenerwowany nadgorliwością poborcy.

– Ceremonialne noże dostarcza nam kowal, jego kuźnia znajduje się na tej samej ulicy co świątynia.

– A co ze skrawkami? – Szyderczy uśmiech triumfu nie schodził z twarzy Orosza.

Kapłan nie namyślając się długo, odpowiedział:

– Zbieramy je do specjalnie przygotowanego woreczka, wysyłamy do urzędu podatkowego i potem przysyłają takiego fiuta jak ty.