JLA: Amerykańska Liga Sprawiedliwości, tom 4 – Grant Morrison, Howard Porter, Ed McGuinness

Kochaj albo rzuć

Maciej Rybicki

Już przy okazji omawiania poprzednich tomów zwracałem uwagę, że „JLA” pisane przez Granta Morrisona to seria niezwykle specyficzna. Szkot wziął na warsztat konwencję superbohaterskiej drużynówki i podkręcił ją do ekstremum. Początkowo jego pomysł był bardzo prosty (na podobnym zasadzał się zresztą bardziej współczesny reboot Ligi w ramach Nowej 52-ki): zebrać z powrotem najpopularniejszych członków JLA i opowiadać historie tak niezwykłe i niesamowite, że tylko grupa największych herosów była godna zostać ich bohaterami. I rzeczywiście, „JLA” okazało się ogromnym sukcesem zarówno komercyjnym, jak i artystycznym. Mimo że po kilku zeszytach skład zespołu został znacznie poszerzony, to ogólna koncepcja pozostała.

Czwarty tom „JLA” w założeniu opiera się na czwartym tomie oryginalnej „Deluxe Edition”… niestety nieco okrojonym. Pierwotnie zakładano, że Edycja Ekskluzywna zbierze cały run Morrisona – na ostatni tom miały składać się trzy historie – „Trzecia Wojna Światowa”, będąca ostatnią napisaną przez autora „Azylu Arkham” w ramach regularnego tytułu, trzyzeszytowa opowieść z „JLA Classified” i wycięta z polskiego wydania, popularna „Ziemia 2”. Ten ostatni zabieg to prawdopodobnie efekt ustaleń Egmontu z Eaglemoss, który niedawno wydał dzieło Morissona i Quitely’ego w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów DC. Koniec końców dostajemy jednak i tak całkiem pokaźne tomiszcze, które jest niemal kwintesencją stylu Szkota.

W obu opowieściach Liga mierzy się z zagrożeniami na skalę światową. Nie ma więc wątpliwości, że czego jak czego, ale rozmachu scenarzyście nie brakuje Jednocześnie, co także typowe dla tego autora, poprzeczka „wejścia w narrację” została zawieszona dość wysoko. Wydarzenia następują po sobie szybko, często pozornie bez związku ze sobą nawzajem. Co istotne, Morrison nie bawi się w charakterystyczne dla amerykańskiego komiksu superbohaterskiego wykładanie odbiorcy każdej sytuacji. Czytelnik zostaje rzucony na głęboką wodę i na własną rękę musi połapać się w gąszczu pokręconych pomysłów. Sprawy nie ułatwia też fakt istnienia bardzo licznego grona postaci mających wpływ na przebieg wydarzeń. W czwartym tomie „JLA” pojawia się ich całe mrowie: od licznych członków Ligi począwszy, przez Lexa Luthora i Nowych Bogów, na Międzynarodowym Korpusie Ultrażołnierzy skończywszy. Zdecydowana większość z nich ma pewien wpływ na przebieg wydarzeń, ale jeśli należy miałbym kogoś wyróżnić, na pewno usatysfakcjonowani będą miłośnicy Batmana (szczególnie w drugiej części), Kyle’a Raynera, Azteka, Zauriela, Steela i Plastic Mana. Warto jednak pamiętać, że Szkot nie poświęca specjalnie wiele uwagi pogłębianiu ich psychiki. Takie elementy pojawiają się tu i ówdzie (na przykład w odniesieniu do Supermana i Marsjańskiego Łowcy), jednak nie stanowią zbyt istotnej części komiksu. Nie ma też u Morrisona  filozofowania. Nacisk został położony przede wszystkim na efektowną akcję i prezentację coraz to bardziej szalonych pomysłów scenarzysty. Można by rzec, że naczelną myślą jest pokazanie niesamowitej, niewyobrażalnej potęgi superherosów – obrońców nie tylko Ziemi, ale też całego wszechświata.

Podobnie jak w przypadku poprzednich tomów, oprawa graficzna może budzić pewne kontrowersje. Howard Porter – rysownik „Trzeciej Wojny Światowej” – ma bowiem bardzo charakterystyczną kreskę, która nie każdemu przypada jednak do gustu. Po jego pracach można spodziewać się typowych dla przełomu XX i XXI wieku „gęstych” kadrów (często niezwykle efektownych) oraz napakowanych do granic przyzwoitości postaci. Z drugiej strony, jak to zwykle u Portera, obok plansz absolutnie wspaniałych pojawiają się takie, które wywołują gorzki uśmiech – pełne koślawych proporcji czy też nienaturalnie, wręcz brzydko wyglądających twarzy. Świetnym urozmaiceniem są zamykające ten tom trzy zeszyty narysowane przez Eda McGuinnessa. Amerykanin znany choćby z takich tytułów jak „Superman/Batman”, „Vampirella”, „Hulk” czy „Deadpool” prezentuje styl nieco bardziej kreskówkowy, ale także znacznie „czystszy”, choć wciąż zanurzony w stylistyce przełomu wieków. Muszę przyznać, iż kilkadziesiąt stron, które wyszły spod jego ręki, wydaje mi się najlepszą graficznie częścią czterech tomów „JLA”.

Z Morrisonowskimi historiami o Amerykańskiej Lidze Sprawiedliwości jest tak, że albo się je uwielbia, albo się ich po prostu nie znosi. Jeden z najsłynniejszych runów w dziejach amerykańskiego komiksu zaskarbił sobie wielu fanów absolutną bezkompromisowością w podejściu do tematu superbohaterskiej nawalanki. Szkot nie tylko stawia przed członkami Ligi coraz to dziwniejsze wyzwania, ale także rzuca wyzwanie odbiorcy, czyniąc swe komiksy niezbyt przestępnymi. Na dobrą sprawę „JLA” jest jednak kwintesencją komiksu superbohaterskiego, pokazującego potężne istoty mierzące się z potężnymi wyzwaniami. Jest dynamicznie, kolorowo, nieco chaotycznie, choć z rozmachem. Koniec końców, to do czytelników należy jednak decyzja, czy taką konwencję kupią, czy nie. Jeśli ktoś pokochał jej wcześniejsze odsłony, będzie zadowolony także z lektury czwartego tomu. Jeśli zaś ktoś się już wcześniej od tej serii odbił, to nie powinien się spodziewać czegokolwiek bardziej przystępnego (no, może z wyjątkiem świetnych rysunków McGuinnessa).

Seria: JLA: Amerykańska Liga Sprawiedliwości
Tom: 4
Scenariusz: Grant Morrison
Rysunki: Howard Porter, Ed McGuinness
Tłumaczenie: Krzysztof Uliszewski
Tytuł oryginału: JLA (JLA #34, 36-41, JLA Classified #1-3)
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: styczeń 2017
Liczba stron: 272
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-1894-2