Zapach tajemnicy

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

Jak zwykle moje poczynania okazały się negacją szczęścia. Miało być miło i swobodnie. Tajemniczy liścik otrzymany od hrabiny Zielińskiej pobudzał moją wyobraźnię i nie tylko, choć akurat nad ciałem potrafiłem jeszcze zapanować. W umyśle widziałem uśmiech hrabiny na mój widok, jej zwiewną nocną koszulę, a za nią linię ciała wyraźnie odcinającą się od materiału. Lekko wodziła koniuszkiem języka po kształtnych wargach, pierwszy rumieniec pojawił się na jej twarzy, wykonała zapraszający gest w moją stronę...

Tak miało być, do diabła z tym cholernym pechem! Od lat już szybuję na smokach, jednak po raz pierwszy trafiłem na smoka z zatruciem pokarmowym. Początkowe aeromile nie zapowiadały takiej katastrofy: lot przebiegał zgodnie z planem, wiatr rozwiewał mi włosy, choć  po prawdzie później też rozwiewał, jednak atmosfera była raczej gęsta.

Lekkie burczenie w smoczych czeluściach okazało się być iskrą spadającą na kopiec siana. Nawet przez moment nie pomyślałem, że smok podgrzewa swój wewnętrzny piec – nie da się porównać śpiewu słowika z krakaniem kruka. Szybko przemknęła mi przez głowę myśl o zawróceniu, ale czas ma to do siebie, że nigdy nie da się go naciągnąć. Godzina spotkania wypisana w liściku była jednoznaczna i opatrzona komentarzem „tylko się nie spóźnij”, cóż zatem było począć? W takiej sytuacji zatkałem nos i dalej popędzałem mojego podniebnego rumaka.

Z każdą aeromilą było coraz gorzej. Lot zaczął przypominać jazdę dorożką po nierównym podłożu, co skutkowało moimi mało skoordynowanymi podskokami na siedzisku. Nie będę ukrywał, że w swoim wojskowym życiu przeprowadziłem niezliczone ataki z powietrza, ale jak to porównać do smoczych skurczów „owocujących” zrzutem zupełnie innej materii? Był z tego jednak niespodziewanie duży zysk - oprócz naturalnego nawożenia gruntu, co oczywiste – mianowicie, po każdym takim zrzucie smok jakby przyspieszał.

Zacząłem nawet lubić to podskakiwanie. Pomimo nocnych ciemności z łatwością dojrzałem lekki zielony kolor, jaki przybrała skóra zwierzęcia. Szeptałem mu słowa otuchy, obiecywałem ulżenie jego słabości po przylocie do zamku hrabiny, zapewniałem o mojej bezgranicznej wdzięczności. Kto wie, ile z moich słów przebiło się przez twardą czaszkę? Nawet w przypadku ludzi czasem ma się wrażenie, że niektóre co bardziej niepopularne zwroty odbijają się jak od ściany. Sam nie jestem święty, „posprzątaj komnatę” wypowiadane przed laty przez moją matkę ignorowałem ze zdumiewającą konsekwencją.

Byliśmy już bardzo blisko: ja wyprostowany, smok trochę podkurczony. Nie miał już opływowego kształtu, ale nawet niekształtna śnieżka potrafi przecież przelecieć spory dystans jeśli, jest dobrze rzucona, a próżno szukać u niej skrzydeł. Przed nami był najważniejszy etap podróży: ciche lądowanie i skradanie się do komnaty obiecującej wcale nie mniejsze podniebne wrażenia.

Kontakt z podłożem obwieścił dźwięk jak z kobzy. Nigdy nie miałem zapędów muzycznych, ale na moje ucho dźwięk okazał się nadzwyczaj czysty. Smok jako ogromna kobza daleko wykraczał poza moje dotychczasowe widzenie świata. Nie był to jednak czas na dogłębne analizy. Niemal od razu rzuciłem się w stronę studni w celu zaoferowania smokowi chłodnej wody na bolący żołądek. Mój kompan miał jednak inny plan – okręcił się wokół ogona i wyciągnął szyję w stronę węgla zalegającego na dziedzińcu. No tak, co jak nie węgiel najlepiej pomoże na żołądek? No i w piecu trzeba w końcu czymś palić.

Długo się nie zastanawiając, popędziłem w stronę komnaty hrabiny. Aż dziw, że dotychczas nikt nie zauważył mojej obecności. Najwidoczniej hrabina była dalece  przewidująca i na ten wieczór zwolniła służbę z obowiązków. Ach, te kobiety, jak zwykle mają głowę do szczegółów. Atmosfera tajemnicy odczuwalna w pustym zamku tylko dodała mi sił i wigoru. Cały w skowronkach wkroczyłem w ciepło wymarzonej komnaty. Otwarłem szeroko ramiona i mrugnąłem zawadiacko w stronę gospodyni.

– Jestem, najdroższa, na twoje zawołanie. Twój podniebny rycerz w pełnym rynsztunku i gotowości kłania ci się do nóżek. Pozwól mi skomplementować twą ezoteryczną urodę, delikatną grację ruchów i jakże cudowne rysy... twarzy.

Jako przestrogę mogę tylko napisać, że zmarszczony nos nawet na najładniejszej twarzy nie jest dobrym omenem. Ostatecznie wyszło na to, że smok zabrał mnie w podróż do zamku, natomiast ja poniekąd zabrałem smoka do wnętrza komnaty. Kto by pomyślał, że tajemnica potrafi mieć zapach...