Bo gdy brak pierwiastka ludzkiego

Ocena: 
5.5
Average: 5.5 (2 votes)

Przebiegłem przez wąski korytarz utkany z cieni moich wątpliwości. Mary dopadły mnie zewsząd, spychając niegdyś silne jestestwo do głębin zasranej duszy. Śmierdziała niczym zepsute mięso, nadgryzione przez korniki czasu. Skulony, pod jedynymi drzwiami, próbowałem znaleźć rozwiązanie. Grzechy, tak wiele… Ciałem wstrząsnęły drgawki, a na marmur polała się żółta ciecz. Tak wiele grzechów. Już nawet diabeł na tronie piekieł zaniechał kapitalizacji odsetek. Stanąłem przed nim czas temu nieznany, młodszy byłem o jakieś trzy zbrodnie i przemyt z Chin; on taki elokwentny, z założonymi na siebie nogami, siedział na blacie biurka i machał ubranymi w szpilki od Gucciego stopami, a iskry sypały się w eter. Na palcu błyszczał pierścień, a ogień ukryty w szmaragdowym oku syczał i wił się niczym nadwrażliwy węgorz. Zakpiłem z całokształtu wyblakłego potwora. Za takie dezawuowanie nie idzie się do piekła. Idzie się dalej.

– Masz szczęście – zasyczał diabeł, wyciągając rozdzielony na trzy język. – Jedynie mój permisywizm cię chroni. Jeszcze.

„Ambiwalentny pomiot boga” prychnąłem.

A potem nastała ciemność. I ból, i krwawienie z umysłu obleczonego woalem dawno zapomnianego sumienia. Winy spiętrzyły się, wyrządzając mi cierpienie, którego sam byłem sprawcą. Dusza jęczała wzięta nad ogień piekielnego sądu.

Dlaczego tam poszedłem? Schowałem głowę w dłoniach, wyszarpując siwe włosy. Krzyczałem, próbując zagłuszyć powracające myśli. Krążyły wokół mnie niczym po orbicie. Nie dysponowałem grawitacją mogącą je ode mnie odepchnąć. Gorycz smakowała jak rzygowiny.

Jedna z mar wyciągnęła oblepione mazią macki i przejechała po mojej łydce. Lodowa siła zmroziła mi skórę, a stado spłoszonych motyli wyrwało się z serca. Wzleciały w górę, z dala od gnijącego za życia ciała. Cierniste wycie przecięło powietrze, miażdżąc empiryczne motyle. Macka dotknęła policzka. Odetchnąłem, zaciągając się smrodem niedawnego strachu. Ogarnął mnie dekadencki spokój. Myśli nadal krążyły, lecz jakby rozważniej. Do jednej macki dołączyła druga. Sięgnęła krocza. Rozszerzyłem nogi, niby oczekując rozkoszy masturbacji. Wszak macki były moje. Macki moich własnych mar, stworzone z resztek czeluści genialnego umysłu.

– I gdzie jest weltschmerz, które mi obiecałeś, diable?!

Desperacki śmiech wydostał się z uschniętego gardła. Macka otoczyła moją szyję. Zacisnęła się na niej diabelnie mocno. Druga dawała rozkosz.

Za dużo rozkoszy. Zbyt silny uścisk. A było już tak blisko, tak blisko… Wystarczyło tylko sięgnąć. Sięgnąłem.

W jednym momencie pojawiły się obie: śmierć człowieka i spełnienie śmiertelnika.