Dziadkowy świniak

Ocena: 
8
Average: 8 (1 vote)

Dziadkowie wielokrotnie wspominali, że w czasie wojny zakopali gdzieś świniaka w beczce, ale nie potrafili tego miejsca później zlokalizować. Podejrzewali, że w polu, w końcu kopali ziemniaki, to i pewnie jakoś tam, tylko znajdź to na dziesięciu hektarach. Po zapachu się nie da. Zamknęli szczelnie. Podobno przyciśnięci głodem kiedyś szukali, niestety bezskutecznie.

Świnia wypływała zawsze, jak temat schodził na dawnego okupanta. Bo było ciężko i trzeba sobie było radzić. Wuj, najmłodszy z rodzeństwa, przywoływał nieraz osobę komisarza, paskudnego grubasa, który bez ustanku adorował moją mamę. Mimo iż była już ona zaręczona z ojcem, niechciany miłośnik wciąż się naprzykrzał. I dawał do zrozumienia, że jeśli ta wyjdzie za innego, rodzina będzie miała mnóstwo problemów. Każdy się bał, bo kriminalkomissar rzeczywiście mógł zaszkodzić. Do czasu.

Mówili, że pewnego dnia po prostu znikł. Wojna trwała w najlepsze, a ten przepadł. Wyjechał? Znalazł inną? A może go kto zastrzelił? Wszystko możliwe. Bo mało to partyzantów po lesie chodzi? Pewnie gdzieś gnił, w jakimś rowie, ledwo przysypany ziemią. Albo zakopany w lesie.

Jeszcze przed śmiercią dziadek regularnie jeździł na przesłuchania. Nowy komisarz pytał, dziadek powtarzał to, co ostatnim razem. Dawno go nie widzieli, po prostu przestał przychodzić. Dziwne, ale nie wiadomo, co komu do łba wlezie.

Dekadę po zakończeniu wojny niechcący dowiedziałem się, co takiego od wielu lat chodziło po głowie dziadkowi. Dzieciak byłem, gdy ten leżał już na łożu śmierci, ale pamiętam jedno. Dziadek majaczył w gorączce. Znów krzyczał, wołał zabitych w trakcie wojny sąsiadów, alarmował przed najazdem oddziału. Wspomniał też coś o mojej mamie. Nie zrozumiałem, co.

I nagle zamilkł. Dopiero po chwili wycharczał:

‒ O to się postarałem. Ciebie i tak nigdzie już nie znajdą, knurze.

Odpowiedzi

da się czytać