Nierychliwy

Ocena: 
9
Average: 9 (3 votes)

Były kiedyś czasy – naprawdę dawno temu – kiedy mali chłopcy bawili się w wojnę. A potem duzi chłopcy rozpętali jedną taką. Prawdziwą.

I nie było już więcej ani wojen, ani małych chłopców.

Został Borys. I całkiem sporo wolnej przestrzeni.

Nie potrafił określić dokładnie, ile dni minęło, odkąd spotkał ostatnią żywą i mniej więcej ludzką duszę, ale z pewnością wiele. Może nawet wiele miesięcy. O ile nie lat – w końcu kalendarze spłonęły dość szybko, jak to papier, a wraz z ich zagładą i z zegarami stanął czas. Nie miał znaczenia, on, wynalazek i zabawka ludzi z przeszłości, odmierzających go od jednej pewnej rzeczy do kolejnej pewnej rzeczy. Teraz nic nie było pewne, a już najmniej jutro.

Borys przeciągnął się, aż zazgrzytało mu w kościach, splunął i wytarł rozwalającego się buta o pożeraną przez czas resztkę jakiegoś muru. Znowu w coś wdepnął. Bez przerwy w coś wdeptywał. Czasy, w których nachylał się, by sprawdzić, co to, minęły bezpowrotnie. Jeśli niedokończona apokalipsa – niedokończona, bo przecież żył, i on, i popaprani potomkowie niedobitków – naprawdę czegoś uczyła, to nie odwagi, szlachetności i wytrwałości, a niezaglądania pod podeszwy.

Oraz do podejrzanych pojemników. Oraz za załomy.

I nie, nie chodziło o to, że Borys się bał – nie bał się niczego, bo w końcu był żołnierzem, weteranem. Jednym z tych, którzy przetrwali koniec świata, i jednym z tych, którzy dźwigali teraz na barkach jego owrzodzone, dogorywające ciało. Nie, chodziło o zwykły dyskomfort.

Borys zawsze powtarzał – choć głównie do cieni i smętnych ruin – że najważniejsze to stanąć tak, żeby nie oberwać smrodem po mordzie.

Nagle jego starcze, trawione kurzą ślepotą oczy zmrużyły się uważnie, a wyczulone na zagrożenia ciało spięło każdy mięsień. Dostrzegł coś. Coś, co się ruszało.

*

Przez synapsoidy przemknął pojedynczy, pozornie zabłąkany impuls. Naturalny, bo po tylu latach syntetyki zdążyły już nieźle splątać się z właściwym układem nerwowym. W dawnych, dobrych – normalnych – czasach byłby to oczywiście skutek uboczny i wielce niepożądany, ciągnący za sobą widmo długiej naprawy i jeszcze dłuższej kwarantanny. Obecnie ratował życie.

Impuls niósł informację: AWARIA OBRĘCZY BARKOWEJ.

– Znowu.

Psuła się średnio dwa razy dziennie, powodując, że ramiona zwieszały się nagle i zaczynały dyndać wkurzająco przy każdym kroku. Nie no, mijało, jasne. Żaden problem. Po co komu sprawne ręce? Sprawne ręce są dla mięczaków.

Kirył odgiął głowę w prawo, potem w lewo – czasem w ten sposób udawało się coś przestawić, po prostu wskakiwało na miejsce i zaczynało działać.

Tym razem jednak mężczyzna osiągnął jedynie całkiem efektowne strzyknięcie.

*

– Jebut twoja mać, zarazo! – wyburczał Borys pod nosem, wyprężył się, charknął i splunął obficie.

Gęsta maź pacnęła o nagą gałąź wyschniętego krzaka, wyrastającego ze wspomnienia chodnikowej płyty i zawisła na niej smętnie.

Nie musiał podchodzić blisko, by wiedzieć, z czym ma do czynienia. Zacisnął dłonie na lufie sztucera – oczywiście nienabitego, bo o amunicji mógł tylko pomarzyć, ale z wciąż całkiem sprawnym bagnetem – i ostrożnie ruszył przed siebie. Ostatnie, czego trzeba było temu biednemu, zmaltretowanemu światu, to tych potworów, tych chodzących bluźnierstw! Przyczyny całego tego zniszczenia! Utopili ludzkość we krwi, a teraz przechadzali się to tu, to tam, jak wielcy panowie po wystawnym salonie! Jak carowie po Pałacu Zimowym! Wciąż niebezpieczni, wciąż podstępni i wciąż czekający na sprawiedliwość Bożą – chwilowo pod mało reprezentatywną może postacią Borysa.

*

Kirył westchnął z rezygnacją, uznał swoją porażkę i ruszył dalej, przetrząsać śmieci – las niemal już pożarł ruiny miasta i wyglądało na całkiem uczciwie splądrowane – on jednak nadal łudził się, że znajdzie coś – cokolwiek – czym dałoby się nasmarować stawy. Ostatnio coraz trudniej było wyszperać odpowiednie substancje, bo śmietnikowe źródełka wysychały jedno po drugim. Znikały części zamienne, izolowane druty, gwoździe, kawałki sznurka, no wszystko. Zbierał, co się dało do przewieszonej przez ramię torby, czasem sam siebie pytając, co właściwie robi i czy nie lepiej byłoby przysiąść sobie gdzieś w kącie i zwyczajnie po ludzku się rozpaść.

No, ale instynkt przetrwania to nie przelewki, o czym przekonał się już niejednokrotnie, w ostatniej niemal chwili sięgając po śrubokręt.

Oczywiście zwisające bezwładnie ręce nie ułatwiały zadania.

*

Borys był czujny. Wiedział, że może spodziewać się wszystkiego. Naprawdę wszystkiego. Te podłe kreatury, cybernetycznie i genetycznie ulepszani synowie sławnych i bogatych, doprowadziły do zagłady cały jego świat.

Zacisnął dłonie mocniej. Niedawno suche i spękane spływały teraz lepkim potem. Krew krążyła szybciej w starczych żyłach, rozgrzewała ciało nie mniej niż wspomnienia, wybuchające pod czaszką w nagłych rozbłyskach.

Bo Pan nierychliwy, jak mawiali w dawnych czasach, ale sprawiedliwy.

Odpowiedzi

sprawnie napisane.