Mrok i Gwiazda

Ocena: 
0
Brak głosów

Mrok poczuł coś dziwnego. Z ponurego letargu wybudziło go delikatne drżenie u samej podstawy rzeczywistości. Ktoś wrzucił kamień i czasoprzestrzeń zafalowała jak zmarszczki na stawie, by po chwili ucichnąć, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Ale kamień sunął powoli, zdecydowanie, by opaść w końcu na dno osobliwości, wzbijając ku powierzchni muł niepokoju i bardzo odległych, nieokreślonych wspomnień. Mrok czuł się nieswojo. Na końcu języka drażniła go jakaś myśl, tak bliska i daleka jednocześnie, że choć pluł i sarkał albo zawzięcie ją połykał, nie chciała zaniknąć, burząc jego spokój. Uważnie przyglądał się rzeczywistości, szukając anomalii, zakrzywień, jakichś nieoczekiwanych interferencji. Przepatrzył wszystkie swoje stałe, posegregował cząstki elementarne. Nie przytył i nie schudł, ładunek także dźwigał niezmienny. Kręcił się w swoim świecie jednostajnie, równo i posępnie jak zawsze. Tutaj nigdy wiele się nie działo. Zniewalający pesymizmem rzeczy ostatecznych zatrzymywał ruch i pochłaniał energię gasnących nadziei. Każde zdarzenie nosiło piętno smutnego końca. Mrok przywykł do tego. Nigdy wiele sobie nie obiecywał, ale też nigdy nie bywał rozczarowany. Kiedy był już absolutnie pewien, że to dziwne uczucie mu się tylko zdawało, spadła Gwiazda. Tęczowa flara rozpruła nieboskłon, by wybuchnąć jasnością i obietnicą, tuż na obrzeżach jego świata.

Gwiazda poprawiła błękit plazmowej sukienki, starannie ułożyła białe falbanki pyłu, po czym rozejrzała się, co też ma jej do zaoferowania to nowe miejsce. Nieposkromiona energia opromieniała każdy kawałek czasoprzestrzeni, by wydobyć z niego światło i możliwości. Gwiazda emanowała szczęściem, gdy w jej promieniach zakwitało dobre, zielone życie. Falowała radością, zamieniając każdy napotkany drobiazg w bajkowe widowisko, ciągnące się długą smugą blasku i dobrych wspomnień. Dużo, szybko i mocno, gdyż potężna energia rozpierała Gwiazdę, a ona chciała nią obdzielać i uszczęśliwiać wszystko i wszystkich, jak Boży posłaniec dobrej nowiny. 

Wybity z początkowego oburzenia Mrok najpierw oniemiał, gdy to wszystko zobaczył. Chwilę później, która równie dobrze mogła być i sekundą, i wiecznością, eksplodował fascynacją. Gwiazda owładnęła nim zupełnie. Niewypowiedziane piękno osnute blaskiem. Feeria iskier spływająca z rzęs przy każdym mrugnięciu, miękkie, prawie taneczne ruchy, które co rusz podkreślał jaskrawy, błękitny rozbłysk. Gdy go w końcu zobaczyła, spąsowiała ciemniejszymi plamkami, których urok elektryzował i przyciągał jeszcze bardziej. Skok ciśnienia zapulsował w zmęczonych skroniach Mroku, precyzyjne algorytmy umysłu ogarnął chaos. Ciało nabrzmiewało gorącem i ekscytacją tak, iż Mrok miał wrażenie, że niemal paruje na obrzeżach swej istoty.

Nigdy nie widziałem takiego stworzenia. Muszę ją mieć – prosty, klarowny imperatyw w jednej chwili skalibrował jego funkcje.

Nigdy nie widziałam takiej istoty. Otulony w aksamitną ciemność milczenia. Przepełniony majestatem mocy i delikatnej siły. Smutny pustelnik uwodzący obietnicą odkrycia wiecznej tajemnicy. Pragnę z nim dzielić każdy promyk mego jestestwa – poezja zawirowała w jej wnętrzu, a wraz z nią ona sama, coraz gorętsza, jaśniejsza.

Tak, schwytani w magnetyczne karby pożądania, zelektryzowani miłością, zaczęli się przyciągać. Przeciwieństwa zamknięte w polu wzajemnych oddziaływań. Zapatrzeni w siebie bez reszty, w jedynie słusznym, podwójnym układzie odniesienia. 

Już prawie trzymali się za ręce, stojąc na krawędzi horyzontu zdarzeń, gdy Mrok napuchły żądzą zdał sobie sprawę, że się zapomina, zmienia. Gdyby nie szalejąca entropia, zapewne zamarłby z przerażenia. Nie chciał tego. Ale chciał jej. Uchwycony w kleszcze sprzecznych pragnień Mrok drżał rozpaczliwie w niezdecydowanym ruchu od-do, miotał się w szaleńczym pulsowaniu.

Gwiazdę tylko to bardziej pobudziło. Także zadrżała w narastającym rozchwianiu procesów wewnętrznych reakcji. Jasne oblicze tylko na moment przesłonił cień przerażenia. Była jednak naturalnie odważniejsza od Mroku, albo głupsza. Obie ewentualności współistniały dla niej jako jednakowo prawdziwe. Nie roztrząsała tego, tylko popłynęła z buzującą falą coraz silniejszych przemian. Półprzytomna, owładnięta tanecznym transem, wirowała w przestrzeni jak ćma ze świecą, składając się w całopalnej ofierze na ołtarzu miłości. 

Dopadła Mrok w którejś z jego desperackich prób zerwania przepływu. Świetliste dłonie, smukłe jak dżety iskrzącej energii zaplotły swoje girlandy. Fala obezwładniającej żądzy wymyła lęk i rozpacz, a czarne usta żarliwie wtopiły się w rozpalone do białości wargi Gwiazdy.

Przylgnęli do siebie każdą cząsteczką. Akceleracja była natychmiastowa, totalna i ostateczna. Kochali się w pożodze namiętności i rozpaczy. Mrok przepełniony mocą Gwiazdy napierał dziko, chcąc posiąść ją całą. Ona zapadała się w sobie szczęśliwa i upojona namiętnością oddania. Wreszcie wybuchli rozkoszą, której echa poniosły się, we wszystkich spektrach, po najdalszych zakątkach świata.

Potem wszystko umilkło. Mrok, niby ten sam, ale jednak inny, rozejrzał się oszołomiony. Gwiazda zniknęła. Jeszcze przez chwilę czuł się osobliwie zrozpaczony i jednocześnie szczęśliwy. Uczucia jednak rozpłynęły się szybko w znajomej pustce, wraz ze wszystkimi wspomnieniami. Spowalniał, stygł. Powróciła obojętność, a umysł wypełniał spokój nicości. Tak było najlepiej. Od zawsze i na zawsze. Owinięty w kojącą ciemność ułożył głowę w aksamicie ciszy i zasnął.