Tylko trochę magii

Ocena: 
9
Average: 9 (3 votes)

Po cholerę pakowałem się w ten kredyt? – myślałem, wracając do mieszkania, w którym wcale nie lubiłem bywać. Mogłem wynająć, ale nie, posłuchałem rodziny, że lepiej kupić, mieć swoje. No to miałem. Kawalerkę w brzydkim, udziwnionym bloku będącym kalekim dzieckiem architektury mieszkaniowej początku XX wieku. Osiedle leżało pod trasą dla samolotów prowadzącą na pobliskie lotnisko, więc powietrze co chwilę przecinał huk. Ciszej, głośniej, ciszej, szmer w oddali, już świadomie nieodbierany, ale wciąż drażniący nadmiernie pobudzony bodźcami mózg. Lepiej posiedzieć dłużej w pracy niż wrócić do domu i musieć tego słuchać. W weekendy lepiej nadgodziny klepać. Może spłaciłbym kredyt wcześniej i przeprowadził…

Tymczasem dzieciaki przystanęły na środku chodnika i gapiły się w niebo. Rozdziawiły buzie i patrzyły, jakby było na co. Naiwniaki. Zakryłem uszy dłońmi, przechodząc na drugą stronę ulicy.

Wtedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Miała słomkowe włosy i parę piegów na rumianej, okrągłej twarzy. Drobna, w sukience w kwiaty, wyglądała jak postać z bajki. Jej oczy lśniły z zachwytu na widok olbrzymiego, czterosilnikowego samolotu przecinającego niebo nad nami. Gdy zasłoniły go budynki, dziewczyna opuściła głowę. Niefortunnie, nasze spojrzenia się spotkały. Poczułem, jak rumieniec zalewa mi policzki. Czy to nie nieprzyzwoite, wpatrywać się tak w kogoś na ulicy? Chciałem uciec, ale jej uśmiech mnie zatrzymał.

– Czy to nie magia?

– Raczej siła nośna i…

Uśmiechnęła się jeszcze promienniej, jak ktoś, kto nie pozwoli, żeby rzeczywistość stanęła na drodze marzeń.

– Prawa fizyki też mogą być trochę magiczne – powiedziała żartobliwie.

Odeszła, uważając, by nie nadeptywać na linie między płytkami chodnikowymi.

*

Byłem ponurym, cynicznym, zmęczonym życiem człowiekiem i nie lubiłem niczego. Nie zasłużyłem na dziewczynę taką jak ona, a mimo to obdarowała mnie swoją miłością. Kupiła mi zatyczki do uszu, bo w jej świecie wielkie sprawy miały wyłącznie proste rozwiązania, a drobne sprawy były magiczne. Gdy jadłem, pilnowałem, by niczego nie ubrudzić; ona wrzucała okruszki w szpary kanapy, tłumacząc, że karmi skrzaty, a gdy znajdowała na podłodze zagubioną monetę, mówiła, że jej niewidzialni przyjaciele płacą czynsz. Gdy ja wściekałem się, że skarpetka od pary znów zniknęła w praniu, ona wzruszała ramionami, tłumacząc, że to część tajemnicy życia. Śpiewała kwiatom, by lepiej rosły, gdy ja pozwalałem smutnej paprotce otrzymanej od matki zwiędnąć. Płakała nad losem opuchlaków, choć to paskudne stworzenia i wydzwaniałem wciąż do spółdzielni w sprawie oprysków.

W gorące noce prosiła o ochłodę, a wówczas wielkie, egzotyczne ptaki, kryjące się tuż za polem widzenia, wachlowały nas ogonami. Gdy zapomniałem kanapek do pracy, wysyłała do mnie małe stworzonka, które zostawiały drugie śniadanie po cichu na biurku i znikały, nim zdążyłem podziękować. Potrafiła nawet przekonać pralkę, by oddała skarpetkę. Hojnie czyniła małe cuda na mą rzecz, aż prawie uwierzyłem w proste czary.

Nie chodziła do lekarza, bo to zajęcie należące do świata dorosłych, zbyt realne i przyziemne. Gdy zagadywałem ją o złe samopoczucie, wyraźne, bolesne symptomy, wychodziła na balkon i pokazywała mi samoloty, ptaki, biedronki. Opowiadała, jakie to musi być niesamowite, oglądać świat z góry, mknąć przed siebie przez przestwór niebios, a jej oczy lśniły tak samo, jak w dniu, gdy ją poznałem. Prosiła, bym się nie martwił, na ból ciała piła ziółka, a na ból duszy miała moje gorące uściski. Tłumaczyła, że za słaba jest na ten świat, a ja nie potrafiłem zaprotestować, bo widziałem, jak brzydka była rzeczywistość.

Ale inny, lepszy świat istniał tuż na wyciągnięcie ręki. Nie umiałem go dostrzec, zbyt mocno przeżarł mnie pesymizm, zbyt łatwo się irytowałem, gdy mimo wysiłków nie potrafiłem go zobaczyć. Ona zaś nie tylko tam zaglądała, lecz wręcz potrafiła sięgnąć palcami za magiczną barierę. Coraz częściej jej sylwetka stawała się rozmyta, coraz częściej duszki wskakiwały na jej kolana, przekonane, że już należała do nich.

Chciałem, żeby należała tylko do mnie. Byłem zły, a więc zazdrosny. Wyrwałem ją z bezpiecznej bańki naszej kawalerki, wywiozłem do szpitala daleko od lotniska. Myślałem, że jej pomogą, ale ona zaczęła usychać tym szybciej. Krążyłem zdesperowany wokół łóżka, a ona patrzyła na mnie z rozczarowaniem i współczuciem, bo odrzuciłem magię. Któregoś dnia poprosiła, bym otworzył okno. Wpuściłem do pokoju powiew świeżego powietrza, a tak się złożyło, że szybowiec akurat mijał szpital. Dziewczyna, którą kochałem, choć nie umiałem jej zrozumieć, wzleciała na wietrze i pomknęła, by tańczyć w chmurach. Może czasem spojrzy na mnie czule zza niewidzialnej granicy, której nigdy nie przestąpię. Trafię po śmierci tam, gdzie idą wszyscy niedowiarkowie.

Odpowiedzi

Się wzruszyłam. Dobrze się czytało. Nic nie zgrzytało. Nie przeszkadza mi też to, że jakby wcześnie można przeczuć do czego zmierza ta historia. Nawet jeśli przeczuwałam to wciąż miałam nadzieję. A on niech nie będzie taki pewny :P

To jest za krótkie, żeby wywrzeć efekt. Koncept historii dobry, ale tylko tyle, co każde romansidło. Brakuje pogłębienia relacji. Taka jak tu jest po prostu nieprzekonująca.

No cóż, zawsze można starać się o kredyt refinansowy http://www.finansowo.priv.pl/kredyty-hipoteczne/o-kredycie-refinansowym-... aby ulżyć sobie, choć ma to rozwiązanie nie tylko zalety ale i wady. Dobrze się to czytało.