Fight Club 2 – Chuck Palahniuk, Cameron Stewart, Dave Stewart

Chaos kontrolowany

Marek Adamkiewicz

Polski rynek komiksowy przeżywa ostatnimi czasy spory rozkwit. Na scenie działają nie dwa, trzy wydawnictwa, jak jeszcze niedawno, ale zdecydowanie więcej. Ukazujące się komiksy nie traktują zaś tylko o przygodach superbohaterów – tej tematyki wciąż jest sporo, ale pozostałe tytuły dotrzymują jej kroku. Specyfika tego skrawka wydawniczego poletka jest jednak taka, że prezentowane są głównie wydania zbiorcze. To nie Stany Zjednoczone, gdzie forma zeszytowa cieszy się niesłabnąca popularnością. Od czasu do czasu zdarzają się jednak chętni, którzy próbują zmienić ten stan rzeczy. „Fight Club 2” w wersji polskiej to początkowo właśnie zeszyty. Teraz nadszedł jednak czas, by najnowsze dzieło Palahniuka trafiło do rąk odbiorcy w jednym opasłym tomie, zamkniętym dodatkowo w solidnej, twardej oprawie.

Od wydarzeń przedstawionych w pierwszej części „Fight Clubu” minęło dziewięć lat. Przez ten czas Narrator (znany teraz jako Sebastian) wiódł spokojne i nudne życie. Ożenił się Marlą, doczekał się syna, a także ugrzązł w otępiającej pracy. Jednak korpo-rutyna powoli go zabija, a żeby wyrwać się z tego kieratu, potrzeba radykalnych kroków. Czy bohater chce odmienić swój los? To nieistotne, bo decyzję podejmuje za niego żona, która stopniowo zmniejsza dawki zażywanych przez Sebastiana medykamentów. Marla także ma dosyć codzienności i pragnie przywrócić do życia alter ego Narratora, nieprzewidywalnego Tylera Durdena. A wraz z jego powrotem, ustalony porządek rzeczy z miejsca staje na głowie.

Największą niewiadomą przed lekturą kontynuacji kultowej powieści Palahniuka była kwestia tego, jak autor poradzi sobie z nowym dla siebie medium. Komiks rządzi się wszak własnymi prawami – nie ma w nim zazwyczaj miejsca na zbyt długie budowanie napięcia, fabułę trzeba poprowadzić szybciej, wskazane są też liczne zawieszenia akcji, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z formą zeszytową. Początkowe numery serii szybko rozwiały obawy. Amerykański twórca wyszedł z tego wyzwania obronną ręką – w „Fight Club 2” dobrze odświeżył doskonale znanych bohaterów i nader sprawnie przedstawił ich perypetie w nowej formie.

Przez większą część tomu fabuła „Fight Club 2” jest całkiem zajmująca. Palahniuk potrafi przykuć uwagę odbiorcy i ma na to kilka sposobów. Na początku dobrze pokazuje szarość małżeństwa Sebastiana i Marli. Bohaterowie, złapani w pułapkę codziennej rutyny, umierają powoli, dzień po dniu. Ich zmęczenie życiem i sobą nawzajem jest doskonale widoczne. Stanowi to punkt wyjścia dla dalszych wydarzeń i jest katalizatorem chęci przywrócenia do życia Durdena. A gdy to w końcu następuje, fabuła znacznie przyspiesza. Autor wrzucił w nią kilka ciekawych pomysłów, takich jak poszerzenie idei klubu i jego inspirującej roli dla innych „kółek zainteresowań”, wykorzystanie przez Marlę chorych dzieci do zlokalizowania i odzyskania syna, czy też mieszanie się postaci fikcyjnych z istniejącymi naprawdę. Można nawet przymknąć oko na brak oryginalności niektórych z rozwiązań, bo całość czyta się płynnie. Wszystko okraszone jest dobrymi, ironicznymi dialogami, trafnie punktującymi miałkość życia w dobie konformizmu i piętnującymi niektóre z absurdów kultury Zachodu.

Jedną z największych zalet nowego dzieła Palahniuka są jego bohaterowie. Autorowi udało się dobrze pokazać różnicę między Sebastianem, a drugą stroną jego osobowości. Dzięki nieco głębszemu wejściu w przeszłość Narratora, więcej światła zostaje rzucone na jego relację z Durdenem. Sam Tyler jest nastawiony odpowiednio anarchistycznie, ale z czasem zaczyna sprawiać wrażenie postaci przeszarżowanej. Jest tendencyjny, a jego motywacja okazuje się nie być do końca przekonująca. Lepiej prezentuje się związek Sebastian–Marla – tutaj widać nieustanną ewolucję, a czytelnik nigdy nie może się spodziewać co wydarzy się między tą dwójką. Do pewnego momentu wszystkie elementy w „Fight Club 2” współgrają ze sobą naprawdę dobrze. Sęk w tym, że całość sypie się tam, gdzie nie powinna, bo w finale. Nie wchodząc w szczegóły – jest on, owszem, dosyć niespodziewany, ale sprawia też wrażenie kompletnie nietrafionego. Dominuje w nim niestety absurd, a zastosowane przez Palahniuka rozwiązanie rozczarowuje. Warto także wspomnieć, że wydanie zbiorcze „Fight Club 2” zawiera także numer zerowy. Stanowi on krótkie streszczenie finalnych wydarzeń pierwszej części i idealnie wprowadza w specyficzny klimat kontynuacji. Dobrze, że wydawca zdecydował się włączyć go do całości, tym bardziej, że nie jest on zbyt długi – to zaledwie dwanaście stron treści. Dziwne jest tylko, że skoro dotyczy wydarzeń wcześniejszych, umieszczony został na samym końcu tomu.

Dobre wrażenie na przestrzeni całego albumu sprawiają ilustracje Camerona Stewarda. Styl jego prac jest w znacznej mierze oszczędny i raczej nie przypadnie do gustu fanom hiperrealistycznej konwencji, tym niemniej doskonale pasuje do scenariusza. Rysunki są dynamiczne, czemu dodatkowo sprzyja różnorodne kadrowanie. Przyczepić można się jedynie do faktu, że tła kolejnych obrazków często są pozostawione same sobie i bywa, że wypełnieniu kolorem nie towarzyszy odpowiednia dbałość o szczegóły. To samo tyczy się widzianych z oddali twarzy, które potraktowane zostały bardzo umownie.

„Fight Club 2” jawi się w ostatecznym rozrachunku jako tytuł całkiem dobry. Co prawda najlepsze wrażenie sprawia pierwsza połowa albumu, a im bliżej końca, tym fabuła zaczyna coraz bardziej lawirować, niemniej wciąż więcej tu zalet niż wad. Chuck Palahniuk udowodnił, że umie odnaleźć się także na innym niż zazwyczaj twórczym polu. Mam nadzieję, że nie będzie to jego jedyna przygoda z komiksem, bo Amerykanin bezsprzecznie ma potencjał, by dalej pisać ciekawe scenariusze historii obrazkowych.

Tytuł: Fight Club 2
Tytuł oryginału: Fight Club 2
Scenariusz: Chuck Palahniuk
Rysunki: Cameron Stewart
Kolory: Dave Stewart
Tłumaczenie: Elżbieta Gałązka-Salamon, Bruno Jasieński, Klaudia Stępień
Wydawca: Niebieska Studnia
Data wydania: październik 2016
Liczba stron: 282
ISBN: 978-83-60979-49-5