Fajki ogier

Ocena: 
0
Brak głosów

Miał prawie sto lat. Był wysoki, przygarbiony, chodził oparty na kiju. W zimniejsze dni nosił wysoką, baranią czapkę, której pozostał wierny od czasów młodości. Powiedziano mu, że ma raka i zaproponowano leczenie; rozbawiło go to. „Chcecie przedłużyć mi życie?” – zapytał. Nie miał zamiaru walczyć z chorobą, chciał jednak pojechać do Centrum Onkologii, bardzo lubił podróże i chętnie wychodził z domu. Zjawił się bardzo wcześnie, żeby otrzymać pierwszy numerek, i rzeczywiście go dostał. Siedział naprzeciw drzwi z numerem 13, za którymi było laboratorium.

Z przyjemnością wdawał się w rozmowy z chorymi. Dowiedział się, że przed chemioterapią wymagane są EKG serca i badania krwi. Ważny był poziom hemoglobiny, pacjenci wymieniali się swoimi wynikami. Zastanawiał się, jak wygląda to u niego. Siedząca obok kobieta mogłaby być jego wnuczką, wyglądała jednak staro: zabiedzona twarz miała niezdrowy kolor, zapadły się jej policzki, spod beretu wystawały resztki siwych włosów. Przysłuchiwał się jej opowieści.

– Codziennie robię sobie zastrzyki przeciw zakrzepowi krwi. Lekarz pierwszego kontaktu kazał przestać. „Nie będzie się pani kłuła!”, powiedział. Myślałam, że dobrze mi życzy, bo znamy się trzydzieści lat! Dał mi coś innego, źle się czułam, miało efekty uboczne. Poprosiłam o zastrzyki, ale marudził: „Są bardzo drogie! NFZ za nie płaci, muszę się tłumaczyć!”.

Zrobiło mu się jej żal, ściskała w ręku teczkę z dokumentami, swoją historię choroby. Siedziała wyprostowana na twardym krześle, sąsiednie zaś zajmowały pakunki, wypchana torba podróżna i dwie reklamówki. Jeżeli wyniki krwi okażą się wystarczająco dobre, pójdzie na izbę przyjęć i dostanie łóżko w szpitalu. Podadzą jej chemię, która niszczy raka i zabija zdrowe komórki. Bała się, lecz miała nadzieję, że ją zakwalifikują – ostatkiem sił walczyła o swoje życie. Choć sam się na nic nie skarżył i nie miał pretensji do losu, zaczęło mu się udzielać przygnębienie pacjentów. Miał wrażenie, że dał się zamknąć w okratowanym pociągu, wiozącym tylko skazańców. Dzielili wyrok – nowotwór, nawzajem się rozumieli... Zapragnął się od nich oddzielić.

Opierał się o ścianę, zaciskając ręce na drewnianej lasce. Pozwolił sobie przymknąć oczy, starał się przywołać wspomnienia i w końcu mu się udało. „Będzie urodzaj w Lubelszczyźnie” – głosił nagłówek czerwcowego wydania lokalnej gazety. Uśmiechnął się triumfalnie, na chwilę uniósł powieki, jakby chcąc się podzielić błyskiem dobrego życia na smutnym korytarzu. Złapał spojrzenie jednego z chorych, pilnującego kolejki przy drzwiach z numerem 13 i wrócił do swoich wspomnień. Pamiętał go dokładnie, jak szedł ulicą, bardzo wysoki szatyn w szarym garniturze i kaszkiecie… On sam trzymał szeroką płachtę dziennika na wysokości twarzy, udając, że czyta krzykliwe artykuły zapowiadające zbliżającą się wojnę. Przedwojenny Lublin był miastem zielonym i przestrzennym. Spokojni, pomimo wieści zza granicy Polacy i Żydzi spacerowali grupami lub zawzięcie toczyli swoje debaty na ulicach. Od czasu do czasu wychylał się zza gazety, obserwował mieszkanie w pięknej kamienicy. Już dawno postanowił je okraść. Kiedy zapadł zmierzch, wyrzucił papierosa i naciągnął czapkę na oczy. Z rękami w kieszeniach, rozglądając się na wszystkie strony, wszedł na rozległe podwórko.

Zaczaił się w pobliżu wejścia do budynku, nasłuchując odgłosów z klatki schodowej, gdy poczuł przenikliwy ból czaszki.

„Przepadłem!” – pomyślał, zanim upadł na brukowany chodnik.

W ciemnościach uwijało się kilka postaci, napastnicy skrępowali mu ręce i zatkali czymś usta. Bronił się, lecz i tak został zawleczony w jedną z bocznych uliczek. Po chwili słychać było uderzenia – napastnicy okładali go bez litości. Odsunęli się na pewną odległość, kiedy zakrwawiony i zupełnie bezsilny leżał na chodniku.

– A gadzina z Kikity! – rzucił zasapanym głosem jeden z mężczyzn. – Ty tu przyjechał lubliniaków okradać?! A lubelskie złodzieje ciebie przyuważyli! Teraz ci podarujem, ale jak jeszcze raz zobaczym, to bez życia zostawim!

Podszedł do leżącego i wymierzył mu kopniaka w brzuch. Drugi z nich splunął, postali chwilę nad leżącym, kiwając głowami, poprawili czapki i rozpłynęli się w pobliskim zaułku.

Przypominał sobie, jak pobity i związany leżał bez ruchu na chodniku. Serce zabiło mocniej na żywe jeszcze wspomnienie bolesnych, nieujarzmionych, najlepszych jego lat.

*

Drzwi oddziału onkologii były półotwarte. Początkowo czuł się skrępowany, stał w kącie i zerkał na kobiety w piżamach. Cały korytarz zastawiony był łóżkami, na których siedziały lub leżały blade męczennice. Miały obwisłą skórę i chustki na głowach, niektóre ciągnęły za sobą stelaże z drenami. Pozwolił sobie patrzeć – nikt mu nie przeszkadzał, po korytarzu kręciły się pielęgniarki i sporo odwiedzających. Zwrócił uwagę na szczupłą, dość młodą pacjentkę, miała pomalowane paznokcie i krótką piżamę, spod szlafroka wystawały bardzo kształtne nogi. Siedziała na łóżku niedaleko wejścia, obok ktoś postawił malutką, beżową sofkę. Postanowił, że z niej skorzysta.

– Miała pani chemię? – zapytał. Wiedział, że mu opowie, chętnie się tu dzielono informacjami o chorobie.

– Tak! – powiedziała. – Dzisiaj mnie wypisują.

– Mąż po panią przyjedzie?

– Mąż i nie mąż! Nie mieszkamy razem.

Zagadnął, co jej dolega, miała raka jajników z przerzutami.

– Za późno odkryłam! – powiedziała. – Brzuch mi zaczął rosnąć, w pracy zawsze przed komputerem, myślałam, że od tego siedzenia! A tam się już woda zebrała.

Milczeli przez chwilę. Minął ich lekarz w chodakach i porozpinanym fartuchu.

– Ten mnie najbardziej umęczył! Dostałam zakrzepu i nie chciał mnie zakwalifikować na chemię. Musiałam zdobyć zaświadczenia od kardiologa, endokrynologa, domagał się tomografii żył... Od września tak jeździłam, a on nie i nie! Aż jedna onkolog się zdenerwowała: „Mnie jest pani szkoda! Po co tak jeździć? Niech pani znajdzie lekarza!”.

Pokiwał głową, parę metrów od nich przetaczał się wózek z talerzami, podeszła do niego i wróciła z makaronem polanym truskawkową breją. Nie chciał patrzeć, jak je, znów przymknął oczy, uśmiechając się do wspomnień. Pamiętał dom, izbę z piecem kuchennym, barłogami i szafą bez nóżek. Leżał na wymoszczonym słomą łóżku, w nogach kura wysiadywała jajka. Twarz miał obwiązaną mokrą szmatą, spod której widać było siniaki, okryty był starym i sztywnym płaszczem. Po izbie krzątała się wynędzniała matka.

– Budajże twój otiec na pokrzywy się wylał, miast takie puturocze robić – rzekła z gniewem.

– Niechta, niechta! – odparł, otwierając mniej napuchnięte oko. Drugie próbował odkleić ręką, jęknął i szybko dał spokój. – Da matka lepiej tej paruchy, zamiast dziawonić.

– Tobie zupy, puturocze?! A za co tobie zupy?! – zapytała gniewnie. – Ty ojcowi kiedy pomógł, kradzieju? Twoje braty małe jeszcze, a robiom! Co ty w życiu zrobił?! Tobie trzydzieści lat, a ty już więzień!

– Tak i matka będzie dziawonić! – rozgniewał się, podnosząc się ze swego legowiska.

– Tak i tobie kopa w dupę matka da! – rzekła z mocą. – Co ty w życiu zrobił?! Psowi ogona nie zawiązał! Kradziejstwo i kradziejstwo! W więzieniu był! Na kogom się zapatrzyła?!

– Pójdę od was precz! – rzucił jej gniewnie.

– A idź! A idź w kibini matry! – usłyszał w odpowiedzi.

Odwrócił się do ściany, matka mruczała do siebie, kręcąc ze złością głową. Postanowił, że rzeczywiście wyjedzie – nie miał ochoty naginać pleców za marny kawałek chleba. Jego ojciec i bracia przylgnęli do kawałka ziemi, on sam pragnął zobaczyć, jak się żyje na świecie. Pamiętał stację kolejową Lublin, jeszcze ze śladami siniaków na twarzy kręcił się koło torów, szukając odpowiedniego pociągu.

– Gdzie jedzie maszyna? – zapytał kolejarza.

– Za trzy dni będzie we Francji – usłyszał.

– To mi pasuje! – stwierdził.

Oddalił się w stronę ostatniego wagonu, rozejrzał się na wszystkie strony, po czym wślizgnął pod brzuch maszyny, ułożył się na niej i podwiązał paskiem. Po pewnym czasie pociąg ruszył, zabierając go w ciemność. Nie odczuwał lęku, był ciekaw, co z tego wyniknie. Wiedział, że nie ma większego znaczenia, czy zginie pod ciężkimi kołami.

*

Pacjentka, z którą rozmawiał, zdążyła się ubrać, wkładała do torby podróżnej szlafrok i piżamę. Zdjęła kolorową chusteczkę, która okręcała jej głowę, króciutkie włosy przypominały sierść kota, były delikatne i miękkie. Podeszła do niej staruszka w czapce, trzymała w ręku czekoladę o dużej zawartości kakao, odłamała pół kostki i wcisnęła jej do ręki.

– Córka jedzie dziś do Zurychu! – powiedziała. – Odwiedza syna, który zatrudnił się w Google. Ma tam raj, nie życie, firma płaci za śniadania, obiady i kolacje. W czasie pracy może korzystać do woli z siłowni, nikt mu godzin nie liczy.

– Ile lat ma syn? – zapytał.

– Trzydzieści pięć. Taki duży, a matka młoda! – zażartowała.

– Wyzdrowiejecie, jeszcze wnuki będziecie chować! – pocieszył.

– Chcę zamówić mszę w Archikatedrze Lubelskiej! – odparła. – Dziecko znajomej było umierające, zawiozła je do szpitala: „Nieboszczyków nie przyjmujemy!” – powiedzieli. Dała na mszę i wyzdrowiało.

Zauważył, że zaczęły mu się przyglądać, zastanowiło je, co robi starzec z laską na oddziale chorych na raka. Nie chciało mu się nic tłumaczyć, wsparł głowę o miękkie oparcie sofy i znów przymknął oczy. Nie pamiętał nazwy tego miasta we Francji, nigdy się go nie nauczył. Zawsze opowiadał, że wysiadł w Paryżu. Po trzech dniach jazdy pod brzuchem pociągu wytoczył się na peron usmolony sadzą. Był zupełnie czarny, pasażerowie krzyczeli i uciekali na ten niecodzienny widok. On sam śmiał się i rozglądał, nie bał się, wiedział, że nie ma znaczenia, co się z nim będzie działo. Tułał się po ulicy bez grosza przy duszy, ktoś go jednak znalazł. Poszedł z nim bez oporów i trafił do jednostki wojskowej – słyszał o Legii Cudzoziemskiej, cieszył się, że go przyjęli. Zrozumiał, że będzie bronił francuskich kolonii w Afryce. Nie miał nic przeciwko temu.

Pamiętał bladoniebieskie niebo, rozpalone od świtu do zmierzchu, noc, która zapadała tak szybko, jakby ktoś zgasił światło. Wspominał wioskę pośród drzew figowych, oliwek i pomarańczy – była urocza. Białe murki okalające domy, przydrożne kaktusy, poletka na których rosły pomidory, cukinie i rośliny strączkowe. Kobiety zajmowały się ogrodem, pilnowały owiec, nie podnosiły wzroku, nie ważyły się patrzeć. Chodził tam, ryzykując karę, oddalał się od jednostki i spacerował między domami. Chciał zapamiętać, wiedział, że był tam przez chwilę.

Dostrzegł ją na płaskim dachu, gdy rozwieszała pranie. Napotkał oczy dziewczyny – już sam kontakt wzrokowy z cudzoziemskim żołnierzem wystarczył, by nazwano ją „charmuta”, kurwa, mimo to patrzyła. Była młodym, szczupłym stworzeniem, ze wspaniałymi czarnymi oczami i oliwkową cerą. Od razu stracił dla niej głowę. Zapamiętał godzinę, postarał się przyjść o tej porze następnego dnia. I kolejnego. Ona też przychodziła, rozwieszała pranie i zawsze na niego zerkała. Czekał.

Pewnego dnia zobaczył ją przed bramą obok stada owiec, miała na sobie szare pantalony, bluzę z długimi rękawami i kamizelkę w kolorze jaskrawoczerwonym. Zrozumiał, że włożyła ją specjalnie dla niego. Pozwolił jej odejść w stronę drzew oliwnych, dość daleko od wioski. Sam ruszył w innym kierunku, nie chcąc wzbudzać podejrzeń, po czym dogonił ją, idąc okrężną drogą, tak, żeby ich nikt nie widział. Siedziała pod oliwką, patrząc na pasące się owce. Usiadł obok, nie rozmawiali, pożerali się wzrokiem. Znał parę słów po arabsku, lecz nie zdobył się na odwagę, by je wypowiedzieć.

Miał w życiu wiele kobiet, zazwyczaj były to prostytutki, czasami wiejskie dziewczyny. Pozwalały się rozbierać, całowały, masowały mu członka. Załatwiał wszystko w pośpiechu, po czym odchodził, nawet na nie nie patrząc. Tym razem był zakochany – wiedział, że młoda Arabka poświęca dla niego wszystko. Gdyby ojciec i bracia wiedzieli, że pozwoliła się dotknąć, zabiliby ją bez wahania w obronie honoru. Mężczyzna, którego poślubi, musi być jej pierwszym. Podczas wesela zaprowadzi ją do swojego domu, po paru godzinach wywiesi na balkonie splamione krwią prześcieradło. Weselnicy będą się radować, zatriumfuje: wygrał.

Pocałował duże usta dziewczyny. Nad górną wargą ciemniał wyraźny meszek, na czole zebrały się kropelki potu, zamknęła oczy – długie rzęsy ocieniały jej płonące policzki. Położył ją na trawie, pragnął jej, targało nim jednak współczucie. Zdawał sobie sprawę, że odbiera jej wszystko. Muskał wargami jej szyję, musiała mieć czternaście, szesnaście lat, nie więcej. On sam miał ponad trzydzieści. Obnażył gładki brzuch i zsunął obszerne spodnie – owłosienie łonowe świadczyło, że nie była mężatką. W przeddzień ślubu kobiety usuną ten zarost, wybranek nie może znaleźć nawet jednego włoska, w przeciwnym razie odwróciłby się od niej ze wstrętem. Przesuwał chropowatym policzkiem po jędrnych piersiach, pieścił ją, lecz sam pozostał ubrany. Po chwili poprawił szerokie pantalony i lekko się uśmiechnął. Objął ją, odwzajemniła uścisk, przytulał, kochał, wiedział, że to już na zawsze. Pozwolił jej odejść, patrzył, jak się oddala, schowany za karłowatym drzewem. Nigdy więcej nie wrócił, choć pewnie na niego czekała. Była wszystkim, wystarczyło mu, że ją spotkał. Zachował arabską dziewczynę, zabierał ze sobą wszędzie, wierzył, że w chwili śmierci znowu do niego przyjdzie.

*

Po paru godzinach opuścił oddział onkologii. Udało mu się porozmawiać z młodym lekarzem, wyjaśnił, że nie chce się leczyć. Przystojny brodacz do niczego go nie namawiał. Powiedział, że w jego wieku rak rozwija się wolno. O środki przeciwbólowe prosić miał lekarza pierwszego kontaktu. Nie bał się bólu… jeszcze. Na ulicy zobaczył brunetkę z papierosem. Była długowłosa i urodziwa, zaciągała się dymem, który mieszał się z parą oddechu w mroźnym, lutowym powietrzu.

„Wyrzuć to!” – pomyślał. – „Zachorujesz na raka!”

Rozważywszy wszystko, doszedł do wniosku, że sam też by chętnie zapalił. Trzeba żyć, dopóki się może, nie trzeba rozmyślać o guzach. Tylko tak jest się wolnym od raka, przyczajonej komety, gotowej uwolnić, czyli pozbawić wszystkiego. Szedł w stronę przystanku, było zimno, czuł się rześko i młodo. Czekał na stanowisku z numerem 23, powiedziano mu, że stąd odjeżdżają prywatne busy do Chełma. Po piętnastu minutach zjawił się biały mercedes, starzec zapłacił za bilet ulgowy i zapytał, czy może usiąść obok kierowcy. Pozwolono mu na to. Z przyjemnością patrzył na szosę, słuchał nowoczesnej muzyki, która mu się podobała. Po jakimś czasie ogarnęła go senność, oparł głowę w baraniej czapce o siedzenie i znów przymknął oczy.

Pamiętał dokładnie, jak wrócił do Polski. Zaraz po wojnie zjawił się na rodzinnej wsi, gdzie nikt już o nim nie myślał. Rodzice od dawna nie żyli, bracia zdążyli podzielić między siebie parę hektarów pola. Nie kłócił się z nimi, wyszedł na miedzę, po czym wskazał na zaoraną ziemię.

– Stąd dotąd będzie moje! – powiedział.

Od razu przystali na taki podział majątku, miał bowiem opinię bandyty. Ożenił się z wdową po Pazourku, który zginął w obronie kuzyna. Miała dwadzieścia pięć lat, czworo dzieci. Podobała mu się, bo była drobna, smagła i ciemnowłosa, podobna do młodej Arabki, utraconej miłości, której się nigdy nie wyrzekł. Miał nadzieję, że i jemu urodzi ładnego chłopaczka, tak się jednak nie stało. Traktował przybrane potomstwo jak własne, nigdy ich nie bił, a często wręcz bronił przed matką. Mówili na niego „tato”. Pierwsze lata były bardzo ciężkie, wszyscy byli biedni, lecz on wyróżniał się nędzą.

Mieszkali w lepiance zbudowanej przez zabitego Pazourka. W zimie deski uszczelnione wymieszaną ze słomą gliną nie chroniły przed mrozem. Budzili się, widząc ściany pokryte grubą warstwą szronu. Żartował, że można by jeździć saniami i przekomarzał z Anielą, krzyczącą na przemarznięte dzieci. Czwórka malców siedziała w domu, bo brakowało obuwia. W cieplejsze dni zakładali gumowce i maszerowali do szkoły, prowadzeni przez Józka. Najstarszy z chłopaków doglądał rodzeństwa i pomagał matce. Był ulubieńcem ojczyma, bawił go swoim sprytem. Pamiętał dziesięcioletniego chudzielca, jak obserwowany przez braci dzieli smażone kartofle na cztery nierówne części.  

– Ja jestem najstarszy! – tłumaczył za każdym razem. – Muszę mieć większy kawałek!

    W długie, zimowe wieczory w chałupce było ciemno od dymu. Odwiedzali ich krewni, sąsiedzi – palili papierosy, plując na utwardzone klepisko, bardzo nierówną podłogę. Słuchali wojennych historii, opowiadał o Francji i dalekiej Afryce, powtarzał w nieskończoność to, co już znali na pamięć. Anielkę irytowały ciągnące się długo w noc rozmowy i chciała przepędzać gości, w których dopatrywała się wrogów. Śmierć pierwszego męża naznaczyła podejrzliwością jej stosunek do świata. Z sąsiadami żyła na wojennej stopie. Była płaczliwa i nerwowa. Obracał wszystko w żart, kiedy na niego krzyczała.

– Nikt cię nie całuje, to ja cię będę całował! – mówił do rozzłoszczonej żony. – Chodź, czarna suko, tańczymy!

Przez całe lata brakowało im chleba, niezbyt się jednak tym trapił. Nie był tu, aby płakać. Miał mało ziemi, jego jedynym dobytkiem był koń, którego we wsi nazywano Fajkim ogierem. Podczas zimy jeździli do lasu, by nazbierać chrustu, kiedy nadchodziła wiosna, pracowali razem dla bogatszych gospodarzy. Ponieważ był bardzo ubogi, nie miał stajni, zwierzę mieszkało z nimi w dwuizbowej chałupie. Brakowało mu miejsca i zazwyczaj stało ze stoickim spokojem na krzywym klepisku. Pewnego dnia koń zrobił coś, co zapewniło mu pamięć – podkulił nogi i wyskoczył przez malutkie okno. Pędził w stronę lasu.

Opowiadał tę historię przez kolejne pół wieku. Szczególnie podobała się następnym pokoleniom dzieci.

– Udało mu się uciec? – pytał Sebastian, wnuk najmłodszego brata.

– Gdzie tam! – odpowiadał. – Twój wujek Józek go złapał. Gdyby uciekł, marnie byśmy zginęli!

Na wsi cała historia przeszła do legendy, ukuto nawet przysłowie: „Ucieka jak Fajki ogier”.

*

Niedługo po setnych urodzinach przyszedł do niego dziennikarz jednej z lokalnych gazet. Siedzieli w pachnącej kawą i papierosami kuchni. Drobna starowinka w chusteczce na głowie postawiła na stole ciasto drożdżowe i szklanki ciemnego napoju.

– Dziękuję! – powiedział grzecznie dziennikarz.

– Nie ma za co! Cała przyjemność po mojej stronie! – machnął ręką staruszek.

– Gadać to on jeszcze może! – wtrąciła się jego żona.

– Wódki nam przynieś, nie będziem przy kawie tak siedzieć. Powie, że nic do picia nie mamy! – powiedział Bronisław, rozpierając się wygodnie na krześle i wkładając papierosa do długiej lufki w kolorze bursztynu. – Słuchaj dobrze, Antek, co oficer ci opowiada!

Dziennikarz włączył przygotowany wcześniej dyktafon i przybrał „zawodowy” wyraz twarzy, zarazem życzliwy i zainteresowany. Kiedy skończył, spojrzał na zdjęcie żołnierzy Legii Cudzoziemskiej w kolorze sepii, oprawione w drewnianą ramkę. Starzec zdjął je ze ściany.

– Na dowód, że nie kłamię! – powiedział, wskazując niedoczyszczonym paznokciem na najwyższego z żołnierzy.

Redaktor oglądał zdjęcie z zainteresowaniem. Na stole pojawiła się butelka wódki, chleb i trochę wędliny. Bronisław nalał sobie kieliszek, jego brązowe oczy od razu poweselały.

– Potem ja się ożenił, ale dzieci nie było. Ja zawsze mówił, że to mój feler. Tyle bab co ja wyobracał, jakby co miało być, to by było! – mówił.

– No, sto lat u niego, wstydu nie ma! – kręciła głową Anielka.

Starzec podniósł się z krzesła i zwrócił do żony.

– A czego mnie się wstydzić? Jakby z babami nie spał, toby wstyd był, nie, Antek? – Reporter uśmiechnął się nieco zmieszany. Sam nie miał się czym pochwalić. – A jeszcze i dzisiaj do rzeczy! Czarna suko, tańczymy!

– Ty Chinu, ty Indianu! – opędzała się od męża starowinka.

– Anielu, tańczymy! W latarni wiatr dmucha…

Dziennikarz Maślanka wyjął aparat z torby i położył go na stole. Przyglądał się tańczącym.