Biała kartka

Ocena: 
0
Brak głosów

Wokół grzyba na ścianie rozkwitała pajęczyna pęknięć. Allan zasępił się, wbijając ponure spojrzenie we własną dłoń, spoczywającą bez ruchu na blacie biurka. Pod bladą skórą wyraźnie rysowały się błękitne nitki żył, dając niemal chorobliwy efekt. Mężczyzna jednak wiedział, że to nie w rękach problem. One były całkiem w porządku, gdyby tylko zechciał, chwyciłby ołówek i przystąpił do pracy. Kłopot tkwił w głowie. W cholernej głowie, w której od wielu tygodni panowała jedynie pustka. To ona sprawiała, że dłoń była bezużyteczna.

Allan przeniósł spojrzenie na leżącą przed nim czystą, białą kartkę, po czym powiódł nim wyżej, ku tablicy z wycinkami z paranaukowych pisemek – łypały stamtąd wizerunki mitycznych stworów, których nazw artysta nawet nie znał. Nie musiał. Chodziło przecież tylko o inspirację. Tak samo jak inspiracją miało być zaszycie się w chłodnej, wilgotnej piwnicy, do której światło słoneczne sączyło się przez niewielki lufcik jedynie przez dwie godziny dziennie – i to pod warunkiem, że o tej porze akurat nie było chmur. Allan usiłował w ten sposób wprowadzić się w nastrój.

Jak stwierdził, dotychczas udało mu się odczuć pierwsze bóle reumatyczne i nadciągającą astmę. Wyczytał też gdzieś, że grzyb jest rakotwórczy.

Teraz już wiedział, że tkwienie w tym lochu i bezmyślne wpatrywanie się w pustą kartkę nie sprowadzi na niego żadnego szaleńczego natchnienia. Mimo to nie mógł tak po prostu wyjść na górę i powiedzieć rodzinie, że odpuścił. Patrzyliby na niego jak na wariata, a co gorsza: przegranego wariata. Do tej pory jakoś udawało mu się skutecznie udawać przed nimi wszystkimi, że trwa u niego nieprzerwany furor poeticus. Na szczęście nikt nie próbował poznać dotychczasowych efektów tego szału.

Allan nigdy nie pisał posępnych historii w stylu gore, ze straszliwymi potworami, zbrodniami i tajemnicami. Właściwie przodował raczej w recenzjach poradników, ale w końcu uznał, że czas zmierzyć się z beletrystyką.

Jego ponure rozmyślania przerwało stukanie do drzwi. Allan poderwał się i pochwyconą z regału książką przygniótł kartkę. Dopiero wtedy mruknął, starając się nadać swojemu głosowi zamyślony, nieobecny ton:

– Prosz…!

Do piwnicy zeszła niska blondynka w błękitnym swetrze i jeansach, niosąc na tacy parę grzanek i dzbanek herbaty.

– Zjedz coś, bo mi tu padniesz – powiedziała, uśmiechając się z troską. Allan przejął od żony posiłek, wymamrotał coś niezbyt zrozumiałego i skinął głową. Kobieta nie miała bladego pojęcia, co przed chwilą powiedział, zrzuciła to jednak na karb pisarskiego ciągu i opuściła piwnicę, przy drzwiach jeszcze przypominając mężowi, że nazajutrz miał zawiesić karnisz.

Allan na powrót usiadł przy biurku i podniósł książkę. Następnie zaś zaklął głośno, poniewczasie uświadamiając sobie, że któreś z dzieci mogło usłyszeć. Cóż jednak znaczył jeden maleńki akt demoralizacji progenitury wobec dramatu, jaki właśnie rozgrywał się na jego oczach! Oto najwyraźniej grzyb przedostał się już ze ścian na meble i teraz – choć przecież zabezpieczył półki grubą folią – bezpardonowo rozpychał się wśród książek na regale! Przepiękny, wyszarpany za horrendalne pieniądze od starego i śmierdzącego antykwariusza Łubieński z 1740 roku – sklejony grzybem, z rozlatującą się w dłoniach oprawą! Allan miał ochotę zapłakać. Delikatnie odłożył książkę na biurko i przejrzał inne tomy na regale. Jak prędko mógł stwierdzić, większości oberwało się jeszcze gorzej, niż Łubieńskiemu.

– Ja pierdolę… – warknął pod nosem mężczyzna, rzucając wściekłe spojrzenie pokrytej wilgotnymi plamami ścianie.

Zaraz jednak twarz mu nienaturalnie pojaśniała, a w oczach pojawił się blask. Mogło to co prawda oznaczać, że Allan umiera na gruźlicę, w istocie jednakże twórca wreszcie odnalazł swoje natchnienie. Nagle problem książek wyparował mu z głowy. Chwycił ołówek i zaczął nerwowo zapisywać kartkę drobnymi, pochyłymi literami.

– No, jak tam? – zainteresowała się Sarah, zerkając na Allana przez ramię, znad oparcia kanapy.

– Doskonale! – odpowiedział mężczyzna, tym razem całkiem szczerze. Był zachwycony. Motyw trującego pasożyta, który zniszczy dowody zbrodni, a potem samego mordercę, wydał mu się doskonały. Oczyma wyobraźni widział to czarne, płożące się przekleństwo, które z przeraźliwą precyzją wybierało konkretne teczki, narzędzia i ubrania, by obrócić je w pył. I widział tę daremną walkę, jaką wypowie rodzina zbrodniarza, nie mając pojęcia, kim tak naprawdę jest ich bliski.

– Czyli kiedy kończysz? – dopytywała Sarah.

– Co? – Allan ocknął się z zamyślenia i zamrugał gwałtownie. – Ach tak. – Odkaszlnął. – Trochę to jeszcze potrwa. Miałem już dużo, ale zmienił mi się koncept i musiałem wprowadzić solidne zmiany. Jeszcze tylko troszkę.

– Jeszcze…? Tyle tam siedzisz… – Blondynka wydęła wargi z niezadowoleniem. – Dostaniesz raka czy coś… Przecież to niezdrowo. Bo reumatyzm pewnie już masz. Będziesz później chodził po domu i skrzypiał. Pobudzisz dzieci.

– Zobaczysz: jak wydam bestseller i będziemy obrzydliwie bogaci, dobudujemy dzieciom oddzielne skrzydło!

Następnego dnia rano Allan obudził się, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, pełen energii i chęci działania. Po szybkim prysznicu złapał suchą bułkę, kubek kawy i zbiegł do piwnicy.

– Nie…! – jęknął, zapaliwszy światło.

Na biurku leżała czysta, biała kartka papieru. Gdy Allan podbiegł bliżej, przekonał się, że nie ma na niej najmniejszego śladu po tekście. Zaczął czołgać się po podłodze, w poszukiwaniu tej stronicy, na której pisał. Spoconymi rękami odsunął biurko, by stwierdzić, że w kącie znajduje się tylko kurz i kilka łupin orzechów. Po chwili Allanowi przyszło do głowy, że pewnie jakiś zwierz porwał kartkę z tekstem. Może szczur? Cholerne gryzonie! Uwiją sobie gniazdo z jego genialnego opowiadania! Ba, powieści może nawet!

Allan warknął pod nosem kilka przekleństw i czym prędzej przystąpił do odtwarzania tego, co napisał poprzedniego dnia. Na szczęście nie było tego wiele, bo na pomysł wpadł pod wieczór, więc po wszystkim zdążył jeszcze dorzucić całkiem pokaźny fragment.

Kładł się spać nieco podenerwowany, ale usatysfakcjonowany. Tekst schował do teczki i zabrał ze sobą, w obawie przed szczurami.

Siedział przy biurku, oddając się posępnym rozważaniom.

Nie sądził, żeby Sarah maczała w tym palce. Zresztą przecież nie spuścił oka z teczki. Jak więc, u licha, ktoś podmienił papiery? I czy podmienił? Rzucając ponure spojrzenia na kartkę, Allan musiał stwierdzić, że te nieliczne słowa, które zostały, wyglądały naprawdę tak, jakby on je napisał. Może nawet były w tych samych miejscach. Luźno rozrzucone „nie”, „w”, „okno”, „jesienią”. Zadziwiające jednak, jak doskonale udało się komuś zetrzeć resztę tekstu.

Mężczyzna schował ołówek do szuflady i wyjął długopis. Trudno. Skoro ktoś chciał sobie żartować w ten sposób, trzeba będzie zmienić nawyki.

– Jak ci idzie? – zapytała Sarah, wracając ze sklepu i zdejmując płaszcz. Allan zerknął na nią ponuro i prychnął ze źle ukrytą pogardą.

– Bardzo, kurwa, śmieszne – warknął, ale kobieta nie dosłyszała słów.

– Zablokowałeś się? – zapytała z troską.

Tego było już za wiele! Udawała, że zupełnie o niczym nie wie. A przecież dzieciaki były za małe, żeby bawić się w takie sztuczki. To musiała być ona. Allan, nie mając najmniejszej ochoty rozmawiać z małżonką, mocniej przycisnął teczkę do piersi i skierował się wprost do łóżka.

Przez kolejne dni Sarah mogła tylko obserwować, jak Allan staje się coraz chudszy i bardziej niedostępny. Jego cera przybrała niezdrowy, szary odcień, a niemyte włosy przyklejały się do czoła. Przez pewien czas próbowała wydobyć z niego jakieś informacje, co się dzieje, wreszcie jednak zrezygnowała i przestała wpuszczać go do sypialni.

Allan sprawiał wrażenie, jakby tego nawet nie zauważył. Wychylał się z piwnicy już tylko po pochwycenie czegoś do jedzenia, kiedy nikogo nie było w kuchni. Swój mały lufcik zakleił kartonem.

I choć Sarah podejrzewała, że mąż tak bardzo wkręcił się w pisanie, że zapomniał o bożym świecie, problemem Allana było zupełnie coś innego: każdego ranka to, co napisał poprzedniego wieczora, znikało. Z czasem dopiero autor wykrył w tym regułę: niemal zawsze zostawało parę słów rozrzuconych tu i ówdzie. Znikały jednak, kiedy sam je przekreślał i zastępował czymś innym. Wreszcie Allan stwierdził, że coś kieruje jego pracą, chcąc mu wskazać, co powinien pisać. Nie mając lepszego pomysłu, mężczyzna poddał się nieznanej mocy i powoli rozwiązywał łamigłówkę, usiłując do ocalonych słów dopisać poprawne zdania.

Sarah wreszcie się złamała. Powtarzała sobie, że nie ulegnie, ale przecież nie mogła go tak zostawić – martwiła się. Postanowiła więc zejść do jego lochu i poważnie porozmawiać z Allanem.

Choć nigdy nie powiedziała o tym mężowi, przed laty dorobiła sobie klucz do drzwi od piwnicy. Teraz więc po raz pierwszy zrobiła z niego użytek – otworzywszy, zeszła po schodach do ciemnego, cuchnącego wnętrza, gdzie niepodzielnie panowały grzyb i wilgoć.

– Allan…? – zaczęła, bezwiednie ściszając głos.

Wymacała włącznik światła i nacisnęła przycisk.

Ledwie potrafiła rozpoznać w czarnej, niemal bezkształtnej bryle człowieka. Porowate bąble pokrywały kończyny, tułów, a nawet głowę. Tu i ówdzie z ciemnej mazi wykwitały całe plamy zielonkawego pyłu. Od powiewu świeżego powietrza, które wtargnęło do piwnicy wraz z kobietą, grzyb jakby skurczył się w sobie, a jedna z – chyba – rąk odpadła od ciała.

Gdyby Sarah nie wybiegła z krzykiem, niemal przewracając się na schodach, mogłaby przekonać się, że przed tym, co niegdyś było jej mężem, leżała gęsto zapisana kartka papieru. Z zupełnie niewiarygodną historią, która wyjaśniłaby wiele z obecnej sytuacji.