Wszystkiego holograficznego!

Ocena: 
7
Average: 7 (1 vote)

Kiedy byłem mały, spoglądałem w niebo. Marzyłem, że może wreszcie wyrwę się z habitatu, przekroczę granicę życia i śmierci. Zupełnie jak Bucky, hologram psa jednego z naukowców, który bawił całą dzieciarnię. Zwierzak radośnie skakał, a jak tylko ktokolwiek się do niego zbliżył, rozpływał się w powietrzu. Oczywiście pojawiał się kilka metrów dalej, poszczekując jakby przez syntezator.

Kiedy o tym myślę, od razu mimowolnie się uśmiecham. Bucky był... po prostu był. Zwiastun nowego. Tak po prostu. Mógłbym gadać i gadać, wszak Bucky zwiastował wiele. Jego pojawienie się na naszej stacji miało przynieść znaczące zmiany. Zdarzyło mi się raz podsłuchać kłótnię rodziców. Umierał dziadek, ojciec mego ojca, a matka upierała się, by przekopiować wszelkie wspomnienia o nestorze do chmury. Ruchy, gesty. Wszystko, co obok jego świadomości miało posłużyć do pełnego odtworzenia umierającego. Tak jak Lawson skopiował Bucky’ego. Moglibyśmy iść naprzód, wreszcie znaczyć coś pośród tych wszystkich mądrych profesorskich głów, chwalebnie się odznaczyć. I odtwarzać dziadka na wszystkich uroczystościach: chrzcinach, komuniach, ślubach... Niewiele wówczas zrozumiałem z podsłuchanych strzępków kłótni. Mama krzyczała, że gdybyśmy poprzestali na skopiowaniu jaźni psa, nie ruszylibyśmy z miejsca. Podobno mieliśmy spoglądać śmiało w przyszłość. Śmiało... Cóż, podobno dopięła swego.

Gdy umierał dziadek, matka nie płakała. Jako jedyna zachowała trzeźwy umysł i  rozpychała się przez zapłakaną rodzinę, bliskich i dalekich krewnych pragnących pożegnać go z godnością. Posłała po mężczyzn w białych kitlach i ze spokojem obserwowała, jak ci pchają szpitalne łóżko z dogorywającym starcem w nieznane. Chwyciłem się jej nóg, szukałem oparcia. Ale nic z tego. Odtrąciła mnie. Nie po raz pierwszy. Przywykłem.

Nie zdążyli. Pomimo najnowocześniejszej technologii, wizji proroków nowych czasów, dziadek zasnął w spokoju i nie zapisał się w pamięci komputera. Nie zachował się jak posłuszny Bucky, nie dał się skopiować, nie bawił później dzieciarni. Po prostu umarł, znikł z radarów, urządzenia zasygnalizowały odejście długą linią. I tyle. Podobno tak wygląda koniec. Dusza mknie ku swemu Zbawcy, ciało zostaje zwykłym odpadem. Muszę przyznać, że dziadek się wycwanił. Po raz ostatni wywiódł wszystkie te mądre głowy w pole.

Z perspektywy czasu cholernie mu zazdroszczę.

***

Kolejny rok. Nawiedzona matka znowu wymyśliła sobie kombatanckie holoświęta, w trakcie których dziadek jak zwykle nudzi o tym, jak ganiał psa po habitacie i jak bardzo się przy tym bawił. Potem oczywiście pozwolił naukowcom wgrywać wspomnienia w chmurę. Każde. Ukończenie szkoły, poznanie babci, pierwszy raz, obowiązkowe trzymanie się za ręce, ślub, spłodzenie potomka, trudy rodzicielstwa, loty w kosmos, eksplorację najbliższych asteroid, sukcesy mego ojca... Obowiązkowo wszystkie posiadane zdjęcia, statusy społecznościowe, skrawki życia. I wspomnienia tych, co jeszcze żyli, a go pamiętali. Kolejne nudne święta, relikt czasów sprzed wyprowadzenia ludzkości poza zgrzybiałą kolebkę cywilizacji. O tak, kumpel lubi tego typu metafory, muszę ją koniecznie zapisać, bo jeszcze mi umknie.

‒ Masz słuchać dziadka ‒ wrzeszczy matka, a jej śmieszny tapir podskakuje z każdym gwałtowniejszym gestem. Ciekawe, czy ktoś jej powiedział, że z taką fryzurą wygląda jak idiotka z poprzedniej epoki. Okej, gdy ostatnio jej to wypomniałem, dostałem szlaban na wypady do sąsiedniej galaktyki. Tym razem chyba jednak będę siedział cicho.

‒ Z perspektywy czasu cholernie... nie... nie... nie... ‒ powtarza do znudzenia hologram. Wkurwiam się. Nie dość, że co roku muszę słuchać tego samego, to ciągle ta usterka.

‒ Mamo! ‒ krzyczę. ‒ Dziadek znów się zawiesił!