Rzecz napędzana strunami

Ocena: 
8
Average: 8 (1 vote)

W kwestii wytwarzania energii z pewnością sprawdza się maksyma Roberta Heinleina: „Nie ma czegoś takiego jak darmowy obiad”. Póki co słońce nadal świeci. Jeżeli w nieodległej przyszłości przestanie, to cóż, będziecie mieli najwyżej kilka godzin, żeby wieszać na mnie psy.

Belinda i ja słyszeliśmy o ekstrakcji energii punktu zerowego z próżni na długo przed tym, jak zaczęli się tym ekscytować w wiadomościach. Ponieważ niezmiennie jesteśmy pionierami w adaptacji nowych technologii, zamówiliśmy pudło żarówek zeropunktowych, kiedy tylko przeczytaliśmy notkę prasową, nawet pomimo ich skandalicznej ceny. Okazały się uroczymi ozdobami wigilijnymi gdy uruchomiliśmy je w trybie samounoszenia.

Niby kto powiedział, że perpetuum mobile nie działa?

Dwunastego dnia świąt Bożego Narodzenia Belinda wyłączyła najniższą żarówkę i pozwoliła, żeby spadła na jej dłoń.

– Ojej! – pisnęła.

Obróciłem się na krześle, zmartwiony, że mogła przypiec sobie rękę.

– Oparzyłaś się?

Belinda zaserwowała mi swoją chłodną minę pod tytułem „ty-głuptasie”.

– Mike, nie popadasz mi tu w uwiąd starczy, prawda? – A ja w tym momencie przypomniałem sobie, że urządzenia na energię zeropunktową działają w temperaturze otoczenia.

– No to o co chodzi?

– Jeszcze nie wiem.

Intensywnie wpatrywała się w coś, co – z mojego punktu widzenia – nie wyglądało na nic konkretnego. Najpierw się pochyliła, potem stanęła na palcach, a w końcu zaczęła krążyć niczym krab, badając to coś, co tam było, albo czego nie było, z każdego możliwego kąta. W końcu kiwnęła głową i chrząknęła z satysfakcją.

– Dobra, spójrz na dywan. Stąd. – Czubek palca wskazującego skierowała w stronę punktu w powietrzu.

Już dawno powinniśmy się byli pozbyć tej wystrzępionej pamiątki z miesiąca miodowego, ale postąpiłem wedle jej instrukcji. Jeden skrawek był zdecydowanie bledszy od reszty. Może coś tam wylałem? Nie, najwyraźniej nie, bo kiedy podniosłem głowę, wyblakły skrawek też się przesunął.

– Ojej!

– W rzeczy samej – odparła Belinda.

Przeprowadziłem jeszcze parę eksperymentów. Patrząc przez wybrany punkt w różnych kierunkach sprawiałem, że blakły fragmenty tapety i firan.

Teraz przyszła moja kolej na wskazanie palcem skazy w przestrzeni.

– Czy to tam powiesiłaś lampki, kochanie?

– Nie, to ty je tam powiesiłeś!

Westchnąłem i zaakceptowałem swoją winę, a potem wróciłem do badania defektu. Pewien szczegół rzucił mi się w oczy: biały guziczek w miejscu, gdzie wcześniej nie było niczego.

– Jeżeli się nie mylę – stwierdziłem – to teraz coś tam jest.

Spróbowałem to coś wyskubać paznokciami kciuka i palca wskazującego. Za trzecim razem w końcu udało mi się wyciągnąć krótki kawałek czegoś, co niezwykle przypominało strunę.

– No to się doigrałeś – stwierdziła Belinda.

Miała całkowitą rację.

Tego samego wieczora odpaliłem laptopa i wysłałem maila do BBC News. Moje doniesienie było najpoczytniejszą wiadomością przez czternaście dni z rzędu. Jak mniemam, ktoś musiał zgłosić to zjawisko jako pierwszy i tak oto Efekt Jamisona uzyskał swą nazwę.

Nie minęło wiele czasu, a wszyscy wyciągali struny z niczego. Zapomniane pokolenie kosmologów prawdopodobnie skakało z radości, chociaż stękając z bólu przez artretyzm.

Kilku uczonych wyraziło swoje obawy, ale większość ludzi bez mrugnięcia okiem dalej używała swoich żarówek i innych urządzeń napędzanych energią zeropunktową. Ja zaś wróciłem do kręcenia korbą napędową laptopa. Zdrapywanie materii z powierzchni Wszechświata nie wydawało mi się na miejscu.

A co do strun, są one bardzo wszechstronnym materiałem, co czyni je bardzo przydatnymi w naszych czasach ograniczonych zasobów. Belinda, kochanie moje, zrobiła mi na drutach kamizelkę ze strun, ale powiedziałem jej, żeby sama ją nosiła, bo – szczerze mówiąc – jej widok w takim stroju czynił przedziwne rzeczy z moim libido.

– Zawiąż go sobie na supeł, kochanie – powiedziała i obdarowała mnie lubieżnym mrugnięciem. Jestem całkiem pewny, że nie mówiła o strunowym krawacie, który uszyła kilka dni wcześniej, a którego topologię wciąż próbowałem ujarzmić.

Podobne sceny beztroskiego życia domowego bez wątpienia cechowały zdecydowanie zbyt krótką erę darmowej energii. Związany z nią zalew strun prowadził do niezwykłej obfitości konkursów rzemiosła i koncertów granych wyłącznie na „strunowych” instrumentach. A kto poza mną przejmował się rosnącą liczbą nagich łat?

Pewien fizyk-malkontent pracujący dla Rosyjskiej Akademii Nauk, ot kto. Uszanowanie dla niego. Przez cały rok, miesiąc w miesiąc, mierzył prędkość światła i uzyskał niespotykaną dotąd dokładność wyników. Jego artykuł w Nature wywołał prawdziwą sensację. Dalsze badania wykazały, że ładunek elektryczny elementarny nieznacznie się zwiększył. Najwyraźniej fundamentalne stałe Wszechświata nie były wcale takie stałe. Fakt, zmiany były minimalne, ale nie to było w tym wszystkim najważniejsze. Im więcej kosmicznych strun wyciągaliśmy z powietrza, tym więcej delt zadawaliśmy stałej strukturze subtelnej. A, jak zauważył więcej niż jeden poważany naukowiec, podstawowe właściwości Wszechświata naprawdę wydają się precyzyjnie dostrojone do istnienia życia. Ile jeszcze ciosów może przyjąć α, zanim to stwierdzenie nie będzie już prawdziwe? Tego nikt nie wie na pewno, ale ja nigdy wcześniej nie czułem takiego lęku przed wschodem słońca.

Niedawno rząd ogłosił kwoty dotyczące pobierania energii zeropunktowej na osobę, a do tego program handlowania strunami. Ale jak dla mnie, to te środki są zupełnie niewystarczające.

Tak więc Belinda i ja zacisnęliśmy zęby i ogłosiliśmy nasz dom strefą wolną od strun. Od tej pory będziemy polegać tylko na energii słonecznej. Jesteśmy pionierami w odchodzeniu od technologii i zamierzamy trąbić o naszym nawróceniu każdemu, kto zechce słuchać, bo świat musi się nauczyć, że energia nigdy nie jest za darmo.

 

 

Przełożył Aleksander Księżopolski