Tworząc światy

Ocena: 
0
Brak głosów

Z okazji pierwszej rocznicy zakończenia terraformowania Enceladusa zbudowałem przyszłym kolonistom bliźniacze wzgórza w kształcie kobiecych piersi. Nie powinienem tego robić, ale każdy z architektów krajobrazu, flory czy fauny zostawiał po sobie easter eggi, miniaturowe lub całkiem spore pomniki własnego sprytu, pomysłowości i brawury w nadziei, że bezczelna konstrukcja wymykająca się kształtom czy prawom natury przejdzie niezauważona przez sito cenzorów Konsorcjum. Na tle kolegów mogłem być dumny z siebie i swoich dokonań. Na koncie miałem już skałę w kształcie głowy wielkookiego kosmity na Marsie, formacje naciekowe przywodzące na myśl kolumny w porządku jońskim w jaskini na Plutonie oraz anomalię, którą niewątpliwie nazwą kiedyś zwierciadłem bogini – piętnastometrowy owal zastygłej na gładko, połyskliwej miedzi na wenusjańskiej wysoczyźnie. Teraz do kolekcji mogłem dopisać jeszcze cyckopodobne wzgórza na księżycu Saturna. Nie wszystek umrę!

Tak naprawdę wbudowywaliśmy te żarty w struktury zmienianych na potrzeby kolonizacji światów z bezbrzeżnej nudy. Po zakończeniu terraformowania do dzieła wkraczały grupy takie jak nasza. Dostawaliśmy zgrubne plany, teren, który mieliśmy przygotować i roboty, które wykonywały nasze polecenia. Rzucaliśmy się w szał projektowania, lecz tkanka nowych światów, z początku fascynująca, nieodwracalnie i w każdym przypadku zaczynała nas w końcu nużyć. Zapewne przez swoją wszechobecność i to, że nie mogliśmy uciec od pracy. Przypisani do danego obszaru, uwięzieni w stacjach, które były dla nas jednocześnie domem i miejscem pracy, miesiącami patrzyliśmy tylko na twarze piątki towarzyszy. Zawsze te same gęby, te same rozmowy, te same problemy... skupione nieodmiennie na zbyt małej przestrzeni. Po pewnym czasie przestałem dostrzegać współtowarzyszy przykutych obok mnie do kieratu Konsorcjum Inżynierów Nowych Światów. Skupiłem się na pracy. Projektowałem, wydawałem polecenia batalionom robotów i odliczałem dni do końca kontraktu. Czasem tylko przez wentyl bezpieczeństwa jaźni wyrywały mi się jakieś piersi albo słup skalny sterczący w niebo jak wysunięty obelżywie palec.

Enceladus, od którego nazwano naszą obecną placówkę, jak sprawdziłem w bazie danych, był zbuntowanym olbrzymem. Zeus, ojciec bogów, pokonał go i przygniótł Sycylią, żeby nie mógł uciec. Mit ten obrazował całkiem udatnie mój własny stan. Też czułem się przygnieciony, jakby nad głową wisiały mi tony skał. Oprócz piersiopodobnych pagórków zmontowałem na morskim dnie sylwetkę monstrualnego mężczyzny przywalonego kamieniem, ale nie poprawiło mi to humoru. Zacząłem mieć koszmary, męczące sny o bezwoli i bezradności, całkowitym uwięzieniu. W moich wizjach próbowałem odwrócić głowę i w końcu mi się to udawało. W ciemnościach przepełnionych odgłosami pracujących maszyn dostrzegałem obok siebie niewyraźne sylwetki skutych towarzyszy, unieruchomionych w obejmach z połyskliwego metalu, wpatrzonych przed siebie martwymi oczami. Na ekranie przed nami drgały migotliwe obrazy, fragmenty powierzchni Enceladusa. Częściowo nagie jeszcze, częściowo ugładzone ludzką myślą udającą naturę i ewolucję, przygotowane na przybycie osadników. Nasze dzieło, nabierające konkretnych kształtów z każdą kolejną nocą, każdym męczącym majakiem. Kładłem się spać niechętnie, a wstawałem wycieńczony. Na szczęście, zapisany w kontrakcie pobyt na księżycu Saturna miał się niebawem skończyć, projekt był w końcowej fazie realizacji.

Obudził mnie silny wstrząs. Trzask pękającego tworzywa, zgrzyt metalu. Szarpnęło mną, zatelepało, lecz nie mogłem się temu nijak przeciwstawić. Zamknięty w czymś na kształt trumny, obijałem się bezwładnie o gładkie powierzchnie, uplątywałem w kable, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu, wiotki jak martwy noworodek. Nic nie widziałem, wokół ciemności nieprzebrane – i nagle wszystko zalało białe, wszechogarniające światło. Dalej nic nie widziałem. Powinienem się cieszyć, że nie tkwię już w mroku, lecz ciemności były bezpieczne. A jasność bolała, wbijała gorące igły w źrenice i nie pozwalała zamknąć powiek. I dalej nic nie widziałem, wielką czerń zastąpiła wielka biel. Chciałem krzyknąć z bólu, dać znać, że oślepłem – ale usta miałem czymś zatkane, zasłonięte pół twarzy. Objęły mnie ręce, dziwnie twarde i zimne, przytuliły do piersi równie twardej i zimnej, uniosły w górę. Byłem niesiony, kołysany rytmem czyichś kroków. Wtedy też moje oczy przywykły częściowo do światła i w jasności dojrzałem zarysy kształtów. Wpierw – mechaniczną rękę obejmującą obce, chyba moje!, wychudzone ramię. Poniżej robotyczne nogi humanoidalnej maszyny, która mnie niosła od pękniętej kapsuły hibernacyjnej, otworzonej, odrzuconej na bok. Musiała spaść z maszyny, którą ją przewożono. Rozbiła się i dlatego się obudziłem. Mrugałem oczami, próbując usunąć świetliste powidoki, zignorować ból. Nim zostałem złożony przez robota do nowego sarkofagu, nim przez przyłączone na powrót do ciała rurki popłynęło coś, co pchnęło mnie znów w sen, dojrzałem statek. Gigantycznego kosmicznego wędrowca, do którego roboty wnosiły inne kapsuły hibernacyjne. A w oddali niewyraźne zarysy dwóch zielonych wzgórz w kształcie piersi.

Ostatnią myślą, nim zasnąłem – i pierwszą po przebudzeniu na nowej placówce, znów na zbyt małej przestrzeni, znów wśród tych samych ludzi i z tym samym zadaniem, tylko innym światem za zbrojoną szybą stacji – było ta, że nie pracuję, lecz jestem niewolnikiem. Nie będzie powrotu na Ziemię, nie wydam zarobionych pieniędzy. Koniec każdego kontraktu jest początkiem nowego, i tak jak światy są niepoliczone, tak nie będzie kresu mojego uwięzienia i katorżniczej pracy. Ale na tych światach ktoś będzie żył... Zostawię po sobie świadectwo monstrualnej, zorganizowanej krzywdy.

Moje plany nowych krajobrazów stały się pełne zmyślnie ukrytych symboli. Większość umyka cenzorom. Jestem w tym przecież dobry.