Przemiana

Ocena: 
7
Average: 7 (1 vote)

Wschód

Las i łąka były jeszcze głęboko uśpione, gdy pierwsze ptaki dały sygnał do pobudki. Smuga rozświetliła ciemność między drzewami, dotarła do pochylonych traw, wśliznęła się do nory lisa. Chrząszcze, mrówki, gąsienice i reszta drobnicy lawirowały wśród rozedrganych łodyżek, przeklinając, jak każdego ranka, ich niepohamowaną ruchliwość.

Ścieżką biegnącą wzdłuż skraju lasu szła niewysoka postać. Przycięte do linii karku rude włosy rozbiegały się w różne strony, uległe wiatrowi. Postać wzdrygnęła się i ciaśniej owinęła grubym swetrem. Mocniej zacisnęła palce na rączce blaszanego wiadra i ruszyła szybciej w stronę rzeki płynącej wśród pól. Woda ochoczo wbiegła do wiadra i już Anna wracała do domu. Po drodze rzuciła okiem na drzewo, które jak co roku wypuściło ze swych powykręcanych ramion lepkie pąki. Spojrzała przelotnie na prężące się ku słońcu trawy i weszła na ganek.

- Anno, prosiłam cię, żebyś wkładała chustkę na głowę, rano jest chłodno…

Zwiędły głos rozniósł się po obejściu rozbudzając całkowicie kury, dwie krowy i burego kundla przytulonego do budy. Kaszel, który nastąpił zaraz potem, poderwał z płotu kilka wróbli i spłoszył przyczajonego na mysz kota, który z cichym parsknięciem odszedł, zadzierając ogon. Anna uśmiechnęła się lekko.

– Chodź, babciu, zrobimy herbatę.

Obie zniknęły w ciemnej sieni.

Dziennik Anny

Wiele razy wydawało mi się, że tkwię gdzieś pomiędzy. Czy to było pomiędzy wyraźne, między lewą stroną a prawą, kiedy można pójść prosto i zostawić decyzje samym sobie, czy też między „tak” i „nie”, niepewne, gdy można powiedzieć „nie wiem” i zburzyć całą misternie układaną sieć słów, znaków zapytania i kropek. Często nie umiem okreslić tego, co widzę, częściej więc przeczuwam. Gdy wieczorem siedzę z Krzysztofem przy stole i sączymy powoli wino, patrząc na dogasającą świecę, on zawsze nazywa rzeczy po imieniu. Jest tak, że patrzy na kubek po kawie, którą piliśmy wcześniej i mówi: „Kubek”. A dla mnie ta przestrzeń nad stołem, wypełniona porcelitem, to kilka płaszczyzn połączonych tak, że tworzą jakąś zwartość, którą daje się napełnić tym, co on nazywa kawą, herbatą, kompotem z róży. To wszystko to tylko słowa, umowne jak rzeczy, które starają się opisać.

Przychodzi co wieczór na ciasto, kawę i wino. Gdy babcia odchodzi w czarny aksamit snu, Krzysztof po prostu naciska klamkę i przechodzi przez sień, po chwili odsuwa krzesło od stołu i z lekkim podskokiem przysuwa z powrotem. Kawowa para i aromat ciasta otaczają nas, splatając węzły milczenia.

Nigdy nie pamiętam, kiedy wychodzi.

Śniadanie i skąd się ono wzięło

– Nakryj, Anno, do stołu, ja przyniosę bułeczki z pieca…

Zgarbiona postać wzdrygnęła się i powoli podniosła z krzesła. Noga za nogą, podreptała do pieca. Bułeczki pachniały ciepłem, w czajniku pląsała woda z rzeki, a stół powoli przyodziewał się w maselnicę, kokilkę z dżemem, biały ser, jabłka z zeszłej jesieni, noże, łyżki, talerze, kubki. Zmienił szatę z cichej nocy na rozedrgane, świeże rano.

Bułeczki dopełniły dzieła i Anna usiadła. Babcia Zofia jeszcze tylko odkaszlnęła ostatnie drobiny niewypowiedzianych słów, wyszeptała „Amen”. Przez chwilę jadły w milczeniu, po chwili jednak babcia Zofia zapytała:

– A czy wiesz, Anno, jak to było ze śniadaniem na samym początku?

– Tym zupełnym, najpierwszym? – zapytała Anna z uśmiechem.

– No przecież, że był tylko jeden początek! Więc…?

Znak zapytania zawisł na chwilę w kuchni.

– Nie wiem, babciu, opowiedz.

– Kiedyś, dawno temu, kiedy Bóg dopiero co stworzył cały świat, siedział na tronie i podziwiał swe dzieło. I nagle poczuł się bardzo głodny. Wezwał aniołów i nakazał im, by przynieśli Mu fig, daktyli i odrobinę mleka od kóz, co pasły się w dolinie. Była to pora popołudniowa i aniołowie byli zmęczeni lataniem od rana i sprawdzaniem, czy wszystko, co Bóg stworzył, działa jak należy. Jeden z nich podszedł więc do tronu i zapytał pokornym głosem: „Panie, czy to godzi się objadać w tak piękny dzień, zamiast usiąść i podziwiać świat?” Pan Bóg zamyślił się i rzekł: ”Słusznie prawisz, aniele. Jednak czy pomyślałeś o ludziach, którzy tam w dole pracują ciężko cały dzień? Stanie się tak: odtąd w porze popołudniowej wszyscy ludzie będą przerywać swoją pracę i spożywać obiad, jaki im żony przygotują”. Aniołowie odlecieli i podziwiali świat, który stworzył Bóg. Wieczorem Bóg znów ich wezwał i nakazał przynieść fig, daktyli i odrobinę mleka od kóz, co pasły się w dolinie. I anioł znowu zapytał: ”Panie mój, czy to godzi się spożywać posiłek wieczorem, gdy ciało ospałe i chce odpocząć?” Pan Bóg zamyślił się i rzekł: ”Słusznie prawisz. Ale ludzie, którzy tam w dole pracują, w nocy rozmnażać się pragną, trzeba im więc siły. Nakazuję zatem: każdego wieczora, gdy słońce na spoczynek się uda, wszyscy ludzie spożywać mają wieczerzę, którą im żony przygotują”. Nadeszła noc. I minęła noc. Nastał dzień. Pan Bóg obudził się na swym tronie głodny. Zawołał aniołów i kazał im przynieść fig, daktyli i odrobinę mleka od kóz, co pasły się w dolinie. A zanim którykolwiek z aniołów otworzył usta, rzekł Pan Bóg: ”Po śnie dać należy ciału siłę na następny znojny dzień. Dlatego nakazuję: wszystkie stworzenia będą o wschodzie słońca śniadać, spożywając dary, które daję im ja, Pan Bóg”.

Zapadła cisza. Anna siedziała zadumana, przestała smarować masłem bułeczkę, nakładać dżem. Babcia Zofia siorbała herbatę.

– Babciu, może chcesz jeszcze bułeczkę?

– Poproszę, dziecko. Staremu ciału potrzeba dużo siły, by zniosło szczęśliwie kolejny dzień.

Pod pieszczotą ostrego noża pieczywo rozpękło się na połówki, a te po chwili pokryły się masłem i dżemem i popłynęły na dłoniach Anny w stronę babci Zofii.

– Dziękuję. Musi nie będzie dziś padać, możesz wypędzić krowy na łąkę, niech i one uciechę mają.

Dziennik Anny

Wiosna rozkwitła całą sobą, a z nią i ja rozkwitam. Za każdym muśnięciem słońca – jeden płatek kwiatu. Za każdym muśnięciem dłoni Krzysztofa – jeden uśmiech więcej. Wczoraj przyniósł dwa kurczaki. „Zrobisz potrawkę”. Nasze kury nigdy nie dały potomstwa. Babcia Zofia nie lubi kogutów. Przyniósł też czerwone jabłka z jesieni. Tak czerwienię się, gdy mnie dotyka. Wczoraj wziął moją dłoń i w milczeniu oglądał. Linie ciągłe, przerywane, kropki, ślady po komarach krwiopijcach, nadłamany paznokieć, naderwana skórka, pod nią żywe ciało, czerwone i pulsujące. Czerwień… Wszystko, co żywe, jest czerwone: krew, rumieniec, spocone plecy, ręce po praniu, dojrzałe jabłka, nos kota mieszkającego w oborze. Wszystko. A martwe? Jaki jest kolor rzeczy martwych? Błękitny? Niebo jest błękitne. I oczy Krzysztofa.

Drzewo

Krowy szły w stronę pastwiska jedna obok drugiej. Brakowało im tylko dłoni, by mogły je spleść jak para kochanków. Anna odprowadzała je wzrokiem póki nie zniknęły za zakrętem drogi, wtedy podbiegła do nich i znów przystanęła. Krowy nie zwracały na nią uwagi. Czuły zapach świeżej trawy, przebierały więc raźno racicami, by jak najszybciej jej skosztować. Anna uśmiechnęła się, patrząc na ich niezdarny ni to kłus, ni to galop, tańczące kości wydawały jej się samotnymi falami, które nie zdążyły na czas roztopić się w oceanie i teraz szukały się nawzajem, bo w tym samym momencie istnieć nie mogły. Wreszcie zwierzęta zanurzyły pyski w zieleni, a Anna wbiła w ziemię kołki z łańcuchami i ruszyła do domu.

Znów mijała powykręcane zimowym artretyzmem drzewo, tym razem jednak nie było samo, kręcili się wokół niego ludzie z piłami i siekierami. Anna patrzyła i nie rozumiała. Ściąć jej drzewo? Przecież wypuściło świeże listki…

Ścięli. Zajęło im to trzy godziny. Drzewo broniło się, uparcie stawiało czoła ostrym zębom pił,  ale na niewiele to się zdało. Upadło na drogę, tarasując ją na kilka godzin, ostatnim gestem biernego oporu krzycząc „nie poddam się!”.

Anna patrzyła na to z daleka, a w jej oczach zapaliły się ogniki zrozumienia - nic już nie będzie takie samo.

Jeszcze nas topole ukoją

Babciu, ścięli Drzewo.

Babcia Zofia wyprostowała się na zydelku, a z ręki wysunął jej się na wpół obrany ziemniak.

–  O Jezus, Maria, aleś mnie wystraszyła! Anuś, co ty masz takie oczy zaognione?

– To nic, babciu, tylko widzisz, tyle stało, a oni po prostu rzucili je w piach.

– Dziecko, to drzewo było stare jak świat! Aż dziw bierze, że nie złamało się przy ostatniej wichurze jesienią. Pamiętasz ten wicher diabelski? No, a teraz to i zakręt bezpieczniejszy będzie.

– Ale takie stare drzewo… Babciu, jak ono szumiało!

Babcia Zofia podniosła z podłogi ziemniaka i skończyła go obierać. Zerknęła na Annę, a gdy ta na nią nie patrzyła, otarła ukradkiem łzę, żłobiącą koleinę w starym policzku.

– Nie martw się, Anuś. Jeszcze nam topole zostały. To zimne drzewa, ich nie ruszą. Jeszcze nas topole ukoją.

Dziennik Anny

Dziś w nocy był u mnie dłużej. Całował mnie, jakby spijał wodę, zabłąkaną jakimś cudem na pustyni, przez którą szedł. Moje usta były studnią bez dna, moje ręce jak żuraw przy studni, a piersi to bukłaki. Był inny. Zapukał w okno, a gdy wychyliłam się, uderzył mnie zapach konwalii. Bukiecik tańczył przed moimi oczami, prowadzony jego ręką.

Nie piliśmy kawy ani wina, ani nie jedliśmy ciasta. Położył mnie na stole w kuchni i powoli zdejmował bawełniano-wełnianą zbroję. Sweter, bluzka, spódnica. Moje piersi wyprężyły się, czując powiew przestrzeni, a dłonie same wiedziały, dokąd iść. Kurtka, koszula, spodnie.

Zadrżeliśmy jednocześnie i jednocześnie nasze ciała ogarnęło rozleniwienie. Noc nie chciała się skończyć, pochylała się nad nami, opiekuńczo otulając nasze nagie ciała czarnymi skrzydłami, odgradzając od wiosny, pokoju babci Zofii, odgradzając od kuchennego stołu.

Nad ranem bez słowa wyszedł.

Wyjrzałam dziś na świat i był inny. Wiosna w pełni dojrzała, zmieniając się powoli ale stanowczo w lato. Drzewa w ogrodzie zawiązują owoce, słońce śle gorące pocałunki zbożom, młode koty uczą się zabijać, a ptaki uciekać przed nimi.

Targ

Ludzie rozkładali stragany na każdym wolnym skrawku placu targowego. Ustawiali sieć uliczek, skomplikowaną pajęczynę dróg i dróżek, z których każda prowadziła do stoiska z piwem i preclami.

Anna patrzyła szeroko otwartymi oczami na tłum kolorowo ubranych postaci, na roześmiane twarze, szerokie czoła, rozłożyste ramiona, silne plecy nawykłe do dźwigania ciężarów, otoczone zmarszczkami oczy. Pozdrawiając sąsiadów szła przez plac, kupując to, co poleciła jej babcia Zofia. Nagle przystanęła, wpatrując się w odległy punkt.

– Panie Krzysztofie, nie mogę tyle zapłacić. Niechże mnie pan zrozumie, no widzę, ładne, ale…

– Podobają się panu czy nie? Jak nie, to idź pan dalej.

Głos był twardy i odpychający, a jednak w jakiś sposób przyjemny. Anna podeszła do straganu. Była to zwykła półka wsparta na kozłach; z okapu pokrytego słomą zwieszały się drewniane wiedźmy na miotłach, komicznie wykrzywione twarze diabłów, suszone kwiaty i zioła. Na samej półce rozgościły się dziady z kosturami, baby z koszami pełnymi drewnianego jak one jedzenia, stały drewniane koniki i krowy, a w wiklinowym koszyku pełno było gwizdków, fujarek i piszczałek. Anna wzięła do ręki przygarbioną figurkę dziada opartego na sękatym kosturze i spytała cicho:

– Ile za tego?

Krzysztof odwrócił się gwałtownie. Po twarzy przemknął mu jasny uśmiech, który zaraz skrył się pod chmurami brwi.

– On nie jest na sprzedaż. To ozdoba. Wystawowa.

Anna odstawiła figurkę i nie spojrzawszy więcej na Krzysztofa odeszła w głąb ludzkiego tłumu. Krzysztof patrzył za nią przez chwilę, póki nie przywołał go zniecierpliwiony ośmiolatek domagający się fujarki.

Dzień targowy powoli dobiegał końca, choć było krótko po południu. Nieliczni usiłowali coś sprzedać. Anna wracała wolnym krokiem do domu, jej wzrok nie skupiał się na niczym szczególnym, krążył po niebie i ziemi jak ptak. Usta wygięte w lekkim uśmiechu otwierały się chwilami, by poddać się pieszczocie koniuszka języka.

Dziennik Anny

Figurka to część drzewa. Wiedziałam, że nie zginie, że przetrwa. To niemożliwe, żeby drzewa były tylko kawałkami kory i liści. Jest w nich coś więcej.

Pierwszy znak

Pojawił się rano, gdy Anna wstała z łóżka. Dzień zapowiadał się upalny, przyroda dyszała z gorąca, którego kulminacja miała dopiero nastąpić. Anna założyła lekką sukienkę i zaczęła codzienną krzątaninę. Babcia Zofia została w pokoju, zawsze w taki upał dokuczała jej migrena.

Po śniadaniu Anna postanowiła pójść na długi spacer. Krowy były wydojone, obiad gotowy do podgrzania, a babcia spała. Drzwi domu zamknęły się cicho za samotną postacią w zielonej sukience.

Anna szła powoli przez pola, rozkoszując się widokami. Wszędzie uwijały się owady, wiatr poruszał zbożem dojrzałym do zbioru, drzewa szumiały. Dziewczyna usiadła pod jednym z nich, na skraju lasu, i przymknęła oczy.

Ręce uniosły się powoli i zakołysały w takt niesłyszalnej muzyki. Samotna postać wstała i objęła drzewo. Przytuliła policzek do szorstkiej kory i słuchała szeptu.

Wróciła do domu wczesnym popołudniem. Babcia Zofia krzątała się wśród garnków, nucąc pod nosem - migrena ustąpiła pod naporem niezawodnych ziółek. Stara kobieta spojrzała na wnuczkę.

– Ej, Anuś, coś mi się widzi, że na słońcu to ty masz dość siedzenia. Chodź, nałożę ci na twarz zsiadłego mleka.

– Nie trzeba, babciu, to nic takiego. Już takie będzie. Ciemne. To nic takiego.

Krzysztof

Przyjrzał się swoim dłoniom. Spękane, szorstkie, pełne drobnych skaleczeń, otarć i blizn. Dłonie rzeźbiarza. Brutalne dla kawałków drewna, które przeistaczają się w małe dzieła sztuki, ale delikatne dla tego jedynego dzieła natury, które jest mu tak drogie. Gdy dotykał Anny, jego dłonie stawały się nieśmiałe, prosiły o przyzwolenie na pieszczotę i czekały pokornie na najdrobniejszy znak. Inaczej, niż gdy dotykały drewna. Wtedy brały to, czego potrzebowały. Nie drżały.

Krzysztof pochylił się nad figurką staruszka siedzącego na zwalonym pniu. Spojrzał na drewnianą twarz.

– Ta twarz mogłaby być moją.

Przemiana

W całej wiosce nie było osoby, która nie przyszła do babci Zofii. Babcia podejmowała gości herbatą i plackiem z jabłkami, z łagodnym uśmiechem odpowiadała na te same pytania, zamyślonym wzrokiem wypatrywała ponad głowami sąsiadów,dwóch postaci i choć wiedziała, że ich już nie ujrzy, patrzyła. Czekała, jak czekać może ktoś, kto nic innego nie chce robić, z dziwną przyjemnością.– Pani Zofio, niech pani spojrzy! Skąd się te dwa drzewa wzięły tam, na polu?

Babcia Zofia wyjrzała przez okno. Rzeczywiście, nigdy wcześniej nie widziała dwóch potężnych buków samotnie rosnących niedaleko szosy. Drzewa były stare, powykręcane ramiona wyciągały ku niebu, poddawały się wiatrowi, cierpliwe i tak bardzo ludzkie. Rosły blisko siebie, tak blisko, że ich gałęzie plątały się niezdarnie, a na ziemię opadały wspólne, jesienne liście. Cała wieś nie mogła się nadziwić dwóm pniom doskonale symetrycznym, jakby własnym lustrzanym odbiciom; konarom wygiętym siłami natury, a jednak promieniującym nieugiętą mocą; żółknącym liściom do ostatniej chwili kurczowo trzymającym się gałęzi. Po twarzy babci Zofii przemknął ledwie zauważalny uśmiech.

Drzewa powoli przestały zaprzątać uwagę mieszkańców wsi. Rosły samotne, choć razem. Krążyły o nich opowieści zwykłe i niesamowite, ludzie kochali się w ich cieniu i kłócili, dzieci wdrapywały się po ciemnych, szorstkich pniach, chwytały artretyczne ramiona, spadały na miękką trawę i od nowa pokonywały nierówną korę. Życie toczyło się normalnym rytmem, a buki stały się symbolem tajemnic, jakie skrywa przed człowiekiem natura. Kilka razy próbowano je ściąć, ale wieś patrzyła z politowaniem i satysfakcją na wysiłki ludzi z miasta. „Co oni tam wiedzą… Babciu Zosiu, może by te krowy babci spędzić z pola? Jaka burza idzie czy co…”

Przyjezdni, którym zdarzyło się nocować w wiosce, słyszeli najczęściej opowieść o dwojgu ludzi, którzy tak bardzo się kochali, że postanowili poświęcić swoje ciała, by mogły złączyć się ich dusze. Nikt nie potrafił powiedzieć, jak to się stało, podobno jednak wie o tym stara babcia Zofia, która mieszka tu już dziewięćdziesiąt dziewięć lat i wie wszystko o roślinach. Zna nawet zioła na choroby duszy.