Słońce

Ocena: 
5.33333
Average: 5.3 (3 votes)

Niebo płonęło. I nie była to tylko banalna metafora. Ogień wśród gwałtownie topniejących chmur huczał nieprzerwanie od kilku dni. Deszcze iskier sypały się na wypaloną ziemię, od dawna już opustoszałą i zapomnianą.

– Mam nadzieję, że będzie pogoda – zafrasował się Dmitrij, wpatrując się w napuchnięte Słońce, rozświetlające niebo nad Enceladusem.

– Na pewno – uspokoił go doktor Wei, który od dłuższej chwili studiował prognozy, podłączywszy swój hełm do Instytutu Meteorologiczno-Astronomicznego. Co prawda rosyjski kolega nie raz przestrzegał go przed niebezpieczeństwem nowotworu przy nadużywaniu hełmu, jednakże Wei rzadko kiedy pojawiał się gdziekolwiek bez tego nakrycia głowy. Korzystał z niego kiedy tylko musiał, a także gdy nie było takiej potrzeby, tłumacząc, że przynajmniej wie, na co umrze. – IMA zapowiada zupełne rozpogodzenie… Będziesz miał inny kłopot – dodał po chwili Chińczyk, marszcząc czoło pod przezroczystą przyłbicą hełmu.

– Tak? – zdziwił się Dmitrij.

– Zaćmienie – rzucił Wei. – Jak mogłeś o tym nie wiedzieć? Wszystko zasłoni Saturn.

– Bzdura. Niemożliwe. To dziś? – Rosjanin opadł tak prędko, że fotel ledwie zdążył się pod nim zmaterializować.

– Tak. Nie wiedziałeś? Naprawdę? – Wei nie mógł uwierzyć, że jego przyjaciel przeoczył coś takiego w planowaniu obserwacji.

– Nie byłem w Instytucie od… od dawna – mruknął Dmitrij, w ostatniej chwili powstrzymując się od powiedzenia czegoś, o czym nie miał najmniejszej ochoty opowiadać.

– I pewnie do Sieci też nie zaglądasz, hmm?

– Nie, nie zaglądam. Nic ciekawego tam nie ma. Od miesięcy tylko przewija się kilka durnych aferek.

– Bo szukasz informacji w złych miejscach. – Wei uśmiechnął się pobłażliwie. Wcale nie chciał teraz dobijać przyjaciela, ale on sam się o to prosił tą postawą „cierpię i chcę, żeby inni widzieli, jak bardzo”. – Prom? – zaproponował po chwili milczenia.

Dmitrij wzruszył ramionami.

– Może być i prom – burknął niechętnie.

– No to lepiej szybko polećmy do bazy. Mogą mieć już solidnie zapchane wszystkie rejsy. Obudziłeś się w ostatniej chwili, no naprawdę…

Oślepiające światło Słońca wypełniło wnętrze kadłuba tylko na mgnienie oka. Zaraz jednak prom wleciał do tunelu, by bezpiecznie wylądować w przestronnej hali, wydrążonej nieopodal samego jądra Marsa. Tam dopiero Dmitrij i Wei wynajęli łazik, którym mieli dotrzeć na przygotowany dla obserwatorów taras widokowy.

Rosjanin westchnął rozdzierająco, kiedy wyjechali na powierzchnię planety. Pamiętał zupełnie innego Marsa: pustynnego, zimnego, niegościnnego. Nie przypuszczał, że w ciągu zaledwie trzystu lat tak wiele się tu zmieni.

Słońce było ogromne. Rozświetlało płomiennoczerwone niebo, zalewało twarze podróżnych pomarańczową łuną. Dmitrij niemal czuł na policzkach mnożące się komórki nowotworowe, choć wiedział, że w kabinie łazika, poza tym w kombinezonie, jest całkowicie bezpieczny. Zastanawiał się jednak, jak musiało być tam – na Ziemi. Skoro tu było piekło, tam… Tam chyba był już tylko ogień.

– Do bani. Z tego tarasu niczego nie zobaczymy – skonstatował tymczasem Wei, mrużąc oczy w nieznośnym blasku konającego Słońca. – Jest za bardzo na wprost. Będziemy musieli zaciemnić ekrany. A nie chcę oglądać zaciemnionego obrazu. Wtedy równie dobrze mógłbym zostać w domu i obserwować wszystko w Sieci.

Dmitrij podążył wzrokiem w kierunku, który wskazał przyjaciel. W istocie, taras widokowy tylko na pozór dawał świetną perspektywę dla obserwatorów. Tak naprawdę była nieco za świetna – w kluczowym momencie Słońce wszystkich oślepi i albo będą zamykać oczy, albo przerzucą się na ekrany.

– Spróbujmy pojechać na wschód – zaproponował po chwili analizowania danych z multimedialnego przewodnika po Układzie Słonecznym, w który wyposażony był każdy łazik.

– Fobos? – zapytał Wei z uśmiechem. Dmitrij tylko skinął głową.

Odłączywszy się od grupy, mężczyźni wyminęli kilka niewielkich kraterów i niebawem zniknęli za horyzontem – lub raczej, w zależności od punktu widzenia, to taras widokowy zniknął im z oczu.

Fobos rzucał nieregularny cień na powierzchnię Marsa – wystarczający, by całkiem komfortowo oglądało się śmierć Słońca. Jednocześnie satelita był na tyle mały, że nie przesłaniał widoku. Dmitrij z zadowoleniem rozstawił sprzęt do pomiarów i aparaturę fotograficzną, po czym przycupnął na ziemi.

Napuchnięta centralna gwiazda układu kotłowała się i pulsowała, wyrzucając w przestrzeń coraz to nowe strzępy rozpalonej plazmy. I chociaż w przestrzeni kosmicznej nie rozchodził się dźwięk, Dmitrij niemal słyszał te potężne eksplozje, które rozdzierały niebo nad macierzystą planetą człowieka, nad Ziemią.

– Co to, do stu… – zaczął nagle Wei, szarpiąc Rosjanina za ramię. Gdy ten odwrócił się we wskazanym kierunku, zobaczył tylko ognisty ogon czegoś, co mogło być konającą w atmosferze Marsa asteroidą albo jakimś kosmicznym śmieciem, który rozbił się o powierzchnię. Coś takiego jednak nie tłumaczyło nerwów Chińczyka.

– O co ci chodzi? – zdziwił się Dmitrij, marszcząc czoło.

– Widziałeś to? – gorączkował się Wei.

– Meteoryt? Nie rozumiem…

– Ślepy jesteś?! – Chińczyk zamachał gwałtownie rękami, ale wobec nieznalezienia stosownych do sytuacji gestów, znieruchomiał ze wzrokiem wbitym w punkt, gdzie rozbił się o powierzchnię Marsa tajemniczy obiekt. – Widziałeś, skąd to przyleciało? – szepnął tak, że Dmitrij ledwie go dosłyszał.

– Nie. Patrzyłem na Ziemię.

– No właśnie! A to przyleciało z Fobosa!

– Co z tego? – Rosjanin wzruszył ramionami obojętnie.

– A on pyta, co z tego…! Naprawdę, sama Alfa Centauri mogłaby wylądować ci na głowie, a ty niczego byś nie zauważył. Coś wystartowało na Fobosie i wylądowało tutaj. Na kilkadziesiąt minut przed eksplozją Słońca. Nie widzisz tego?

– Czego?

– To coś wie, że gwiazda umiera. I wie, że ono na Fobosie lada moment też umrze. Więc szuka drogi ucieczki!

– Tjaa… – Dmitrij podrapał się po zarośniętym policzku. – Albo to kawałek skały, która oderwała się od Fobosa pod wpływem temperatury.

– Założymy się? – zaproponował Wei.

– Zawsze – odparł z determinacją Rosjanin, wyciągając dłoń.

Porzuciwszy prowizoryczny obóz z rozstawioną aparaturą, mężczyźni skierowali łazik ku miejscu, gdzie – jak przypuszczali – wylądował tajemniczy obiekt. W blasku kipiącego Słońca wszystko wyglądało jak wyrzeźbione w rozpalonej lawie. Dmitrij musiał przyznać przed samym sobą, że robiło to na nim ogromne wrażenie – takiego efektu z całą pewnością nie uświadczyłby, gdyby został na Enceladusie. Uśmiechnął się do własnych myśli, przenosząc wzrok z gwiazdy na powierzchnię Marsa.

Po chwili z zaskoczeniem stwierdził, że teoria Chińczyka chyba była prawdziwa. Mężczyźni ujrzeli przed sobą gładki obiekt o łezkowatym kształcie, najprawdopodobniej biały, w nieustannych eksplozjach plazmy zaś krwistoczerwony. Leżał bez ruchu, milczący, w rozoranym przez siebie kraterze.

Dopiero podszedłszy bliżej do znaleziska mężczyźni zdołali ocenić, że był wielkości mniej więcej człowieka. Czując, że odkrywają coś niesamowitego, przyjaciele kucnęli przy przedmiocie i jęli uważnie oglądać go ze wszystkich stron w poszukiwaniu spojeń zdradzających właz.

– To jest pojazd czy już… no wiesz? Sedno? – szepnął w końcu Dmitrij i stuknął paznokciem w obiekt.

Fontanna ognia na moment rozświetliła niebo. Obserwatorzy na tarasie widokowym zmrużyli oczy i przenieśli wzrok na ekrany, gdzie mogli oglądać cały proces w niewielkim przyciemnieniu. Napęczniała do granic możliwości gwiazda zapadła się nagle, uwalniając do przestrzeni kosmicznej całą swoją energię. Na tle sunącego do zewnętrznej granicy Układu Słonecznego płomienistego pierścienia Ziemia, kolebka człowieka, obracała się wniwecz, przed śmiercią wydając niemy skowyt w postaci nagłej eksplozji jądra.

Cały spektakl nie trwał długo – jednak wystarczająco, by Dmitrij i Wei zostali wypatroszeni przez larwę, która przedwcześnie wykluła się z jaja. Stworzenie następnie umościło się w ciele Rosjanina i postawiło go na nogi, czyniąc zeń pojazd, za pomocą którego wyrwie się z wewnętrznego pierścienia planet Układu Słonecznego – ginącego pierścienia, który niebawem przestanie istnieć.

Miną eony, nim ktoś dotrze na Enceladusa i odnajdzie tam zdeformowane ludzkie szczątki, wydrążone w środku, gdzie rezydowali tajemniczy uciekinierzy. Przyszli badacze stwierdzą, że trafili do kolonii, gdzie przebywały ciężarne samice, izolowane dla bezpieczeństwa płodów.

Odkrycie to rzuci zupełnie nowe światło na dział zoologii zajmujący się humanoidami.