Niedorzeczni

Ocena: 
5
Average: 5 (1 vote)

Dźwięk budzika w ciemności, po chwili ktoś zapalił światło. Kobieca ręka odrzuciła kołdrę, spod której wystawały dwie pary chudych nóg. Badała blat w poszukiwaniu zegarka – przewrócił się i potoczył po podłodze z drażniącym uszy brzęczeniem. Dziewczyna wygrzebała się z pościeli i zapaliła stojącą obok łóżka lampkę. Energooszczędna żarówka oświetliła ich blade twarze.

– Piąta, kurwa, godzina! Po co nastawiasz tak wcześnie, Anka? – odezwał się chłopak.

– Ktoś musi pracować, nie? – odburknęła.– Jakie pracować? W pizzerii zaczynasz robotę o ósmej! – denerwował się.

– Trzy godziny będziesz, kurwa, jechać?

– Rafał, wiesz że ostatnio się spóźniłam! – tłumaczyła się. – Boję się, że znów mnie złapią te kurcze! Nie robisz, to możesz mi choć nogi rozmasować!

– Noż kurwa! Nogi jej teraz masować!

– Co, nie pamiętasz jak było wczoraj? Przez dwie godziny nie dałam rady wstać z łóżka!

– To idź do lekarza! Może ci rentę dadzą, to będziemy razem, kurwa, siedzieć – skwitował, rechocząc z udanego dowcipu.

– Yhm, ty też przecież jesteś chory. Przez wódkę – rzuciła mu w złości.

Ja nie wiem, kurwa, że przez picie?!

– To się ze mnie nie śmiej! Może to coś poważnego…

– To czego lekarza nie zapytasz? – Zapalił papierosa i poczęstował dziewczynę.

– Zapytam! – Ania wyciągnęła szczupłe nogi i patrzyła na nie z obawą. Palili, siedząc na łóżku. Po chwili Rafał wstał i wyszedł z pokoju.

 

 

*

 

W części pizzerii niewidocznej dla klientów znajdowały sięduży piec, garowniki, w których rosło ciasto, duży mieszalnik oraz stoły do wyrabiania placków. Ubrana w fartuch oraz czapeczkę Ania stała przy stanowisku, gdzie stały naczynia z dodatkami: grzybami, salami, cebulą i serami. Młody chłopak szybko przygotowywał pizze. Rozklepywał wyrośnięte placki, smarował masą pomidorową i układał na wierzchu dodatki. Gotowe stawiał na ruchomej taśmie pieca, a po kilku minutach wysuwały się z drugiej strony. W pewnym momencie Ania spojrzała na zegarek i skierowała się w stronę pozbawionej okien klitki, pokoiku szefowej. Ładna, młoda pani manager, bardzo dobrze ubrana dziewczyna, pisała coś na komputerze.

– Przepraszam, że musiałaś czekać! – rzuciła pierwsza.

– Nie szkodzi.

– Chciałam porozmawiać o spóźnieniach, to już czwarty raz w tym tygodniu. Co się dzieje? – spytała.

To, że mam kłopoty ze zdrowiem – odpowiedziała Ania.

– O, naprawdę? A jakie?

– Może nie będę mogła pracować w pizzerii, bo tu muszę dźwigać – rzekła dziewczyna.

– Chorujesz na kręgosłup?

– Rano mam takie kurcze nóg, że nie mogę wstać z łóżka. Byłam u lekarza, powiedział: „Przykro mi, ale grozi pani paraliż całego ciała!”

– A co to za choroba? – zainteresowała się managerka.

– Będą wiedzieć za cztery tygodnie.

– Przyjdź, jak tylko czegoś się dowiesz! Skończyłaś już na dzisiaj, prawda?

Ania skierowała się do przebieralni, gdzie stały zamknięte na kłódki szafy. Zdjęła fartuch i czapeczkę, zmieniła obuwie i wyszła z restauracji. Przebiegła przez ulicę i popędziła w stronę przystanku, na którym stała jej koleżanka ze zmiany.

– O mało nie uciekł mi autobus! – Zdyszana przysiadła na  ławce. – O tej porze trzeba pół godziny czekać na następny.

– Zdaje się, że podjeżdża – stwierdziła tamta dość obojętnie.

Wsiadły do autobusu, znajoma skasowała bilet i schowała go do portmonetki.

– Kasujesz bilety? – zdziwiła się Ania. – Całe życie jeżdżę bez!

Też parę razy próbowałam, ale zawsze mnie łapali, to się boję.

– Mogłabym wytapetować mieszkanie wezwaniami do zapłaty.

– Myślałam, że może przyjść komornik?

– Ile razy przychodził! Ale jestem zameldowana u rodziców. Jak komornik przychodzi do ich meliny, od razu się odczepia. Ojciec z matką wszystko przepili, nie ma czego zajmować! – oznajmiła z osobliwą dumą Ania.

– Ale już z nimi nie mieszkasz?

– Nie, mieszkam z chłopakiem. Był alkoholikiem, teraz nie pije, ale zdrowie ma zmarnowane.

Koleżanka uniosła brwi i posłała jej przeciągłe spojrzenie.

– Też może pójdę na rentę – dodała po chwili Ania.

– Co? Dlaczego?

Powiedziała jej.

– Znałam kiedyś kobietę, która miała stwardnienie rozsiane – rzekła dziewczyna. – To cię zżera od środka!

Obydwie umilkły.

– Nigdy nie byłam w kinie czy teatrze. Nie widziałam nawet morza – mówiła Ania jakby do siebie.

– Tu w Lublinie nietrudno pójść do kina! – zauważyła koleżanka.

– Nie mogę wybaczyć rodzicom kontynuowała Ania, jak gdyby nie słuchając. – Zmarnowali mi życie!

Dziewczyna nie odpowiedziała, lecz patrzyła na Anię ze współczuciem.

 

*

 

Ania i Rafał przytulali się na łóżku, za oknem słychać było szum padającego deszczu.

– Ale ulewa! – odezwał się Rafał.

Nie odpowiadała; wyjął papierosa i poczęstował dziewczynę. Obejrzała go ze wszystkich stron i zapaliła. Przez chwilę zaciągała się dymem, po czym zaczęła płakać. Rafał objął ją i pogłaskał po głowie.

 

  Deszcz jest jak litość – wszystko zetrze:

  i krew z bojowisk, i człowieka

  i skamieniałe z trwóg powietrze

 

– wyrecytował.

Ania spojrzała na niego ze zdziwieniem.

 

  Odejdą wszyscy ukochani,

  po jednym wszyscy – krzyże niosąc,

  a jeszcze innych deszcz oddali,

  a jeszcze inni w mroku zginą,

  staną za szkłem, co jak ze stali,

  i nie doznani miną, miną.

 

– dokończył prawie szeptem.

 

– To Mickiewicz? – spytała.

– Baczyński – wyjaśnił chłopak. – To w końcu idziesz do roboty? – zapytał.

Otarła oczy i wstała z łóżka.

– A co mam robić? Renty mi jeszcze nie dali! – odparła, wychodząc z pokoju.

Rafał zgasił papierosa i nakrył się kołdrą.

 

*

 

Bronisław Fajka świętował setne urodziny w gronie rodziny i sąsiadów. Stoły ustawiono w podkowę, przykryto obrusami i zastawiono ciastami, napojami, sałatkami i kanapkami. Jubilat, bardzo wysoki starzec, siedział na honorowym miejscu ze swoją sędziwą żoną. Zawzięcie coś opowiadał, a kiedy skończył, podniósł się z krzesła i zwrócił z ukłonem do żony. Tańczyli na środku pokoju wśród gromkich aplauzów. Ania stała w pewnej odległości od pozostałych gości. Była smutna. Przez chwilę nasłuchiwała bijącego o szyby deszczu, po czym otwarła prowadzące na balkon drzwi i wyszła z pomieszczenia. Zapadał zmierzch. Drgnęła lekko, gdy zbliżył się do niej Rafał.

– Co się dzieje? – zapytał.

Milczała. Patrzyli na pogrążające się w ciemności miasteczko.

– Twojej siostry nie widać – zauważył.

Pozwoliła się objąć; uniósł jej brodę i spojrzał badawczo w oczy.

– Doroty? – spytała, odsuwając się lekko. – Sto złotych dziad nie daje, to nie przychodzi ta gwiazda!

Że wnuki biedują, to ma w dupie! Mógłby coś rzucić, nie? – rzekł Rafał z przekąsem.

– Tobie tylko dawać, robić się nie chce!

– Na rencie jestem.

– Ja też chora i pracuję! – stwierdziła Ania.

– Dużo napracujesz.

Wzruszyła ramionami.

 – Jak to szło, ten wiersz o deszczu? – spytała po chwili.

 

  I przejdą deszcze, zetną deszcze,

  jak kosy ciche i bolesne,

  i cień pokryje, cień omyje.

  A tak kochając, walcząc, prosząc

  stanę u źródeł – studni ciemnych,

  w groźnym milczeniu ręce wznosząc,

  jak pies pod pustym biczem głosu.

 

  Nie pokochany, nie zabity,

  nie napełniony, niedorzeczny,

  poczuję deszcz czy płacz serdeczny,

  że wszystko Bogu nadaremno.          

  Zostanę sam. Ja sam i ciemność.

  I tylko krople, deszcze, deszcze

  coraz to cichsze, bezbolesne.

 

– wyrecytował.

– Ładny wiersz, taki smutny! – powiedziała.

– Sam z siebie się nauczyłem – pochwalił się Rafał.

Odsunęła się od niego; stała na drugim końcu balkonu odwrócona plecami, deszcz moczył jej twarz i włosy.

– Musisz o czymś wiedzieć! – zaczęła. – Planowałam się zabić.

Słuchał z pochyloną głową, marszczył brwi, jakby chcąc lepiej zrozumieć.

– Wstałam z łóżka w nocy, wlazłam na parapet i otworzyłam okno! – wyznała.

– Dlaczego? – wyszeptał.

– Żeby się, kurwa, uwolnić! Miałam dość tego wszystkiego – mówiła, pociągając nosem. Wzruszony Rafał otarł łzę grzbietem dłoni.

– Spojrzałam na ciebie, spałeś… Chciałam się pożegnać, ale byś mnie zatrzymywał. I wtedy mi się przypomniała historia dziadka Bronka, zawsze opowiadał o tym, kurwa, Fajki ogierze. – Umilkła na chwilę; łkania wstrząsały jej szczupłym ciałem. – Wszyscy za nim gonili, jakby uciekł, poginęliby z głodu. I wiesz, zrozumiałam, że nie jesteśmy wolni dopóki mamy coś, na czym nam zależy! Dlatego się nie zabiłam.

– Wróciłaś dla mnie? – wyszeptał.

– Tak! Nie chciałam, żebyś cierpiał. Nie mogłam ciebie zostawić!

– Myślałem, że już mnie nie kochasz! – powiedział.– Jesteś jedyny! – powiedziała. – Ty wiesz.

Podszedł do dziewczyny i objął ją ramieniem; przytulali się na balkonie, pogrążeni w ciemnościach, omywani kroplami deszczu.