Almaryk przeklęty

Ocena: 
0
Brak głosów

Mariusz, pisarz fantasy, wrócił z konwentu późnym niedzielnym wieczorem. Zamknął drzwi, rzucił plecak na podłogę, wszedł do łazienki. Odkręcił kurek w umywalce i spojrzał w lustro.

Zobaczył opadające na ramiona włosy, wydatny nos, skórzaną kurtkę (nie zdjął w przedpokoju), koszulkę z logówką metalowego bandu (nie znał). Modelowy przykład pisarza fantasy młodego pokolenia.

Przypomniał sobie lekcje polskiego z liceum. Pomyślał o Gombrowiczu. Wtedy nic nie rozumiał, ale facet miał rację. Wpada człowiek w formę, która go łapie, więzi w jednej pozie i trzyma tak do śmierci. Mariusz w taki sposób, przez jedną głupią decyzję z młodości, został pisarzem fantasy. Zaraz po maturze wysłał opowiadanie do czasopisma. Kalka z Sapkowskiego, fanfik właściwie, w normalnych czasach redaktor poklepałby go po plecach i zachęcił pisania czegoś oryginalnego. Ale opowiadanie poszło do druku. Spodobało się, bo w miesiąc później na skrzynkę przyszedł  mail od wydawnictwa z pytaniem, czy nie napisałby powieści. Z początku praca szła opornie, ale od trzeciego tomu z kolejnymi wyrabiał się co roku i w ten sposób po dziesięciu latach miał opublikowane osiem części cyklu.

Umył twarz i ręce, spłukał mydliny, które na chwilę przed wpadnięciem do odpływu ułożyły się w znajomy kształt. Tak wyglądała mapa Wschodniego Cesarstwa, która miała trafić na wyklejkę wydania w twardej okładce. Bronił się przed tym, mapa w książce fantasy zakrawa na pastisz, ponury żart z Tolkiena, albo podręcznik RPG (co na jedno wychodzi), ale wydawnictwo nalegało. Takie zasady rządzą rynkiem. Wspomnienie mapki przypomniało mu, że przez konwent opóźnił się z robotą. Ma jakieś trzydzieści stron do napisania. Poszedł do kuchni, wrzucił mrożonkę do mikrofali i rozłożył się na stole z laptopem.

Akcja urywała się, gdy Almaryk przyjeżdżał na dwór swojego wuja, króla. Z konspektu wynikało, że miał dwór wyciąć w pień. Bez szczególnego powodu, po prostu Almaryk był przeklęty (nawet cykl się tak nazywał – Almaryk przeklęty) i mroczny jak wiadro węgla, o czym należało czytelnikowi przypominać. Zwykle wystarczał klimatyczny tytuł w rodzaju „Cena goryczy” (Zajdel 2013 za opowiadanie) albo scena, w której Almarykowi włosy powiewały na wietrze. To drugie wymyślił grafik, tłumacząc że długie włosy nie mieszczą się wprawdzie pod hełmem, ale –  odpowiednio rozwiewane – przydają okładce epickości.

Niemniej tytuły oraz ilustracje nie wystarczają i co kilkaset stron trzeba wprowadzić almarykowe przeklęstwo w czyn. W poprzednim tomie zadusił żonę w noc poślubną, krzycząc przy tym, że zabił, bo jest przeklęty. Po przebiciu wuja mieczem krzyknie w niebo, gdzie jest teraz Bóg. Gimnazjaliści kochają takie klimaty, katecheci znowu będą się wić pod gradem niewygodnych pytań.

Ledwo postawiwszy pierwsze litery nowego rozdziału poczuł, że przecież on tego nienawidzi.

Nienawidzi Almaryka, o którym pisze już wyłącznie dla kasy. Nienawidzi słownictwa, którego używa. Nienawidzi alkierzy, alków (nawet niektóre jest które, a przecież nabił już osiem cegieł o tym), trunków, jadła, giezeł, dziewek, oręży, miodów pitnych, grodziszcz, siedliszcz, robienia rzeczy rychło, mówienia „rzyć” na tyłek, zydli, liczenia długości w milach, stopach, sążniach i węzach. Nienawidzi Celtów i celtomaniaków. Bogini Matki, Rogatego Boga, Peruna, Swarożyca, a zwłaszcza Lokiego.  Szlag go trafia na samą myśl, że ma z tym tałatajstwem cokolwiek wspólnego.

Dla uspokojenia zamknął oczy. Wyobraził sobie coś pięknego. Czarną pustkę kosmosu z planetami zawieszonymi w odstępach setek milionów kilometrów. Statki sunące przez próżnię atomowym ciągiem. Rudy metali z księżyców Jowisza lecące na Ziemię, szczepy zmodyfikowanych roślin lecących z Ziemi na Marsa, żeby być uprawiane w hydroponicznych plantacjach. Hektary baterii słonecznych zawieszonych w punktach libracyjnych w całym Układzie Słonecznym. I najpiękniejsze ze statków: wielkie transportowce wiozące tysiące osadników w pogrążonych w anabiotycznym śnie do planet Syriusza, Procjona, Gwiazdy Barnarda. O tym marzyć, o tym pisać!

Ale wizja prysła, gdy przypomniał sobie konwent. Spotkał się z kolegą po piórze, pracownikiem naukowym piszącym SF żeby podreperować domowy budżet (jakby zero plus zero dawały dochód). Tłumaczył Mariuszowi, że nie będzie kolonizacji Marsa, wydobycia ciekłych węglowodorów z jezior Tytana, ani podświetlnych misji do sąsiednich systemów gwiezdnych. To się nie opłaca, a co się opłaca, lepiej i bezpieczniej zrobią automaty. Granica jest gdzie indziej, mówił, podając za przykład jakąś nową powieść, w której bohaterowie przesyłali się siecią szerokopasmową do routera kosmitów, gdzie nawiązali kontakt z obcymi inteligentnymi mechanizmami finansowymi.

Mariusz pomyślał, że nie miałby odwagi napisać powieść, w której jego konto bankowe postawiłoby swoją stopę procentową na powierzchni Księżyca. Nic dziwnego, że nikt nie czyta SF. A skoro już pomyślał o koncie, wrócił do pisania:

„Almaryk szedł na spotkanie ze swym przeznaczeniem…”