Prawda

I.

Mój przyjaciel poszukiwał Prawdy.

I to nie byle jakiej. Mierzył wysoko. Prawdy z ludzkich ust spływające, dające się łączyć za pomocą koniunkcji, alternatywy, implikacji i równoważności nie obchodziły go zanadto. Nie o prawdę rozumianą jako atrybut zdań czynionych prawdziwymi przez różnego rodzaju fakty, chodziło mu w poszukiwaniach.

Mój przyjaciel poszukiwał Prawdy w różnych miejscach i czasach. Na morzu i w powietrzu. W ziemskiej atmosferze i poza nią, w kosmosie. Pod ziemską skorupą i na jej powierzchni. W przeszłości i przyszłości. W zwodniczym teraz. W miejscach oczywistych i dziwacznych. W świątyniach, akademiach i laboratoriach. W domowym zaciszu, z księgą w dłoni, i w bitewnym zgiełku, uderzając szablą na odlew. Podczas upojnej nocy z niewiastą, w zakamarkach jej spoconego ciała. Abordażując z piracką hordą kupiecką kogę. Polując z bazooką na dinozaury i uciekając ulicami Innsmouth przed kabłąkowatymi potomkami Marshów. Bez opamiętania, do utraty tchu, do omdlenia, jak szaleniec. W Shangri La, w Eldorado, wśród cyklopich bloków kamienia, z których zbudowano zatopione R'lyeh, w Zaginionym Świecie, na brzegach Atlantydy. Robiąc wiele różnych, mniej lub bardziej niezwykłych rzeczy.

Jerozolima, Mekka, ulice Filadelfii, ruiny azteckich świątyń, egipskie piramidy, babilońskie zigguraty, autostrady Los Angeles, krakowska starówka. Szukał dokładnie, ale Prawdy tam nie znalazł.

Spotykaliśmy się rzadko. Na ogół u mnie. Odpowiadała mu wiejska okolica, w której mieszkałem. Przesiadywaliśmy w ogrodzie, w cieniu jabłoni, i sączyliśmy kawę. Jasny, słoneczny dzień, śpiew ptaków, dające ukojenie milczenie wyludnionej okolicy. Powiadał, że tylko tutaj, w cieniu mej letniej rezydencji, przenikający jego życie imperatyw poszukiwania Prawdy ucina sobie drzemkę.

Mój przyjaciel, Mieszko.

Powiadał, że szuka Odpowiedzi na Pytanie. Oto, czym, jego zdaniem, miała być Prawda. Odpowiedzią na Pytanie. Nie byle jaką odpowiedzią. Bo właściwą na najważniejsze pytanie. Pytanie pytań. Nie usłyszałem od niego treści Pytania. Powiedział, że gdyby ją komukolwiek wyjawił, zdradziłby samego siebie, a wtedy mógłby zrobić tylko jedno: odebrać sobie życie. Przestałem więc naciskać. Zadowoliłem się opowieściami o tych wszystkich oczywistych i dziwacznych miejscach, w których poszukiwał Prawdy.

Mieszko rozkładał nogi w mieście Erech, ku chwale bogini Ishtar. Był ascetą – gdzieś w XIII wieku. Z Leibnizem głowił się nad tajemnicami chińskiego pisma. Ale Prawdy nie odnalazł ani w meandrach seksualnej rozkoszy, ani w człowieku ukrzyżowanym za grzechy ludzkości, ani w ideogramach.

Muszę przyznać, że drań z gracją retora poruszał się wśród wspomnień przysypanych kurzem bezpowrotnie minionych stuleci. Zapytałem go pewnego razu, skąd ma pewność, że nie przeoczył czegoś istotnego.

– Wiesz – odparł, wodząc wzrokiem za moją rudowłosą nałożnicą, przechadzającą się po ogrodzie – przez cały ten czas brałem to pod uwagę. I nadal biorę. Zdaję sobie sprawę z tego, że może być tak, iż tutaj, na tej zapadłej planecie, w ogóle w żadnym zakątku Drogi Mlecznej, nie ma Prawdy, że, mówiąc najprościej, znajduje się Ona niewyobrażalnie daleko stąd, w miejscu, do którego nie dotrze nigdy żaden człowiek. I cóż mam począć z tym fantem? Nic. Ta myśl jest jak sceptycka hipoteza. Kusząca, wiarygodna i nie do obalenia na podyktowanych przez sceptyka warunkach. Dlaczego zatem miałbym się nią przejmować?

– Frapujące porównanie – zauważyłem.

Uśmiechnął się szeroko.

– Tak to już jest ze sceptycyzmem. Prawdziwy lub fałszywy, wszystko jedno, i tak go nie obalisz, grając według zaproponowanych przez sceptyka reguł gry. Dlatego jedynym rozsądnym posunięciem jest zakwestionowanie tych ostatnich. Niczego nie stracisz, a możesz zyskać. To samo myślę o poszukiwaniu Prawdy.

– Wypijmy więc za Jej zdrowie.

Rudowłose dziewczę zatrzymało się nad stawem, zsunęło z bladych, pożyłkowanych ramion satynowy szlafrok i wskoczyło do wody.

II.

Za podszytą ironią zemstę losu należy uznać fakt, Mieszko zginął w sposób tak prozaiczny, że aż trudno dać wiarę temu, jak.

Poślizgnął się na posadzce przy basenie i upadł tak, że skręcił sobie kark.

O jego śmierci dowiedzieliśmy się z gazety – z działu z nekrologami. Gazetę przyniosła mi Aimee. Tym razem była brunetką o ciemnooliwkowej skórze. Dość rzec, że znała się na kołysaniu piersiami. I na milionie innych rzeczy, z których skwapliwie korzystałem. Mieszko nigdy nie zauważył, że od kilkudziesięciu lat żyję z jedną i tą samą kobietą. Sądził, że często zmieniam partnerki. A to Aimee zmieniała się na moje życzenie.

Tamtego dnia usiadła mi na kolanach i wskazała nekrolog informujący o tragicznej śmierci lokalnego biznesmena, filantropa i muzealnika. Potem zwróciła moją uwagę na obszerny artykuł poświęcony zapowiedzianemu na wrzesień uruchomieniu LHC w CERN pod Genewą.

– Damy im tę cząsteczkę? – zapytała, kładąc ręce na moich ramionach.

Podumałem przez chwilę, czując jej usta na prawym policzku, a następnie odwzajemniłem pocałunek.

– Już wiesz, co masz zrobić – powiedziałem.

Aimee się uśmiechnęła. I to było cudowne. Prawda uśmiechająca się do człowieka.

Przy całym swym oddaniu dla poszukiwania Odpowiedzi na Pytanie, Mieszko ani razu nie wychwycił w moim głosie przyjacielskiej sugestii, gdy pytałem go, skąd ma pewność, że nie przegapił czegoś istotnego.