Chcę żyć

Ocena: 
0
Brak głosów

„Słońce zaszło, ale ja mam światło” – te słowa znajdą się na moim grobie. Nie chcę żyć, tak naprawdę umarłem dwie dekady temu, pewnego listopadowego wieczora, o którym rozmyślam od dwudziestu lat. Przypuszczam, że najlepiej będzie wyjaśnić, że jesienią 1993 roku byłem homoseksualistą, który uciekł od rodziców prowadzących gospodarstwo ogrodnicze, aby puszczać się na dworcu za działkę!

Dzień, o którym chcę wspomnieć, zastał mnie na peronie w towarzystwie kilkunastu innych osób, które moknąc i marznąc na stacji, czekały na pociąg pospieszny. Grube, zimne krople śniegu pomieszanego z deszczem zacinały bezlitośnie w posiniałe twarze, a lodowaty wiatr wdzierał się pod kurtki, płaszcze oraz kożuchy podróżnych. Trzęsący się z zimna narkoman, trzymający w zgrabiałych dłoniach brudną torbę podróżną, nie przedstawiał sobą zbyt pociągającego widoku. Tamtego dnia umówiłem się z człowiekiem, który, jak to się coraz częściej zdarzało, nie przyszedł. Czułem okropny zawód. Z odrętwienia wyrwało mnie czyjeś spojrzenie – w moim kierunku zbliżała się wysoka, korpulentna kobieta, która nie kurczyła się z zimna i nie przytupywała w miejscu jak wszyscy.

Chociaż nie znałem jej ani nie spotkałem nigdy wcześniej, doskonale wiedziałem, że właśnie mnie wybrała z grona innych podróżnych. Ta świadomość wzbudziła pewien niepokój. W zamierzchłych czasach „obrabiałem” klientów, bałem się, że moja działalność przyciągnęła uwagę policji. Aby zniechęcić grubaskę do niestosownych zaczepek, spuściłem wzrok i patrzyłem na czubki spękanych, czarnych butów. Tymczasem  nieznajoma zbliżała się – splunęła mi prosto w twarz, nie zatrzymując się niemal, po czym ruszyła dalej. Zdrętwiałem ze zgrozy. Po chwili osłupienia rozejrzałem się wokół, nie ocierając nawet policzków. Podróżni jak gdyby nic nie zauważyli.

„Może mi się zdawało?” – pomyślałem, nie wiedząc, co robić. – „Nie, jeszcze widać jej plecy! Dlaczego właśnie mnie opluła? To jasne – wyglądam jak ćpun i żebrak. Wiedziała, że nic nie zrobię!”.

  Mimo że doświadczyłem na dworcu wiele upokorzeń, ta zniewaga wyjątkowo mnie ubodła. Nawet dziś, po tylu latach, przypominam sobie z przykrością, jak wstrząśnięty wsiadłem do pociągu i znalazłem przedział, którego nikt nie wybrał, powiesiłem płaszcz i usiadłem w kąciku. I wiecie co? Po krótkiej chwili usłyszałem mrożący krew w żyłach głos. Wysoka grubaska jak gdyby nigdy nic zajęła miejsce naprzeciwko.

– Płaczesz, że klient nie przyszedł?    

– Odpierdol się wreszcie! – powiedziałem.

–  Siadaj! – rozkazała. – Oplułam cię, wielkie rzeczy! Bywało gorzej, prawda, panie ćpunie?

Przyznaję, że mnie zamurowało. Przyjrzałem się bliżej przeciwnikowi – okrągła twarz pod makijażem była gębą przebranego mężczyzny.

– Pieprz się, porąbany kutasie! powiedziałem z pewnym wahaniem.

Miałem ochotę przerwać rozmowę choćby przez opuszczenie przedziału, powstrzymała mnie jednak ciekawość. Ponadto czułem okropny zawód: klient, na którego tak liczyłem, już prawie na pewno nie przyjdzie. A Laska – znajomy diler – kredytować mi nie będzie. Grubas sprawiał wrażenie, jakby słuchał moich myśli.

– Gryzłeś się, że nie masz na działkę! – powiedział w pewnym momencie. – Za parę godzin cię skręci.

Nawet dziś, od dwudziestu lat czysty facet, kurczę się na wspomnienie fizycznego bólu, o którym wspominał.

– Pieeeprz siiiię! – odpowiedziałem stanowczo, przeciągając wyrazy. – Ty popierdolony transwestyto!

– Przynajmniej transwestyta – oznajmił po chwili. – Chce oko na tobie zawiesić.

Doszło do krótkiej szarpaniny. Korpulentna postać zatarasowała mi przejście tak skutecznie, że nie udało się opuścić przedziału.

– Co to, kurwa, ma być? – zapytałem. Byłem bardziej zmęczony niż zdenerwowany, zresztą grubas tak samo. Makijaż pokryły kropelki potu, buty go wyraźnie cisnęły.

– Zostań, co ci zależy? – wyszeptał gruby. – Przecież cię przeprosiłem. Zresztą pociąg już rusza, mamy godzinę rozmowy! – właściciel jasnej peruki wysunął obolałe stopy z czarnych damskich pantofli. Różowy palec przebił elastyczne pończochy i wyglądał stamtąd, jak gdyby zdziwiony.  

Pomimo upływu lat, wspomnienia nie straciły nic ze swojej świeżości. Jest to tym bardziej dziwne, że wówczas byłem non-stop na różnych prochach. Doskonale pamiętam, jak wsuwa z powrotem stopy do przyciasnych butów, słyszę niemal zadane mu wówczas pytanie:

– Czego chcesz ode mnie?

I przypominam sobie odpowiedź przygodnego rozmówcy:

– Chcę, żebyś mnie zabił! Dobrze ci zapłacę, jak mnie zajebiesz siekierą.

Był to właściwy początek rozmowy. Uderzył mnie wyraz twarzy sąsiada, dziwny błysk niebieskich oczu. Ale wiecie co? Zrozumiałem, że być może trafia mi się zastępcza okazja! Czegóż nie robi się dla pieniędzy? Od miesięcy dogadzałem mężczyznom, których nie obchodziło, że jestem chory, że śmierdzę, bylebym tylko miał otwór, żeby… Ale do czasu, postępujące wyniszczenie zaczynało odstraszać co lepszych gości. Biednemu ćpunowi pozostawało coraz częściej czekać na klienta, który się nie zjawiał. Nie mogłem więc ot, tak odprawić natrętnego dziwoląga, który oferował konkretną sumę pieniędzy.

 

*

                                                  

Kiedy zbliżyłem się do wskazanych drzwi, ku swojemu zdziwieniu zauważyłem, że zostały uchylone na zaledwie wąską szparkę – a przecież spodziewał się mnie, sam zaprosił! Tymczasem dwoje dzikich, jasnoniebieskich oczu bardzo podejrzliwie patrzyło z ciemnego korytarzyka. Przestraszyłem się i zaniepokoiłem. Jak mogłem zaufać tak nieprzewidywalnej osobie? Nieufność grubasa zaskoczyła mnie, zmieszała. Przyszło mi na myśl, że popełniłem poważny błąd. Obawiając się, że nieznajomy pożałuje decyzji, kiedy zobaczy ćpuna z siekierą i narobi krzyku, który ściągnie na mnie kłopoty, odwróciłem się i zacząłem zbiegać po schodach. On tymczasem puścił klamkę, popchnął drzwi tak, że otwarły się na całą szerokość i syknął:

– Hej! Co wyprawiasz?

Zatrzymałem się, chociaż zdążyłem dopaść półpiętra, zawahałem i odwróciłem. Grubas kiwnięciem pulchnej ręki zapraszał do wejścia.

„Jeszcze tego pożałuję!” – pomyślałem, macając siekierę ukrytą za pazuchą.

Dwa susy długich nóg wystarczyły, by znaleźć się na powrót przy otwartych drzwiach. Starał się sprawiać wrażenie, że nie przyszło mu na myśl zamknąć się przede mną i siekierą, jednak zatarasował sobą wejście. Bez ceregieli pchnąłem go, wpychając się do środka mieszkania. Grubas udał, że zadrżał z przestrachu, wyglądał jednak na zadowolonego. Wówczas ogarnęło mnie obrzydzenie.

– Dobry wieczór – szepnąłem, przezwyciężając odrazę.

Zamknął drzwi na zatrzask. Musiałem być zdezorientowany, bo dopiero teraz zauważyłem, że znów przebrał się za kobietę, napudrował tłustą twarz, pomazał usta szminką.

– Kim pan jest? Co pan chce? – zaczął się wygłupiać.

– Pani mnie nie zna – podjąłem zabawę, szczerząc się jak on. – Zaraz rozjebię pani łeb siekierą!

Wlepił we mnie oczy. Minęła dobra chwila, spuściłem wzrok pod ironicznym spojrzeniem. Patrzył bez słowa, bawiąc się moim kosztem. Ogarnął mnie lęk.

– Czemu pa…ni tak… patrzy na mnie? – odezwałem się w końcu.

Uśmiechnął się.

– A, tak sobie. Co tam masz? – zapytał, zerkając na płaszcz z ciekawością.

– Siekiera, chce pani obejrzeć? – odpowiedziałem z pewną ulgą.

Odwrócił się bez słowa i zniknął w pobliskiej kuchni.

– Zaraz przyniosę pieniądze – rzucił przez ramię.

Mieszkanie składało się z dwóch pokoi. Do jednego prowadziły oszklone drzwi, wejście drugiego przesłonięte było czymś w rodzaju pluszowej kotary. Na wprost znajdowała się mała kuchenka, białe drzwi na prawo prowadziły do łazienki. Poczyniłem przygotowania, rozpiąłem ubranie i wyjąłem siekierę. Właśnie ważyłem w ręku ciężar, gdy z sąsiedniego pomieszczenia wyszedł transwestyta, odziany w rodzaj skórzanego płaszcza z rozcięciem aż do tyłka.

– Może przeliczysz? – położył na blacie dość gruby plik banknotów, po czym jednym, niecierpliwym ruchem ramion zsunął czarny płaszcz.

Ku mojemu zdziwieniu miał na sobie tylko rodzaj osobliwej, skórzanej uprzęży, która zasłaniała co prawda genitalia, ukazywała jednak światu grube i białe pośladki. Zrobiło mi się słabo, uświadomiłem sobie skrajność poleconego zadania. Grubas ułatwił mi robotę – kręcąc białym tyłkiem pomaszerował do pobliskiej kuchni i stanął przodem do okna. Przeżegnałem się w myślach. Moje chude jak patyki ręce osłabły, obawiałem się, że uderzę zbyt słabo, że będę musiał poprawiać. Zanim mnie potępicie, proszę pamiętać, że w momencie przestępstwa nie miałem jeszcze szesnastu lat, a poprzednie miesiące spędziłem wykonując najdziwniejsze zachcianki… Jakie to ma znaczenie? To mnie nie usprawiedliwia.

Ścisnąłem siekierę oburącz, wpatrując się jak urzeczony w białe, pokryte brodawkami plecy i tłusty kark. Postanowiłem nie zastanawiać się nad tym, co robię: każda minuta – czułem to – osłabiała wolę wykonania wyroku. Uniosłem siekierę i z rozmachem uderzyłem grubasa w głowę. Nosił perukę; to, co wziąłem za pofarbowane na biało loki, było sztucznym skalpem, który zsunął się z krągłej czaszki. Jego własne włosy były ciemne i gęste niczym szczotka. Krzyknął i osunął się na ziemię. Ponieważ było oczywiste, że jeszcze żyje, zdzieliłem go kilka razy – ze zmiażdżonej czaszki trysnęła fontanna krwi. Dopiero wtedy odłożyłem siekierę i cofnąłem się nieco, patrzyłem na ofiarę przez latające przed oczami plamy. Najwyraźniej już nie żył.

Przysiadłem na chwilę na stołku, po czym wyszedłem do sąsiedniego pokoju, zabierając ze sobą siekierę. W miseczce stały solone orzeszki, zjadłem je co do jednego, nie myśląc o tym, co robię. Moje rękawice, ubranie ani siekiera nie były umazane krwią. Wróciwszy do kuchni, położyłem narzędzie zbrodni obok trupa i sięgnąłem po rondelek z wodą. Wypiłem do ostatniej kropli – dręczące ciemne plamy zniknęły mi sprzed oczu, czułem się całkiem przytomny, nie mogłem jednak oprzeć się wrażeniu, że grubas jeszcze żyje. Stanąłem nawet nad nim w pozycji gotowej do oddania kolejnych razów, ale zamiast uderzyć, wzruszyłem tylko ramionami i odrzuciłem siekierę na bok.

  Kiedy o tym myślę, wydaje mi się dziwne, że nie spieszyłem się z opuszczeniem mieszkania. Zamiast zabrać pieniądze i ulotnić się, zanim ktoś nadejdzie i napytam sobie biedy, kręciłem się po pokojach, nie myśląc o oczywistym niebezpieczeństwie. Nie wiem, jak długo to trwało. Przypuszczam, że od dokonanego zabójstwa minęła dobra godzina, a ja siedziałem w najlepsze w łazience i gapiłem się na siekierę. Dziwiło mnie, że nie ma na niej śladów krwi, sądziłem, że powinienem dokładnie ją umyć, myślałem całkiem serio, że i ja powinienem się nieco oczyścić, przetrzeć kurtkę mokrą gąbką itd. Dumając o takich rzeczach, nie zauważyłem, że do mieszkania weszła jakaś osoba. Ktoś otworzył drzwi i jak gdyby nigdy nic kręcił się po korytarzyku.

  Jak wcześniej wspomniałem, na korytarz wychodziły drzwi do łazienki oraz dwóch pokojów. Zamknięty w ciasnym kiblu, nie mogłem wyskoczyć niezauważony. Jednakowoż drzwi do kuchni, w której leżało ciało grubasa, były szczęśliwie dla mnie zamknięte – osoba, która weszła do mieszkania, nie mogła więc widzieć trupa. Uratował mnie fakt, że nieznajomy tam nie wszedł. Podczas kilku minut, gdy ważyły się moje losy, siedziałem na brzeżku wanny, ściskając w ręku siekierę (kto wie, być może użyłbym jej po raz drugi, gdyby sprawy nie potoczyły się po mojej myśli). Wiedząc, że znajomy grubasa nie odkrył jeszcze śladów zbrodni, wybiegłem z łazienki na korytarz (drzwi nie były zaryglowane) i na schody, los dał mi szansę, byłem naprawdę wolny…                                

                                     

*

 

 

  Kiedy miałem około czternastu lat, dokonałem odkrycia, jakie zdarza się niektórym ludziom – zrozumiałem, że jestem inny. Nie próbujcie pojąć, jeśli nie posmakowaliście tego uczucia (tym, którzy je znają, nie muszę niczego tłumaczyć). W moim przypadku przeklęta inność sprowadzała się do zainteresowania chłopakami. Nieszczęśliwi rodzice – myślałem wówczas – wolę umrzeć niż narobić im wstydu! Panicznie unikałem znajomości z homoseksualistami, próbowałem zbliżyć się do jakiejś dziewczyny. Nie starczyło mi jednak odwagi i w końcu doznałem załamania nerwowego. Słyszałem głosy ludzi, zdawało się, że wszystko o mnie wiedzą! Zacząłem kryć się przed rówieśnikami, sąsiadami, a nawet krewniakami, nie mogąc znieść myśli, że znają moją tajemnicę. Miałem świadomość odkrycia własnych myśli. Broniłem się na swój sposób, umysł rozszczepił się jakby, tworząc dwie dziwaczne osobowości. Żałosnego świra i opiekuna... czy raczej strażnika.

Dawniej (w dzieciństwie) byłem bardzo ambitny, marzyłem, że coś osiągnę. Wiele lat potem wiedziałem, że to niemożliwe, i już nie pragnąłem niczego. Leczyłem się u psychiatry, przepisywane lekarstwa zagłuszały lęki, lecz całkiem mnie otumaniały. Skończyło się na tym, że w wieku piętnastu lat byłem obawiającym się ludzi i świata, zrezygnowanym manekinem, który w sekrecie gromadził psychotropowe pigułki. Chciałem się otruć, popijając to alkoholem, po namyśle jednak spuściłem spory stosik razem z wodą i w tajemnicy przed rodzicami wyjechałem do Warszawy.

Tak, wylądowałem na Dworcu Centralnym. Całą rozpaczą kroczącego w ciemności rzuciłem się w objęcia prochów i zgodziłem na prostytucję. Narkotyki okazały się lepsze od psychotropów na wyciszenie głosów, a płatny seks wyleczył mnie z lęków. W osobliwy sposób pozwolił być sobą, nadal jednak nienawidziłem siebie i chciałem umrzeć. Unikałem radykalnych środków, jak ułożenie się na zimnych szynach ciemnawego dworca i pociągów, kuszących mnie swoim dudnieniem. Dlaczego miałem kończyć życie, ja, który nigdy nie żyłem? Nie umarłem, widać jednak ktoś musiał. Takie jest moje zdanie – śmierć transwestyty przywróciła mnie życiu. Nie zabiłem go dla pieniędzy, nigdy ich nawet nie tknąłem. On wiedział, dlatego tak celnie mnie wybrał – chciałem ze sobą skończyć, a on się za mnie poświęcił. Ocalił nienawidzącego siebie, godząc się zamiast niego zniknąć. Rzeczywiście mi pomógł. Było tak, jakbym umarł, a na moje miejsce… Nie potrzebowałem narkotyków, aby znosić kolejny dzień. Żyłem. Tak, byłem szczęśliwy.

Przez szereg lat chciałem coś poczuć, dotknąć powierzchni ziemi. Nie byłem sam: dzieliłem wszystko z wyznawcami mocnych wrażeń. Znali historię grubasa, fascynowało ich tamto morderstwo. Nie wystarczało im opowiadanie, chcieli, żebym pokazał. Pozwoliłem się wyzwać, bo byli moimi braćmi, dziećmi i uczniami. Podniecało nas przekraczanie granic, wiedziałem, że byli mi wdzięczni. Zorganizowali wszystko, ja miałem tylko zabić. Staliśmy nad nieszczęsną ofiarą ucharakteryzowani jak na filmie. W powietrzu czuć było strach, który pobudzał do bicia nasze chłodne serca. Improwizowałem – piłem jego krew, potem wziąłem siekierę. Nie zaprotestowali, gdy zamachnąłem się nad przelęknionym człowiekiem: musiał umrzeć, aby mogli zrozumieć. Wówczas i ja pojąłem, że nie jest łatwo komuś, kto wszystko już dawno przeżył! Grubas był gotów zapłacić, bo miał dość odraczanej śmierci. Ja też nie chcę już żyć. Kiedy nadchodzi wieczór, a sen nie lituje się nade mną od razu, czekam na transwestytę w peruce.

  Mój dom jest w kolorze trawy w sierpniu – taka ciemna, przydymiona nieco zieleń. Dzielę go z dziewczyną. To dobry kompromis, żyjemy w otwartym związku, oboje lubimy mężczyzn, pozwala mi z nimi sypiać. Jest wysoka i bardzo chuda, pięćdziesiąt kilogramów, w sam raz jak dla modelki. Całą energię poświęca na utrzymanie wspaniałego wyglądu, stosuje diety i obsesyjnie krąży po sklepach. Chodzę z nią do galerii handlowej, gdzie wypuszcza się na długi marsz między butikami. Czekam, pogadując z blondyną, która sprzedaje ohydne kebaby w fast-foodzie. Potem wracamy do domu i zamykamy się w nim, czekając, aż zapadnie noc, a następnie rzucamy się zachłannie na kolejny dzień.

Narzeczonej podoba się domek, ale nie lubi miasteczka. Kiedy idziemy na spacer, nabija się z kilku ulic „na krzyż”, cementowanego deptaka, osiedli fabrycznych i kurczącego się lasu. Ma zamiar przenieść się do Londynu. Nazywam ją Vita – kocha życie, ja sam marzę, by zostać startym z krwawej powierzchni ziemi. Na moim grobie wyryją słowa ćpuna, który odważył się umrzeć: „The sun is gone but I have the light”. Sąsiedzi, z którymi nie utrzymuję kontaktów, wiedzą, czym się zajmuję. Czasami mnie zatrzymują, chwalą film „Siekiera” – wielki kasowy sukces. Jestem im wdzięczny. Nienawidzę siebie, ale chcę żyć, naprawdę.