Noc Czarownic

Ocena: 
4
Average: 4 (2 votes)

Powiadano, iż raz do roku, w połowie wiosny, gdy wkrótce miały rozkwitnąć bzy, zdarzała się wyjątkowa noc. Wtedy to ludzie błagali pradawne duchy o to, by przyniosły im szczęście i powodzenie w życiu: panny prosiły o dobrych mężów dla siebie i szybkie zamążpójście, a matki błagały o zdrowie dla swoich dziatek. Każdy miał inne życzenia, także i dla swoich bliskich, ale wszyscy prosili też tej nocy o jedno – o to, aby duchy, rusałki i inne magiczne stworzenia strzegły ich przed złem. Dlatego też podczas obrzędów najważniejsze były czarownice. One jedne wiedziały, co należy uczynić i czego dobre i złe duchy oczekują w zamian.

Podczas tej nocy w wielu miejscach odbywały się różne obrzędy. Nie inaczej było w wiosce zwanej Hesseterp. Była to duża wieś, położona niedaleko traktu królewskiego, co zapewniało jej mieszkańcom bogactwo. Za gospodarstwami rozciągał się ogromny, ciemny las. Mówiono, że zamieszkują go złe duchy i jedynie mieszkańcy Hesseterp mogli się w niego zapuszczać. Jedni mówili jednak, że to tylko bajki, którymi straszono małe dzieci, a inni, że straszono nimi obcych po to, aby nie korzystali z dobrodziejstw lasu. Panienki po cichu podśmiewały się, że historie o złych duchach opowiadano po to, aby nikt nie podglądał w lesie zakochanych par. W każdej z tych plotek kryło się ziarnko prawdy. Również duchy wcale nie musiały być wymyślone.

Breena te historie znała doskonale od dziecka. „Nie chodź do lasu, bo porwie cię zły duch”. Gdy była młodsza, te opowieści rozbudzały tylko jej fantazje. Wypytywała  tylko o duchy, rusałki, leśne skrzaty i inne magiczne stworzenia. Przestała jednak pytać, kiedy mędrzec z wioski zaśmiał się i powiedział, że musiałaby się nauczyć czytać i studiować mądre i grube księgi, w których wszystko było opisane. Breena wiedziała, że to niemożliwe. W końcu była tylko służącą u bogatych gospodarzy, którzy zapewniali jej jedzenie i dach nad głową. W dodatku była sierotą, więc nikt nie poświęcał jej specjalnie troski. Wiedziała, że musi się zajmować ptactwem u swoich gospodarzy, przynosić wodę ze studni oraz dbać o grządki. Jednak od jakiegoś roku uroczystości związane z Nocą Czarownic coraz bardziej ją fascynowały. Choć angażowała się w nie cała wioska, to jednak w bezpośrednich obrzędach mogły uczestniczyć dziewczęta, które miały skończone piętnaście wiosen. Breena, jak zostało jej powiedziane, została urodzona w dniu, kiedy Słońce wchodziło w znak Panny. Do upragnionych piętnastu wiosen pozostało jej raptem kilka miesięcy, jednak nie można było złamać tradycji. Musiała więc cierpliwie czekać. 

Kwietniowe noce były coraz cieplejsze, czuć było piękny zapach kwiatów, a ptaki wykonywały swoje najcudowniejsze  koncerty. To wszystko działało na Breenę jak czuła kołysanka, którą powinna była śpiewać jej matka, gdy była niemowlęciem. Tak jednak się nie działo. Zamiast tego rankiem budził ją okrzyk gospodyni, który kazał jej wstawać do pracy. Zostało raptem kilka dni do uroczystości. Breena z zazdrością patrzyła na przygotowania– starsze od niej dziewczęta zrywały świeże kwiaty, mężczyźni przygotowywali wielki pal, który miał stać na polanie pośrodku ciemnego lasu. Dzieci również ćwiczyły przygotowania – robiły hałas czym tylko mogły, zwłaszcza okrzykami, które miały odpędzić złe moce.

Gospodyni zabraniała jednak Breenie uczestniczenia nawet w przygotowaniach do uroczystości. Ciągle to tłumaczyła jednym – Breena była za młoda. A tymczasem dziewczyna chciała dowiedzieć się czegoś więcej. To nie była nawet zazdrość o to, że inne mogły iść do lasu, a ona nie. Kierowała nią zwykła ciekawość. Mogła się jedynie przyglądać po kryjomu i nie wychylać. Nie pytać o nic. W chwilach przerwy od pracy Breena zaglądała przez dziurę w płocie.

Mogła dostrzec wiele znajomych osób. Dziewczęta chichotały, radowały się, młodsze dzieci uderzały w puste naczyniaa młodzieńcy szykowali pal. Był jeszcze jeden powód, dla którego Breena zaglądała jedynie po kryjomu na przygotowania do obrzędów – mianowicie był to fakt, że miała ciągłe wrażenie, że ludzie nie chcieli z nią rozmawiać. Gdzie by się nie pojawiała, unikali z nią kontaktów, rozmowy milkły, a żaden młodzieniec nie potrafił na nią spojrzeć, tylko unikał jej wzroku. Breena nie miała pojęcia, dlaczego tak się działo. Czy było tak, ponieważ była sierotą, znajdą? Czy onieśmielała innych? Przecież poza płowymi włosami nie wyróżniała się spośród innych dziewcząt w jej wieku. Mogła tylko westchnąć i zazdrościć, że inni mają tak dobrze i mogą się bawić.

Dziewczyna akurat starała się podsłuchać pewną rozmowę dwóch panien, które mówiły o tym, że dzisiaj w lesie spotkają z chłopcami, których kochają. Breena z wypiekami na twarzy słuchała pewnych szczegółów , kiedy usłyszała cichy pisk, który sprawił, że prawie podskoczyła.

– Ach, to ty... Okazało się, że za Breeną stał czarny kot, który był jej częstym towarzyszem w codziennych obowiązkach. Miała wrażenie, że nierzadko ratował ją z opresji. Tak było i tym razem. Akurat gospodyni wychodziła z domu, więc Breena szybko wróciła do zamiatania podwórka.

Wiedziała tylko jedno. Nie obchodziło ją to, że jeszcze nie skończyła piętnastu lat. Po prostu musiała zobaczyć, na czym dokładnie polegają obrzędy.

Swoimi przemyśleniami podzieliła się z chłopcem, który również pracował w gospodarstwie, z Albrichem. Nie mogła nazwać go swoim przyjacielem, ponieważ  rzadko rozmawiali, w dodatku chłopak odnosił się do niej dość oschle. Ale jednak był starszy od niej o rok, więc czuła, że jest to jedyna osoba, z którą może porozmawiać. Podeszła do niego, gdy już zbliżał się zachód słońca. Miała mało czasu, ale wolała najpierw się poradzić. Albrich siedział na stogu słomy i strugał kijek. Breena nie wiedziała, jak ma zacząć rozmowę. Miała wrażenie, że chłopak, zajęty, nie widzi jej. Myliła się jednak, po chwili Albrich sam nawiązał rozmowę w typowy dla siebie sposób:

– No, co chcesz?

Breena nieśmiało opowiedziała o wszystkim. Mówiła o tym, jak bardzo chciałaby się znaleźć na obrzędach Nocy Czarownic. Nie rozumiała, dlaczego jest tozabronione, a przecież chciała się poczuć choć raz wolna, przekonać się, czym jest dorosłość . Albrich słuchał cierpliwie jej babskiej gadaniny, a gdy skończyła, odpowiedział:

– Naprawdę chcesz tam iść? Nie sądzę, aby ci się do końca to spodobało.

– Tak! Chcę w końcu to zobaczyć, chcę być wreszcie częścią Hesseterp, chcę...

Albrich zszedł ze słomy i pogłaskał Breenę po jej płowej czuprynie. Dziewczyna nie wiedziała, jak ma zareagować, było to dla niej coś nowego ze strony Albricha. Chłopak uśmiechnął się lekko i powiedział:

– Wkrótce się przekonasz... Albo i nie.

Służka zrobiła tylko kwaśną minę. Nie lubiła zagadek.

– Przecież wiesz, że cię nie powstrzymam. Chciałaś tylko się komuś pochwalić swoim planem. Idź do lasu, śmiało. Tylko nie wracaj z płaczem.

Breena wiedziała, że Albrich udzieli jej tylko takiej odpowiedzi. Nie chciała mu robić tego na złość, ale raczej wolała coś sobie udowodnić. Zdecydowała. Po zachodzie słońca, kiedy wszyscy już pójdą w stronę lasu, ona także się wymknie. W końcu zobaczy, co właściwie dzieje się w Hesseterp.

Dziewczyna narzuciła na siebie starą pelerynę. Wolała, żeby nawet pod osłoną nocy nikt jej poznał. Śledziła dokładnie, dokąd idą ludzie. Zauważyła, że w obrzędach uczestniczyli przeważnie młodzi mieszkańcy wioski, których to znała chociażby z widzenia. Starsi ucztowali w swoich domach, a dzieci po zabawie szły spać.

Noc była już na tyle ciepła, że Breena stwierdziła, że wytrzyma, choćby uroczystości trwały do samego rana. Jednak czym głębiej szła w las, tym widziała większą mgłę. W innych okolicznościach łatwo mogłaby się zgubić, ale tu prowadziły ją głosy mieszkańców, ich śpiewy, zapach świeżo zerwanych kwiatów i ziół oraz światło. Było trochę ciemno, lecz Breena była pewna, że na szczycie widziała wianek z polnych kwiatów, zaś sam pal był przystrojony wstążkami. Na dużej polanie mogła dostrzec wielkie ognisko, znajdujące się koło przystrojonego pala, a w innych miejscach – kilka mniejszych.

Dziewczyna schowała się w jaśminowym krzaku i ostrożnie obserwowała ludzi uczestniczących w obrzędach. Przez ogniska skakano nago, co sprawiło, że Breena czuła się zawstydzona. Być może właśnie to Albrich miał na myśli, gdy mówił, że „może nie do końca się jej to spodoba”. Inni śmiali się, pili wino, tańczyli. W powietrzu unosił się słodki zapach ziół i kwiatów. Widziała, jak młode dziewczęta brały pewien napar z ziół, który gotował się w wielkim kotle. Upijały łyk, a później podawały kielichy z naparem swoim wybrankom. Wzrok Breeny skupił się na jednej parze. Znała oboje dość dobrze.

Dziewczyna o czarnych, kręconych włosach i czarnych oczach miała na sobie jedynie wianek. W blasku ognia było widać jej bladą, gładką skórę oraz piękne i kobiece kształty. Nago przeskakiwała przez ogień, śmiała się i tańczyła z dziewczętami. Wyglądało na to, że przyszła jej kolej, aby wziąć trochę tajemniczego naparu. Podeszła do kotła, a inne dziewczyny, które prawdopodobnie przygotowały napój, nalały trochę do pucharu, po czym dziewczyna upiła łyk. Po chwili podeszła do swojego wybranka i podała mu kielich. Wypił napar do  dna. Breena zastanawiała się, czy tajemniczy wywar nie był na swój sposób magiczny. Nie widziała jednak, aby coś się działo z dziewczyną lub chłopakiem. Po chwili oboje złapali się za ręce i odeszli w stronę lasu. Akurat przeszli niedaleko ukrytej Breeny, więc dziewczyna skupiła tym bardziej wzrok na parze zakochanych. Oboje stanęli niedaleko gęstego krzewu. Dziewczyna pocałowała swojego kochanka, a ten zdjął jej wianek. Nie wyrzucił go jednak, tylko ostrożnie położył tuż przy krzewie. Po chwili oboje zniknęli. Breena mogła się tylko domyślać, w jakim celu skryli się przed resztą. I Albrich miał rację – wcale nie była taka pewna, czy jej się podoba. Pomijając fakt, że nawet chłopcy jej unikali, to jej samej nigdy na żadnym nie zależało. Nie była pewna, czy chciałaby się poddać podobnemu rytuałowi. Nawet nie miała własnego ukochanego. W ciemnościach Breena z trudem widziała, co właściwie się dzieje. Mogła jedynie usłyszeć dziwnie rytmiczny szelest liści, westchnienia i pojękiwania. Wbrew pozorom nie trwało to zbyt długo. Para wynurzyła się zza krzaków, a dziewczyna podniosła wianek. Nie założyła go jednak na głowę. Trzymała za rękę swojego ukochanego, a gdy oboje wrócili na polanę, wrzuciła wianek do ognia. Breena usłyszała brawa i gratulacje. Wciąż trwały śpiewy i tańce, a inne pary czyniły podobnie jak ta, którą obserwowała dziewczyna. W końcu trwało święto płodności.

Choć mieszkańcy Hesseterp uważali się za dobrych chrześcijan, Breena mogła się przekonać o tym, co mówiono już od dawna. Pogańskie zwyczaje trwały w najlepsze. Święto miało na celu nie tylko uczcić płodność, ale także  przepędzać złe duchy i zapewnić opiekę tych dobrych. Dlatego w ofierze dziewczęta składały swoje wianki.

Breena nie wiedziała, ile jeszcze wytrzyma, siedząc w ukryciu. Trochę zachciało się jej spać, lecz nagle śpiewy i hulanki ustały. Na polanie pojawiła się ona. Majowa Królowa na swoim tronie, niesiona przez orszak złożony z czterech nagich dziewcząt. Breena znała ją doskonale. Miała na imię Ortrun i była uważana za najpiękniejszą dziewczynę w całym Hesseterp. Miała na sobie zwiewną, białą szatę, a na długich, kasztanowych włosach  najpiękniejszy wianek ze wszystkich – swoją koronę. Gdy tylko się pojawiła, nastała cisza. Breena była tym wszystkim bardzo zaciekawiona. Widziała bowiem, że Ortrun wyszła znacznie wcześniej, podobnie jak i inni uczestnicy obrzędu. Gdzie więc zniknęła? Wszyscy zgromadzeni na polanie uklęknęli i pochylili głowy. Ortrun spojrzała dokładnie na wszystkich z wyższością. Breena nie poznawała jej. Majowa Królowa była uważana nie tylko za najpiękniejszą, ale też i za bardzo skromną i uczynną. Była więc zdziwiona, że Ortrun zachowuje się jak prawdziwa królowa. Po chwili ciszy przemówiła:

– Bracia i siostry! Powracam z naszej kniei.

Wśród zgromadzonych było słychać szmer i poruszenie. Ortrun jednak kontynuowała:

– Dzięki waszemu poświęceniu... Dzięki waszej hojności... Dzięki naszym cudownym czarodziejkom – skierowała dłoń ku dziewczynom przygotowującym wywar – i ich magicznemu napojowi znów się dokonało. Rozmawiałam z duchami strzegącymi nas i całe Hesseterp. Rozmawiałam z magicznymi istotami. To dzięki nam zyskaliśmy znowu ich przychylność!

Uczestnicy rytuału wiwatowali i zaczęli śpiewać pochwalne pieśni. Chcieli się radować i dalej czcić wiosenne święto. Ortrun jednak jednym gestem sprawiła, że ponownie zapanowała cisza.

– Ale! Jest coś jeszcze, moi drodzy bracia i drogie siostry. – Rozejrzała się uważnie i patrzyła na wszystkich. Breena obawiała się, że za chwilę jej wzrok dosięgnie także i jej. – Duchy przekazały mi, że przyszłoroczne święto będzie wyjątkowe. W końcu spełni się przepowiednia, o której zapewne wszyscy wiecie.

Breena zaczęła słuchać uważniej. Nie dotarły do niej żadne wieści o przepowiedni.

– Już za rok w naszym gronie pojawi się potężniejsza czarownica ode mnie. Ja jestem tylko jej prorokinią. Będzie musiała dokonać wyboru. Albo poświęci swoją krew, by zapewnić nam wszystkim błogosławieństwo dobrych duchów na zawsze dla Hesseterp... Albo ściągnie na nas klątwę. Pamiętajcie, tylko od nas zależy, co uczyni... Co wybierze. Bracia i siostry, duchy prosiły mnie o to, by dobrze traktować każdą dziewczynę z wioski i każdą, która przybędzie do Hesseterp. Nie powiedziały mi bowiem, kim ona jest. Lecz zapewniam was, poświęci ona swoją krew dla nas wszystkich!

– Poświęci! Krew jej strzec nas będzie! – zgromadzeni odpowiedzieli chórem.

Ortrun jednym gestem wskazała, że wszyscy mogą śmiało wracać do zabawy. Majowej Królowej podano tajemny wywar. Siedziała na swoim tronie, a orszakowi pozwoliła dołączyć do zabawy.

Breena była przerażona słowami Ortrun. Co znaczyło „poświęcić swoją krew”? Breena wiedziała, że za rok musi zrobić wszystko, by nie uczestniczyć w tak okrutnym obrzędzie. Siedziała skulona w krzaku, kiedy usłyszała cichy głos:

– Wiesz, że możesz zostać ukarana za podglądanie? To nie jest jeszcze dla twoich oczu.

Zaniepokojona Breena rozejrzała się. W końcu u swoich stóp zobaczyła czarnego kota, ulubionego towarzysza codziennych obowiązków.

– Ty... mówisz?

Kot roześmiał się.

– Może mówię, może nie. Może to tylko twoja wyobraźnia. Ale chyba dowiedziałaś się zbyt wiele.

Dziewczyna tylko kiwnęła głową. Nic z tego już nie rozumiała. Miała wrażenie, że  była otumaniona zapachem ziół.

– Moja biedna Breena... Musisz teraz zdecydować. Nie lepiej byłoby ci uciec?

Dziewczyna zastanawiała się tylko nad jednym. Wiedziała, że choć to niedorzeczne, to kot był jedyną istotą, której mogła zadać to pytanie.

– Czy... czarownica zostanie zabita?

– Chcesz się przekonać?

Ponownie kiwnęła głową, patrząc smutnym wzrokiem.

– W takim razie pójdź za mną. Śmiało. Teraz nikt cię nie zobaczy!

Po chwili kot zniknął we mgle, kierując się w głąb lasu. Breena chciała krzyknąć, żeby zaczekał, ale wiedziała, że nie może teraz tego zrobić. Była to jej jedyna szansa, by uciec niezauważoną. Nie chciała zostać ukarana za zwykłą ciekawość... Która tym razem mówiła jej, by pobiec za kotem.

– Teraz albo nigdy!

Zniknęła w głębi tajemniczego lasu, a zabawa trwała w najlepsze do samego rana. Po raz kolejny wiosna w Hesseterp triumfowała.