Karakum

Autor: 
Ocena: 
6
Average: 6 (1 vote)

Wydmy, które pochłonęły Karakum, miasto złotych dachów, mają barwę rdzawego brązu. Nadal wznoszą się na Wielkim Ergu — nieskończone rzędy wydm wysokich na setki stóp, ich szczyty rozmyte w podmuchach wiatru, który na tej wysokości gna jak szalony. Krążą plotki, że zaginione miasto pojawia się raz na sto lat, tylko na jedną noc. W tę jedną jedyną noc dżinny świętują i polują na możliwie najkrąglejsze dziewice, najwyraźniej pragnąc zaspokoić więcej niż jeden rodzaj głodu. Ale to tylko zabobonne opowiastki. Karakum to martwe, dawno utracone miasto, którego istnienie zatarło się w pamięci nawet najgorliwszych historyków czy miejscowych matuzalemów. Wymazane z pamięci dokładnie tak samo jak zniknięcie pewnej nocy pewnego roku setek chłopców i dziewcząt z wiosek położonych wzdłuż całej granicy Wielkiego Ergu.

Ghuz Gibrain był handlarzem soli, który na czele swej karawany mułów przemierzał szlak ciągnący się od ciepłego oceanu Malz na południu aż po szerokie stepy poza górami Trafd i Wielkim Ergiem. Jeźdźcy zasiedlający tamtejsze ziemie płacili Ghuzowi w srebrze i brązie, a zgodnie ze starożytną tradycją ceniony handlarz soli mógł podróżować bez nadkładania drogi, nie niepokojony przez nikogo.

Wędrówka przez Erg zajmowała prawie tydzień. Po względnym chłodzie gór Trafd i wilgotnym cieple oceanu Malz palący, suchy skwar pustyni był jak wymierzony bez ostrzeżenia policzek. Za dnia Ghuz i jego karawana odpoczywali pod przenośnymi daszkami ze splecionych trzcin rzecznych. Nocą wędrowali wiele mil przy świetle księżyca i gwiazd. Ghuz bacznie nasłuchiwał odgłosów nocy. Choć nie obawiał się rozbójników, był to czas łowów dla wielu dzikich bestii.

Około północy Ghuz usłyszał dobiegającą z daleka muzykę, kuszące dźwięki cytr i dzwonków. Tuż przed nim, pomiędzy dwoma grzbietami wydm, coś wabiło go ciepłym blaskiem. Ponieważ Ghuz i tak zmierzał w tamtą stronę, przedostał się przez łańcuchy wydm, a wówczas jego oczom ukazało się ukryte w głębokiej dolinie miasto. Okalający je mur miał wiele stóp wysokości i był szeroki jak dwa stojące jeden za drugim słonie. W licznych wieżyczkach z białego kamienia połyskiwały światła, a do nozdrzy Ghuza dotarła woń kadzideł. Ponad tym wszystkim wznosiły się dachy połyskujące złotem – Ghuz rozpoznał jego blask z odległości wielu, wielu mil. Wszelka rozwaga w jego sercu ustąpiła miejsca chciwości. Ostatecznie życie handlarza solą było ciężkie, samotne i niezbyt lukratywne.

Miasto wyglądało na opustoszałe. Muły nie chciały przestąpić jego bram, więc Ghuz zostawił je pod murem. Wzdłuż wąskich ulic stały równie wąskie, strzeliste domy, a w wielu miejscach schody prowadziły na wyższe i niższe poziomy miasta. Muzyka, którą słyszał, dobiegała z licznych misternie zdobionych fontann – pompowały wodę przez skomplikowany system rur, które niemal nieprzerwanie wydawały z siebie słodkie, melodyjne dźwięki. Zachęcony pobieżnymi oględzinami, Ghuz wspinał się po kolejnych kondygnacjach schodów, aż wreszcie dotarł na jeden z wielu zdobiących miasto dachów. Jego przypuszczenia się potwierdziły: dachy miasta pokryte były cienkimi płytkami drogocennego metalu. Za pomocą noża obluzował kilkanaście ciężkich kwadratowych dachówek ze szczerego złota i ułożył je jedna na drugiej. Przeniósł ciężki stos na kolejny dach, gdzie znów przystąpił do dzieła i dodał kolejne dachówki do swojego łupu. Kiedy po kilku godzinach zakończył ciężką pracę z dwoma dużymi koszami wypełnionymi złotem, zauważył, że niebo stopniowo się rozjaśnia, zwiastując nadejście poranka. Nie umknęło to również oczom innych, którzy przerwali łowy, by szybko niczym wiatr powrócić do leża ze swymi zdobyczami.

Tymczasem handlarz solą ciągnął kosze pełne złota uliczkami i schodami Karakum. Choć nie zdawał sobie sprawy z nadciągającego zagrożenia, instynktownie wyczuwał, że powinien się pospieszyć i opuścić miasto przed wschodem słońca. Zamiar był słuszny i być może nawet udałoby się wprowadzić go w czyn, gdyby nie nagły, brutalny podmuch wiatru, który pojawił się znikąd, wzbudzając burzę piaskową o takiej sile, że każdy oddech sprawiał ból i ledwo można było iść naprzód. Pośród tej zamieci do miasta powrócili również jego mieszkańcy.

Słońce jak co dnia musnęło wydmy Wielkiego Ergu. Ich szczyty wydają się rozmyte za sprawą gorąca i wiatru, który rozdmuchuje piasek. Wydmy mają barwę rdzawego brązu, ale tamtego dnia ów brąz wydawał się nieco ciemniejszy niż zwykle.

Przełożyła Martyna Bohdanowicz