Wigilia

Ocena: 
9
Average: 9 (2 votes)

„Wrócę na święta, trzymajcie się” – ha! Dobre sobie!

Utz wymruczał przekleństwo, zamachnąwszy się na kolejny pęd wanilii. Cholerne pnącza. Gdyby był tu o odpowiedniej porze roku, mógłby nazbierać tego cały plecak, a potem sprzedać za jakąś bajońską sumę.

No, gdyby oczywiście miał miejsce w plecaku. I gdyby liczył na to, że w miarę prędko wydostanie się do cywilizacji. Co mu w ogóle strzeliło do głowy, żeby tamtego wieczoru wychodzić z domu? Najgłupszy pomysł ze wszystkich, choć przecież konkurencja była silna. Björn zawsze umiał go namówić do jakichś absurdów.

Wkrótce usłyszał szum wody, a zarośla zaczęły się przerzedzać. Z nową nadzieją w sercu, Utz jął rąbać na oślep wszystko, co mu wpadło pod maczetę – czy to liana, czy paproć, czy wąż. Mrużąc oczy w oślepiających promieniach słońca, które nagle przebiło się przez coraz cieńszy baldachim liści, wyszedł na skrawek plaży, tu i ówdzie upstrzonej próchniejącymi resztkami obalonych drzew. Na drugim brzegu wąskiej rzeki, wsparta na szeregu solidnych pali, wznosiła się drewniana chata. Niewielkimi, kwadratowymi oknami wpatrywała się w przepływającą nieopodal wodę i wyciągniętą na brzeg, częściowo zasypaną piaskiem łódkę.

Zobaczywszy łupinę, Utz bez zastanowienia wbiegł do rzeki i jął przeprawiać się na drugą stronę.

Bliższe oględziny łódki wyrwały z piersi wędrowca jęk zawodu. Kiedy pod palcami Utza rozleciały się dulki, nie przejął się tym – w końcu można sobie poradzić bez nich. Potem jednak okazało się, że podobnie zachowuje się cały kadłub. Łódź nie nadawała się do użytku. Ba, najprawdopodobniej niedługo przygniecie ją do ziemi ten piach, którym była przysypana.

Utz rozejrzał się bezradnie, po czym wzruszył ramionami i postanowił spróbować szczęścia w chacie. Najpierw obszedł ją dookoła, starannie opukując pale – łódka to jedno, ale wolałby uniknąć śmierci w zbutwiałym na wylot baraku. O dziwo jednak podpory wyglądały na nienaruszone zębem czasu – ostrożnie więc, schodek po schodku, nasłuchując zdradliwych skrzypnięć czy niepokojących chrobotów, Utz wspiął się do wejścia i zajrzał do środka.

Światło słoneczne kładło się jasnymi prostokątami na pokrytej kurzem podłodze, ale nie docierało do kątów chaty. Na to okienka były za małe. Dodatkowo wzrok wędrowca musiał na nowo dostosować się do półmroku, a to mogło chwilę potrwać.

Starając się działać bezszelestnie, Utz zsunął plecak i wygrzebał z niego latarkę. Przez moment co prawda się zawahał, nie mając pewności, czy chce zobaczyć to, co mogło kryć się w ciemnych zakamarkach, w końcu jednak nacisnął przycisk i snop białego światła omiótł najdalsze rejony chaty.

Wbrew przypuszczeniom Utza, wnętrze nie było całkiem opustoszałe. Coraz odważniej spacerując po pomieszczeniu, mężczyzna znalazł przewrócony stół i kilka świec, zamkniętą skrzynię (słysząc z jej wnętrza jakieś skrobanie, kategorycznie postanowił jej nie otwierać, a nawet nie omieszkał wywlec jej na zewnątrz), taboret rzucony w przeciwległy kąt oraz parę drobiazgów, które – jak stwierdził – musiały być jakimiś bibelotami, bo żadnego praktycznego zastosowania wędrowiec dla nich nie widział. Drewniane zwierzątka, fikuśne gwiazdki, pstrokate symbole, które zupełnie nic mu nie mówiły. A wszystko pokryte kurzem, tak jak podłoga, a także – odkąd zaczął tu szperać – sam Utz.

– Wigilia, psia mać… – szepnął w końcu, wciąż jednak wystrzegając się, żeby nie hałasować zbytnio. Panujące wokół cisza i bezruch sprawiały, że każdy szelest brzmiał w uszach wędrowca jak rozdzierający huk, który ściągnie tu hordy dzikich zwierząt.

Utz doprowadził do porządku stół i wyłożył na niego wszystko, co mógł: plecak, świece, znalezione bezużyteczne drobiazgi. Na środku blatu ustawił lampę turystyczną, więc wreszcie mógł odłożyć latarkę.

Nim się zorientował, prostokąty na podłodze rozciągnęły się, przesunęły i znikły, a dżungla na zewnątrz pociemniała pod rozgwieżdżonym niebem. Utza zawsze zadziwiało, jak gwałtownie następują tu po sobie dzień i noc. Zmierzchy zawsze jakoś mu umykały, jakby w ogóle ich nie było – jakby po prostu ktoś gasił jedną latarnię i zapalał drugą, bez porównania słabszą.

Usiadłszy na śpiworze, mężczyzna postanowił napisać parę słów w dzienniku. Kiedy go jednak otworzył, zasępił się tylko i w głowie znów rozbrzmiały mu przeklęte słowa: „wrócę na święta, trzymajcie się”.

U góry strony widniała data: 24 grudnia.

Owszem, pamiętał, że Wigilia, akurat kalendarza bardzo pilnował, żeby tu zupełnie nie zwariować i nie stracić kontaktu z rzeczywistością, ale dopiero kiedy zobaczył duży, czerwony napis, ozdobiony choinką i życzeniami ciepłych, rodzinnych i tak dalej, dotarło do niego z całą siłą, że to naprawdę już Wigilia. Kolejna. Na więcej nie starczy mu miejsca w dzienniku. Z roku na rok pisał coraz bardziej oszczędnie, coraz mniejszymi literkami, stosując skróty, a czasem drobne piktogramy, ale mimo wszystko nie mógł pisać na jednej stronie w nieskończoność. Na upartego mógłby jakoś zetrzeć albo zmyć najwcześniejsze notatki i robić palimpsest, ale wzdragał się przed tym. Chciał mieć wszystko, od początku. Czasem nawet odnajdywał jakąś satysfakcję w sprawdzaniu, co robił dokładnie o tej porze rok, dwa czy trzy lata temu.

Zamknął dziennik, nie napisawszy ani słowa.

– Wigilia, psia mać… – powtórzył trochę głośniej, po czym wstał i rozejrzał się. Następnie, ściskając w dłoniach maczetę, wyszedł z chaty, podszedł do najbliższego drzewa i jął rąbać zapamiętale.

Zgoda, to nie była choinka, o jakiej marzył będąc dzieckiem. Cóż, to wcale nie była choinka, tylko jakiś młody mahoniowiec czy coś takiego. Musiało mu to jednak wystarczyć. Utz zawiesił na pokręconych gałęziach drewniane ozdóbki poprzedniego właściciela chaty i zamocował świeczki, obrywając liście wokół nich. Przez chwilę próbował podczas roboty nucić Stille Nacht, heilige Nacht, szybko jednak zrezygnował. Jego głos brzmiał jakoś sztucznie. Nie chciał dziś go słyszeć. Parsknął tylko urwanym śmiechem, bo nagle uświadomił sobie ironię śpiewania tu o cichej nocy.

Utz usiadł na taborecie przy stole i po raz kolejny otworzył dziennik, wpatrując się w swoją choinkę. W rozedrganym blasku świec cienie gałęzi kołysały się na ścianach, a drewniane zwierzątka zdawały się skakać wśród liści.

W końcu mężczyzna westchnął i chwycił ołówek.

Mam choinkę – zaczął pisać tak drobnymi literami, że przez myśl przemknęła mu wątpliwość, czy za parę tygodni będzie jeszcze potrafił to odczytać. – Znalazłem dom nad rzeką, nocuję tu. Pogoda dobra. W skrzyni chyba zamknięty jakiś zwierz, wolę nie wypuszczać. Nic wielkiego, bo i skrzynia mała, ale tu im mniejsza bestia, tym bardziej niebezpieczna. O północy zapytam, czy czegoś jej nie trzeba.

Utz przerwał pisanie i skarcił się w myślach. Nie miał tyle miejsca, żeby pozwalać sobie jeszcze na żarciki.

W następnej chwili jednak podskoczył jak rażony piorunem, a ołówek wypadł mu z dłoni. Zdało mu się, że słyszy kaszel. Stłumiony, ludzki kaszel. A zaraz potem pod niebo poniósł się krzyk:

Wypuść mnie!

Odpowiedzi

to jednak udało mi się poczuć ten upiorny klimat Wigilii, dzięki temu tekstowi XD

Ciekawie rozegrane. Podstawowa taktyka tekstu i jednocześnie konstrukcyjna widoczna - bogaty, usypiający czujność korpus, jeden właściwie niepokojący szczegół rzucony mimochodem (dzięki narracji spersonalizowanej) i wykorzystanie go w poincie, co uruchamia inne drobiazgi, wcześniej nie budzące podejrzeń. Bogaty korpus i nie jednocześnie. Bogactwa nadaje kontrast czasu kojarzonego w naszym kręgu kulturowym z jednoznaczną aurą z tropikalnym otoczeniem (a może to też skojarzenia z wybujałym lasem deszczowym), ale z drugiej strony, czytelnik niewiele dowiaduje się o bohaterze i jego sytuacji. Ot, tylko tyle, ile jest potrzebne do zbudowania nastroju. Nie wiem, czy nie przesunęłabym odrobinę akcentu ze szczegółów otoczenia (o ile wspomnienie o wanilii świetne ze względu na kontekst, o tyle wydawało mi się, że łódka dostała nieco za dużo czasu antenowego, choć też potrafię zrekonstruować możliwe podstawy takiej decyzji) na wnętrze Utza - niekoniecznie dla prezentowania tego, kim jest, bardziej dla indywidualizacji opisu, niemniej to tylko takie gdybanie, a to nie ja jestem autorką ;) Przyjemny tekst, ciekawy na paru różnych poziomach. Nie na dziesięć gwiazdek moim zdaniem, ale na pewno wart docenienia.