Ciągła miłość, jaką do ciebie czuję

Ocena: 
10
Average: 10 (1 vote)

Po raz pierwszy zrozumiałem ogrom miłości Leszka dzięki historii z chusteczką. Było to dawno temu – miałem wówczas połowę moich dzisiejszych lat, a i on był jeszcze młodzieńcem. Jakże różnił się od dzisiejszego, zaniedbanego nieszczęśnika, na widok którego każdy odwróci głowę! Leszek z tamtych lat był chłopcem krągłym i dobrze odżywionym. Włosy miał przycięte zgodnie z modą lat osiemdziesiątych – na szyję opadały skąpe pukle, tak zwany „dywan” loków. Inną cechą charakterystyczną był fakt, że spodnie zapinał nie w okolicy pasa, lecz, zdawałoby się, tuż pod pachami. Pomimo że nakreśliłem tu kilka rzucających się w oczy szczegółów, był ostatnią osobą, na którą ktoś zwróciłby uwagę. Cóż mogło być ciekawego w przygrubym brunecie z wąsikiem? Dlaczego właśnie ta postać przykuła nieżyczliwe spojrzenie losu?

Pamiętam przystanek w Sawinie, razem ze mną okupowała go grupka chłopaków. Siedzieliśmy popalając papierosy i rozmawiając, gdy na horyzoncie zjawił się Leszek. Sprawiał wrażenie nieobecnego – minął nas, nie podając ręki i nie witając się z nikim. Ożywił się na widok wysiadającej z autobusu dziewczyny. Nie wyróżniała się urodą, choć miała zgrabne nogi. Ubrana była tandetnie i wyzywająco: czerwony golfik, niebieska minispódniczka, różowo-żółte adidasy. Banalna twarz Leszka wyrażała radość, zbliżył się, ta ujęła go pod rękę. Kiedy mijali grupkę rechoczących nastolatków, pokazała im obelżywy gest, po czym oddaliła się z kawalerem przy wtórze głośnego śmiechu.

  

*

Dorotę miałem okazję poznać podczas niewielu miesięcy, kiedy chodziła ze mną do klasy o profilu zawodowym. Pewnego dnia siedziałem na lekcji polskiego, w klasie panowało zamieszanie, uczniowie rozmawiali i chodzili po klasie. Dziewczyna Leszka podeszła do nauczycielki.

- Muszę się zwolnić! – tłumaczyła niefrasobliwie. – Matka znowu urodziła, he he.

-  Ja cię zwalniam, moja droga, idź! – zgodziła się polonistka.

Zadowolona Dorota już miała odejść od stolika, kiedy do dyskusji włączył się żartowniś Mario.

- Ej, cicho, buraki! Tak ryczą, że nie słychać, co do sorki mówi! Pochwal się, braciszek czy siostrzyczka?

- Odpierdol, się, Mario, bo ci przyjebię! – zareagowała natychmiast dziewczyna.

Uczniowie roześmiali się radośnie. Nauczycielka wstała i patrzyła groźnie, na co nikt nie zwrócił uwagi.

- Jak masz iść, to idź! A na przyszłość, bardzo proszę, takie słownictwo – polonistka wzniosła oczy do nieba.

Dorota poszła po plecak, przechodząc obok Mario pokazała mu środkowy palec. Parę tygodni potem kroczyła ulicą, trzymając się za paluszki z Leszkiem. W pewnym momencie uwolniła rękę.

-  Ej, w pizdu! Z nosa mi się leje! – rzekła ze złością.

Usłużny chłopak podał paczkę chusteczek. Wysmarkała spory nos, robiąc przy tym dużo hałasu, po czym włożyła posklejaną chusteczkę w kieszeń jego spodni.

-  Daj rękę! rzekł prosząco Leszek.

Obserwowałem ich z niedowierzaniem, gdy podszedł do mnie Krzysio, nastolatek z odstającymi uszami.

- Widziałeś, jakie głupie ludzie?! – powiedział. – Tak, Tomek, z babami jest, to świnie!    

Poczęstowałem kolegę papierosem, paliliśmy, idąc kilka kroków za Leszkiem i jego dziewczyną. Rzuciła go parę miesięcy potem. Pewnego wiosennego dnia wziąłem rower i udałem się na sąsiednią wieś. Padał deszcz, obok drewnianej chaty stała Dorota. Miała rozpiętą kurtkę, obok sterczał wysoki, barczysty mężczyzna. Również był porozpinany, palili papierosy i wyglądali na zadowolonych. Jasne było, że znalazła bardziej godnego kompana. Zapadł zmrok, na schodkach pojawił się Leszek. Stojąca w drzwiach Dorota była rozgniewana i wpatrywała się w niego niczym w intruza. Przejeżdżając obok domku tym razem zatrzymałem rower w pewnej odległości i otwarcie przyglądałem się wydarzeniom.

- Dorota! – zaczął Leszek. Próbował mówić dalej, lecz nie wytrzymał napięcia i zaczął płakać, trzęsąc się na całym ciele.

- Kurwa jego mać! – zdenerwowała się dziewczyna. – Ty z nim pogadaj, Olek!

Patrzyłem, jak szarpie przestraszonego Leszka, który nie próbował się bronić. Rozchełstał na nim ubranie, rzucił na ziemię i zamierzył się ciężkim butem. Dorota kopała również, krzycząc piskliwym głosem. Wsiadłem na rower i odjechałem, nie patrząc w ich stronę.     

 

*

Minęło dwadzieścia lat. Pewnego grudniowego popołudnia grupka ludzi oczekiwała na autobus w Popławiu. Pogoda była bardzo nieprzyjemna, zacinał wiatr i padał deszcz pomieszany ze śniegiem. Kilkanaście zmokłych i zmarzniętych osób zbijało się w tłumek przed drzwiami autobusu, starając się jak najszybciej schronić w ciepłym wnętrzu. Leszek trzymał się na odległość czekając widocznie, aż wszyscy kupią bilety. Wyglądał na pijanego, w zgrabiałych dłoniach ściskał torbę z zepsutym zamkiem. Miał na sobie wiosenną kurtkę, starą i znoszoną, oraz dżinsowe spodnie, które wyglądały na bardzo obszerne na wychudłych nogach. Gdy wszyscy schronili się w środku, wszedł i on, podając dwuzłotową monetę.

- Wysiadaj, chłopie, wiesz, że pijanych nie wożę! – rzekł kierowca, nie patrząc na pieniądze.

  Leszek milczał, jakby nie rozumiejąc. Autobus, stary PKS zakupiony przez prywatnego przewoźnika, był ciasno wypełniony. Pasażerowie patrzyli z niechętnym zniecierpliwieniem, czekając, kiedy opuści pojazd. Postał przez chwilę, po czym wycofał się. Kierowca zamknął drzwi, niektórzy zbliżyli twarze do okien, patrzyli na samotną postać kulącą się na przystanku.

Wracał do domu opustoszałą uliczką. Krople deszczu pomieszanego ze śniegiem siekły bezlitośnie, a lodowaty wiatr wdzierał się pod przykrótkie odzienie. Szedł środkiem jezdni, po której wszakże nie jechał żaden pojazd. Z jednej strony ulicy znajdował się długi, zaniedbany budynek. Opuszczona stacja PKP straszyła niejedną wybitą szybą, ściany pomalowano sprayem, drzwi zabito deskami. Po drugiej stronie widać było drzewa, wiatr kołysał ponuro ich bezlistne gałęzie. Leszek nie zauważył dwóch zakapturzonych mężczyzn – byli to moi uczniowie, szukający ofiary. Zaszli go od tyłu, wykręcili ręce i szybko zatkali usta. Oświetlił ich nadjeżdżający samochód, znieruchomieli na chwilę, po czym nakazali mu stanąć. Wrzucili Leszka na tylne siedzenie i usiedli obok, biorąc między siebie. Odjeżdżające auto potrąciło butelkę wina, należącą do porwanego.

 

*

Na środku pomieszczenia z zasłoniętymi oknami stał duży, masywny stół. Leżący na nim przerażony i ogłupiały Leszek miał skrępowane ręce. Zebrani patrzyli na mnie w oczekiwaniu, wszyscy ubrani na czarno, na szyjach czarne wisiory i odwrócone krzyże. Mieli upiornie białe twarze, okolice oczu zaś intensywnie czarne. Byłem ucharakteryzowany na wampira: wiązana pod szyją peleryna, długie paznokcie oraz kły. Przyświecało nam kilka latarek.

- Ofiara krwi! Ofiara Rutgera! – powiedziałem.

Pochyliłem się nad stołem i wpatrywałem w Leszka – wyglądał na umarłego. Po chwili go ugryzłem, po szyi popłynęła krew. Odkleiłem się od więźnia.

- Ofiara krwi! – powiedziałem. – Ten szczur kropli krwi nie ma w żyłach, tylko tanie wińsko!

- Ja się nim zajmę. – oznajmił jeden z zebranych.

- Milcz, szczurze!  przerwałem. Zanieście go na strych i przykujcie. Za trzy dni Sylwester, do tego czasu wytrzeźwieje! I niech nikt się do niego nie zbliża!

  Kiedy w starej poczekalni nie było nikogo, wślizgnąłem się do pomieszczenia z drabinką, wszedłem na górę i otworzyłem właz. Leszka ułożono na skrzynkach po owocach. Nie był niczym okryty, po szyi płynęła krew i zdawał się nie oddychać. Skierowałem nań światło latarki, siebie pozostawiając w cieniu. Prowizorycznie opatrzyłem mu szyję, następnie zdjąłem płaszcz i okryłem nim leżącego.

- Przepraszam, biedaku – wyszeptałem.

 

*

Przymocowana do ukośnego dachu poddasza żarówka świeciła niebieskawo i nieprzyjemnie. Na cementowej podłodze leżały worki papierowe, cegły i inne śmieci. W rogu nędznego pomieszczenia widać było trzy skrzynki po owocach przykryte łachami. Leżał tam wynędzniały Leszek z obandażowaną szyją. Do jednej z chudych nóg uczepiony był łańcuch, którym został przykuty do ściany. Wyglądał na śpiącego. Na równe nogi poderwało go skrzypienie zbitej z desek pokrywy, zasłaniającej otwór w podłodze. Klapa uniosła się powoli – wdrapałem się na strych. Nosiłem spódnicę, kurtkę i wielkie okulary, twarz zasłaniały mi długie włosy.

 - Masz! – rzuciłem mu reklamówkę.

Nie zwrócił uwagi na pakunek. Usiadłem obok i zacząłem wyjmować litrową butelkę mleka, długą bułkę oraz ugotowane na twardo jajka w skorupkach. Nie patrzył na moje poczynania. Zacząłem mówić, zmieniając głos tak, by przypominał kobiecy.

- Jajka na twardo, cha cha cha! Jak miałam dwanaście lat, o mało się tym nie udławiłam na śmierć! – opowiadałem. –  Matka wspominała, że wujek Edek połykał jajka bez rozgryzania. Chciałam spróbować – mało mnie szlag nie trafił, tak się dusiłam!

Odwrócił się tyłem, skurczył i znieruchomiał z kolanami podciągniętymi pod brodę. Otworzyłem klapę w podłodze i zszedłem po drabince przymocowanej do ściany. Pomieszczenie na parterze było opuszczone i zaniedbane jak strych, gdzie trzymano więźnia. Nieużywane budynki PKP popadały w ruinę.

- W sumie szkoda, że się wtedy nie udławiłem – rzekłem.

 

*

Na skleconym ze skrzynek legowisku pojawiły się poduszka i koc. Na podłodze leżał bochenek chleba i plastry wędliny, widać też było butelkę wina. Twarz Leszka miała woskowy kolor, oczy zapadły się jak u umierających. Leżał na boku wpatrzony w nieotynkowaną ścianę.

- O, wino! Dzięki, tego mi było trzeba! Zimno tu, to się człowiek rozgrzeje! – powiedziałem, przedrzeźniając milczącego więźnia. – Jak długo będziecie tu trzymać? Coś tam pamiętam! Napadli na mnie, ktoś mnie pogryzł po szyi! Czego, kurwa, chcecie?  

Nadal był odwrócony i sprawiał wrażenie obojętnego. Siedziałem obok niego w peruce i okularach.

- Pewnie, że pamiętam! Wracałem do domu. Autobus nie chciał wziąć, bo niby byłem wypity! kontynuowałem.

Nie odpowiadał. Podniosłem się z łóżka i rzekłem, nie siląc się na zmienianie głosu:

- Nie chcesz jeść, to choć wina się napij, pijaczyno!

Odwrócił się w moją stronę, po chwili jednak wrócił do poprzedniej pozycji. Usiadłem obok więźnia, który zaraz się ode mnie odsunął. Zdjąłem okulary i potrząsnąłem nim mocno.

- Patrz, głupku! – rzekłem dosyć głośno.

Otworzył oczy. Lekko się uśmiechnąłem widząc jego zdziwienie.

- Suprise, suprise! Big Lebowski – powiedziałem, rzucając w jego kierunku perukę. – To z „Siekiery!” Trzymaj na pamiątkę.

Patrzył obojętnie i spokojnie.

- Napadli cię, pamiętasz? – spytałem. – Potem wampir cię pogryzł po szyi.

Zdawał się rozumieć, lecz nie sprawiało to na nim wrażenia.

- Ja cię pogryzłem! – powiedziałem, odwracając się od Leszka. –  Już ponad rok to robimy! Przewodzę tym szczurom, są na moje rozkazy. Zabiłem już dwie osoby! Ale to mnie nie rusza. Ja… Chodziłem do szkoły z Dorotą.

Po twarzy więźnia przeleciał bolesny skurcz. Zwrócił się w moją stronę i słuchał z uwagą.

- Chwaliła się, że będziesz się żenił. „Głupi chuj!” – myślałem. Któregoś dnia, to była niedziela, matka wysłała mnie do kościoła. Szedłeś z Dorotą – opowiadałem. – Wsadziła ci zasmarkaną chusteczkę do kieszeni... Wtedy zrozumiałem, jak bardzo się zakochałeś. Powiem ci, że mnie na nikim nie zależało, nigdy. Nie wiem dlaczego. Moich starych znasz – dobrzy ludzie. A jednak mnie gówno obchodzą! Tamtego dnia to było po raz pierwszy, kiedy zobaczyłem miłość, twoją miłość.

Patrzył w oczekiwaniu.

- Zrozumiałem, że zatraciłeś się cały – powiedziałem. – Wiedziałem, że taki gruby, głupi buc jak ty zrobił największy wysiłek, żeby być bliżej. Nie zostawiłeś sobie niczego oprócz ciągłej miłości, jaką do niej czułeś.

Po policzkach Leszka płynęły łzy, których nie próbował ukrywać.

- To było w jesieni! – kontynuowałem opowieść. – Stała na przystanku. Zaczęliśmy rozmawiać – zawsze miała na mnie oko. Wtedy się normalnie kleiła. Kupiliśmy dwie butelki wina i poszliśmy pić, też do takiej rudery. Ja… Kurwa! Pieprzyłem twoją Dorotę.

Wpatrywał się we mnie, w oczach widać było poczucie krzywdy. Odwróciłem wzrok.

- Przecież nie chciałem! – powiedziałem na swoje usprawiedliwienie. – Lubię ciekawych ludzi, ciekawe kobiety! Ale wtedy miała twoją miłość. Dlatego ją pieprzyłem, chciałem pojąć dlaczego, dlaczego ją kochasz? Zrozumiałem, że jeszcze z nią nie spałeś! Była kurwa dziewicą! Dotarło do mnie, co ci odebrałem, ty miałeś ją rozprawiczyć, pewnie byś się ożenił. Przysięgam, od razu pożałowałem, kac mi został, a Dorota parę razy jeszcze mnie nachodziła.

Usiadłem obok Leszka, który jednak odsunął się na drugi koniec barłogu.

- Potem cię rzuciła. Taki niesmak miałem po tym seksie, poczucie winy! – kontynuowałem. – Widziałem twoją głupią, niewinną twarz, jakbyś za mną chodził! Jeździłem za nią czasami, chciałem wiedzieć, co robi... Widziałem, jak cię pobili. To było najgorsze – nie broniłeś się. Nie mogłem na to patrzeć i pojechałem do domu. Potem to też mnie dręczyło, że cię tak zostawiłem!

Wstałem z łóżka i odwróciłem się plecami do Leszka, który bezgłośnie płakał.

- Myślę, że to przeze mnie – mówiłem dalej. Dlatego ciebie rzuciła! Jak ją zerżnąłem, zobaczyła, że jeden chuj wart jest drugiego. A może i tak by odeszła.

Przerwałem i spojrzałem na Leszka.

- Nieważne. Powiedziałem tamtym wskazałem na klapę. że cię wykończę w Sylwestra, to jest dzisiaj! Zrobię to, zabiję jak tamtych dwóch, jeżeli mnie nie powstrzymasz.

Cisnąłem na barłóg mały, ostry nóż o cienkim ostrzu.

- Przyjdą za dwie godziny i zaprowadzą cię na dół. Będę mówił: „Przywiązać ofiarę do stołu!” Pamiętaj, masz powiedzieć: „Sam mnie przywiąż!”. Każę im rozwiązać, udam, że z tobą walczę. Masz użyć tego noża, masz zabić – powiedziałem. – Jak nie, to ja cię zabiję, na pewno.

Odwróciłem się w stronę klapy.

- Mogę cię po prostu wypuścić, ale to nie pomoże! Będziesz dalej ofiarą, jak przez całe życie – dodałem jeszcze. – Musisz walczyć albo giń jak pies.

Usiadł na barłogu i patrzył jakby w niedowierzaniu. Po chwili sięgnął po butelkę wina, odkręcił korek i zaczął pić. Otworzyłem klapę w podłodze i zszedłem na dół po metalowej drabince.

 

*

Moi wyznawcy czekali na Leszka w tym samym pomieszczeniu z zasłoniętymi oknami. Przyglądałem się im, znów wyglądałem jak wampir z filmu grozy – nosiłem pelerynę, miałem długie paznokcie. Dokuczał mi tępy ból głowy, który nadchodził falami.

- Skrępować go! – rozkazałem.

Dał się przywiązać bez żadnych protestów. Wszyscy patrzyli w oczekiwaniu, zbliżyłem się do stołu ogarnięty dziwnym uczuciem ulgi, jak gdyby spełnienia.

- Ofiara krwi! Ofiara Rutgera! – powiedziałem poprzez łomot w skroniach.

Przez krótką chwilę patrzyłem na moją ofiarę, po czym odsunąłem się i spojrzałem na zebranych.

- Rozwiązać go! Wyrzucić tę kupę gówna! – rzekłem.

Nikt się nie ruszył, patrzyli na mnie z niedowierzaniem.

 - Puścić tego szczura! – powtórzyłem.

- Jak to puścić? – zapytał jeden z zebranych.

- Rozwiązać skurwysyna! – powiedziałem. – Niech sam zdechnie.

Jeden z nich uwolnił więźnia i popchnął w stronę wyjścia. Leszek wyszedł, nie oglądając się za siebie. Pozostali wpatrywali się w Rutgera.

- Co, szczury pierdolone! Wypierdalać mi stąd! Wypieprzać! – krzyczałem.

Wychodzili w milczeniu. Kiedy zostałem sam, ruszyłem w kierunku pomieszczenia z drabinką i wspiąłem się na poddasze, gdzie trzymano Leszka. Zapaliłem żarówkę pod sufitem i rozgrzebałem łachy w barłogu. Od razu znalazłem perukę i nóż o cienkim ostrzu. Przez chwilę ważyłem go w dłoni, po czym wyrzuciłem. Po namyśle włożyłem perukę i zszedłem po drabince, trzymając w jednej ręce latarkę. Na dole oświetlił mnie strumień silnego światła. Byli tam, tak jak się spodziewałem.

- Szczuuury wróciiiiły… – wyjęczał głos w ciemności.

Stałem oparty o ścianę starając się nie okazywać strachu.

- Co tam masz? – zapytałem.

- Siekiera, chcesz obejrzeć? – odparła Vita.

Kiwnąłem przyzwalająco głową. Dwie postacie ujęły mnie pod ramiona. Szarpnąłem się lekko, lecz zaraz spokorniałem. Wyprowadzono mnie na zewnątrz, w kolejną mroźną noc.

 

*

Podczas gdy dokonywano wyroku, Leszek szedł samotnie opustoszałą uliczką. Lodowaty wiatr znów wdzierał się pod przykrótką i znoszoną kurtkę. Szedł bardzo powoli, zatrzymując się co chwilę. W pewnym momencie usiadł, a następnie położył się na chodniku. Był zupełnie sam, słychać było wycie wiatru, który przetaczał się po pustej ulicy. Po chwili dobiegły go wesołe, młode głosy, stawały się wyraźniejsze – w oddali pojawiło się kilka osób. Natychmiast zauważyli nieruchomą postać.

- No, ten już zabalował w Sylwestra! – powiedział ciemnowłosy chłopak.

Ktoś próbował poruszyć leżącym, pochylili się nad bezwładnym Leszkiem.

- Ale żółty, aż strach! I taki jakiś zabiedzony! – rzekła młoda dziewczyna. – Ej, ja go tu nie zostawię samego na pewną śmierć! Dawaj, dzwonimy na pogotowie!

- Jak pijany, to może każą płacić za karetkę! – sprzeciwiła się inna.

- Ty sama pijana! Zobacz, ma rany na szyi, Jezu! – mówiła dziewczyna. – Może już nie żyje!

Ktoś  wyjął telefon i zaczął wzywać pogotowie.

- Ej, pytają jak się ta ulica nazywa! – krzyczał.

- Czerwonego Krzyża, nie?

Jedna z dziewczyn zdjęła nawet kurtkę i okryła nią leżącego.

- Dam mu swoją! – sprzeciwił się kolega.

Kręcili się po uliczce, wyglądając karetki pogotowia, w końcu usłyszeli jej przeciągły sygnał. Pielęgniarze pochylili się nad leżącym, ułożyli go na noszach i wnieśli do ambulansu. Samochód odjechał, zabierając podłączonego do kroplówki Leszka.

 

*

Duże, otwarte drzwi szpitalnego korytarza wychodziły na schody. Ponieważ była zima, wchodziły nimi ciepło odziane postacie. Leszek zmierzał w stronę parku i usiadł na ławce. Pogoda była piękna, śnieg skrzył się w promieniach słońca, a on wyglądał nieporównanie lepiej niż wcześniej. Zbliżył się do niego wysoki i niewiarygodnie wyniszczony pacjent. Na patykowatej szyi miał łańcuszek ze sporym krzyżykiem, obciągnięta żółtą skórą czaszka sprawiała wrażenie zmumifikowanej.

- Dzień dobry! – odezwał się.

Leszek odwrócił się i spojrzał zaskoczony.

- Nie poznaje! – rzekł nieznajomy. Ja widział ciebie na korytarzu, pozawczoraj i dzisiaj, i tak myślał, żeby mnie trzeba zagadać. Tak u mnie już dwadzieścia lat jest do ciebie sprawa.

Usiadł na ławce obok Leszka, ten nie protestował, nie wyglądał jednak na zainteresowanego.

- Jestem Olek, od twojej Doroty chłop – mówił. – Jak ja ciebie pozawczoraj na korytarzu zobaczył, to zara pomyślał: idź, człowieka przeproś, że świnia z ciebie!

Leszek zmienił się na twarzy na wspomnienie Doroty i słuchał z uwagą.

- Tak ty widzisz, że ja już nie do życia – zwierzał się Olek. – U mnie i nerki nie robią,  wątroba, i ten, trzustka, a od jesieni mówią, że wiosny nie doczekam. Mnie się zbierać trzeba, to ja zadowolony, że człowieka, co ja skrzywdził, proszę o wybaczenie.

Patrzyli na siebie w napięciu.

- Tak ci powiem, że mnie nic w życiu tak nie szkoda, że jam ciebie skrzywdził. Toż dwadzieścia lat przeszło, jak my ciebie bili zerknął na Leszka i mówi dalej. A ja rozpamiętuję. Po co mnie ta Dorota była? Anim ja ją lubił, ani co! Sama do mnie przyszła, ja żem dobry chłopak był, anim pił, anim palił, ani nic! Przy niej zacząłem, bo się śmiała, żem drugi Leszek.

Przerwał na chwilę, wyglądało na to, że się zmęczył. Dwaj wynędzniali mężczyźni siedzieli na parkowej ławce, mijający ich ludzie rzucali im litościwe spojrzenia.

- Jak ty do niej przychodził, to mnie szkoda ciebie było, alem myślał: co, Leszkowi babę oddasz? Jak ty przyszedł w jesieni, to ja był wypity – ciągnął Olek. – Kazała bić, tom bił, ale jakżem ciebie widział, jak leżysz, nie bronisz się, nic, to mnie taki wstręt zdjął! Tak mi się szkoda zrobiło! Kazała, żeby ciebie zostawić, ale żem do twojego ojca dał znać, żeby zabrał… Ohydy żem nabrał, żem patrzeć na nią nie mógł! Jakby już z brzuchem nie była, to bym w ten mig rzucił. Jak Samancie pół roku było, czy nawet mniej, żeśmy się rozeszli. Tak i widzisz, anim z nią nie żył, a tobie, coś ją jeden szczerze lubił, odjął.

Pochylił się w stronę Leszka i opowiadał bardziej szczegółowo:

- Ona też szczęścia nie ma! Piętnastu chłopów zmieniła, z żadnym nie nabyła! Teraz drugi rok, jak sama siedzi... Ten ostatni, Edek, taki był do bicia! On ich tam wszystkich lał: Dorotę, dzieci, jej ojców, braci, siostry! Ja był świadkiem. Raz żem zaszedł do nich pić, zakąskę postawiła i chciała iść do dzieci, a Edek mówi: „Chodź no tutaj”. Ona podchodzi, a ten bez niczego chlast po tym durnym ryju! Dorota chce uciekać. „Czekaj! My jeszcze nie skończyli! W rękę pana całuj!” – krzyczy Edek. To wzięła i pocałowała, bo co z bandytą robić? Jej najmłodszy, William, to od niego, ale nic od Edka nie chciała, ani alimentów, ani nic, tylko żeby od nich poszedł! A i tak ledwo go wygnali.

Umilkł na chwilę i mówił dalej.

- A i mnie Chrystus za twoją krzywdę pokarał, jak ty się rozpił, takem i ja się rozpił. Żony u mnie nie ma, córka jest, ale dla niej ja i pies to jedno. Jak na jesieni powiedzieli, że ze mnie już nic nie będzie, tak jam się modlić zaczął i tak sobie wymyślił, że mnie trzeba do ciebie iść o wybaczenie prosić. Może mnie grzech odpuszczony będzie? Daruj, żem cię bił, jakeś po kobitę przyszedł. Jak możesz, daruj.

Leszek nie mówił nic, patrzył w ziemię.

- Będę wiedział, że ty mnie darował, jak na mój pogrzeb przyjdziesz. Bratu powiem, żeby ci dał znać. Tak z Bogiem! rzekł Olek, podnosząc się z ławki i odchodząc w stronę szpitala.

Leszek milczał, zapinając narzuconą na piżamę cienką, wiosenną kurtkę.

 

*

Nadeszła wiosna. Nad grobem, do którego dopiero co spuszczono trumnę, stał jeszcze ksiądz w towarzystwie kilku osób z najbliższej rodziny, rodziców i braci. Pozostałe osoby – niewielka grupka – zaczynały się rozchodzić. Był wśród nich Leszek, trzeźwy i ogolony. Szedł samotnie, parę kroków za nim widać było Dorotę. Miała dwie blizny na twarzy, a nos był zapadnięty w środku jak po złamaniu.

- Co tak lecisz, zaczekaj – odezwała się.

Zatrzymał się, oko i policzek drgały mu nerwowo.

-  Ja nie myślała, że i ty przyjdziesz! – rzekła. – Co to się stało?

Nie odpowiadał. Wpatrywali się w siebie, lustrowała ciepłe, porządne ubranie Leszka, bladą twarz i krótko przycięte włosy.

- Tego… Ty, widzę, sporządniał. No, dobrze! – zaczęła mówić Dorota. – Szkoda, że Olek nie tego. On od mojej najstarszej ojciec! Mnie, tego, szkoda…

Widać było, że nie wie, co powiedzieć i się plącze. Leszek marszczył brwi, jakby starając się zrozumieć.

- Nic nie mówisz… Ty nigdy nic nie mówisz! – rzekła.

Szli w stronę cmentarnej bramy, niektórzy przyglądali się im z ciekawością. Minęli ładny, nowy nagrobek, na którym znajdował się napis:

 

                                      TOMASZ LEBOWSKI

                                   UR. 08/04/78 ZM. 01/01/13

                    THE SUN IS GONE BUT I HAVE THE LIGHT

 

Zniknęli powoli na cmentarnej uliczce. Na błękitnym niebie słońce zbliżyło się właśnie do zenitu.

 

*

Jak wam się podoba mój skromny bohater? Niewiele działa, jeszcze mniej mówi, a pokonał rywali! Zniknął wampir Tomek, brutalny Olek pokajał się, zanim umarł na nerki, a on dawno nie wyglądał lepiej! Przytył, pić przestał – a co najlepsze, wystarczy, że palcem kiwnie, będzie miał Dorotę i jej dzieci na dokładkę! Ja sam leżę przykryty kamieniem... A może wciąż idę przez ciemność,  długą jak błysk światła noc.