Prawa Morta albo Dziesięć przykazań Nowego Zarania

Ocena: 
7.66667
Average: 7.7 (3 votes)

– Cicho być!

W piwnicy spalonego do gołej cegły domu ryk Mortona uciszył przekrzykujące się wzajemnie głosy.

– Ściągnęliście mnie tutaj, to teraz gadajcie. Pojedynczo.

Przysiadł na krawędzi ułożonej w sześcian sterty gruzu, która uchodziła za stół. Dzieci, pomyślał. Kiedyś widziałem w nich żołnierzy, ale tak naprawdę to tylko dzieci. Kiedy ja byłem w ich wieku...

Powstrzymał się przed nostalgicznymi wspominkami. Nigdy nie był w ich wieku. Dorastał w czasach samochodów i klimatyzacji, hipermarketów i taniego chińskiego obuwia. Mieszkał w domu z dachem i chodził do prawdziwego liceum, które mógł rzucić. Miał nawet ojca, chociaż jedyne, czego ten zapijaczony gbur go nauczył, to jak zamawiać pizzę przez telefon.

Prawdopodobnie zginął już w pierwszej fazie inwazji, ale Mort nigdy nie dowie się na pewno. W tamtym czasie dołączył już do Marines. Znalazł rodzinę, na której mógł polegać. Pozostał jej wierny do końca, a gdy go osierociła, stworzył sobie nową, ucząc ocalałych cywilów wszystkiego, co wiedział o walce z kosmitami.

Powolni i starzy zginęli już dawno temu – ale nie Mort. Był żywym hołdem dla szkolenia zafundowanego mu przez sierżanta sztabowego i podręcznikowym przykładem cholernego szczęściarza.

Andi Ferriby wstała, żeby zabrać głos. W wieku dwudziestu ośmiu lat była matriarchinią oddziału, kumatą, pyskatą i twardą jak stal. Kiedy jeszcze mieli jakieś naboje, Mort nauczył ją, jak w terenie rozkładać i składać toporne karabiny MM49, choć nawet wtedy te cholerstwa lepiej sprawdzały się jako maczugi. Można było władować w groma pięć magazynków i niczego nie wskórać. Jednak łby mieli wyjątkowo kruche. Najlepsze efekty dawały ciosy w lewą skroń.

Ale to już przeszłość. Walki dobiegły końca.

Czy wygrali? Mort nie miał pojęcia, wiedział tylko, że przetrwali w rozproszonych grupach. Czy to wystarczało? Musiało. Mogli odbudować społeczności, od nowa nauczyć się wszystkiego.

Zaczęło się nagle. Armada pozaziemskich statków zasiała spustoszenie wśród silosów rakietowych, rafinerii i wież komunikacyjnych – wszystko na raz. Gromy, nazwane tak od jedynego rozpoznawalnego dźwięku, jaki wydawały, walczyły wyłącznie bronią białą, za to w miejsce jednego zabitego pojawiały się dwa kolejne. Nieprzerwany strumień kosmicznego mięsa armatniego. Miliony. Miliardy. Koniec końców pociski i artyleria uległy w obliczu druzgocącej przewagi liczebnej.

Z sobie tylko znanych powodów przysadziści, muskularni kosmici nie dokonali masowej eksterminacji. Zamiast tego, kraj po kraju i miasto po mieście, sukcesywnie cofali całą Ziemię do czasów średniowiecza. Być może dla nich była to tylko zabawa. Być może ich celem od początku było pokazanie krnąbrnej ludzkości ich miejsca w galaktycznym szeregu. Kto to wie. Nigdy nie udało się nawiązać z nimi kontaktu.

Mort szacował, że działania ofensywne i kontrofensywne, które zdziesiątkowały ośmiomiliardową populację globu, trwały jakieś czterdzieści lat. Żadne z tych dzieciaków nie pamiętało, co było przedtem.

A teraz trzynaścioro spośród ocalałych gapiło się na niego wyczekująco.

– No dobra, ty pierwsza. – Wskazał na Andi.

Skinęła.

– Dziadku Morcie, wiemy, jak walczyć i jak się ukrywać, ale nie mamy pojęcia, jak żyć w pokoju. Wczoraj Ainley i jego oddział przyszli do nas po prowiant, jednak u nas też się nie przelewa. Nie mieli niczego na wymianę. Musieliśmy ich odprawić, ale obie strony poniosły straty. Teraz, gdy nie ma już gromów, nie powinniśmy walczyć między sobą.

Mort pokręcił głową. Jak mogą odbudować coś, o czym nie mają pojęcia?

– W dawnych czasach były od tego jakieś zasady. Mama tak mówiła. – Jimmy York podał mu coś małego w swojej silnej, ogorzałej dłoni.

Mort wziął przedmiot. Jego palce zadrżały, gdy rozpoznał złożoną wielokrotnie stronę z książki. Otworzył ją z namaszczeniem.

– Skąd to masz?

– Od mamy – wyjaśnił Jimmy. – Powiedziała, że znów staniemy się cywilizowani tylko jeśli będziemy umieli czytać i pisać. Próbowała mnie nauczyć, ale... Zabrakło czasu. – Wzruszył ramionami. – Teraz już jej nie ma, a nikt z oddziału nie potrafi czytać.

Nie było nawet czego. Książki wyczerpały się trzy dekady temu – wyrwanymi stronami podcierano tyłki albo rozpalano w zimie ogniska.

Mort zmrużył oczy i spróbował zmierzyć się z rozmazaną czcionką na wymiętoszonym skrawku papieru. Zajęło mu trochę, nim jedno po drugim odcyfrował słowa:

Niech będzie chwała

Po górach, dolinach

A niech to diabli! Spis treści z kościelnego śpiewnika!

Głos dawno już nieżyjącego kapelana rozbrzmiał echem w jego głowie, ale pozostał z niego sam ton kazania; słowa już dawno się wykruszyły.

Nie szkodzi, Mort i tak nigdy nie był wierzący.

Jednak te dzieciaki potrzebowały jakichś podstaw, na których mogłyby się oprzeć. Gdyby tylko przypomniał sobie dziesięć przykazań. Sięgnął w głąb zakurzonej pamięci, odnalazł w niej gigantyczne dziury i załatał je tym, co sam wymyślił.

I tak właśnie Nowe Zaranie otrzymało Prawa Morta:

1) Nie będziesz miał bogów.

2) Nie zabijaj czego nie możesz zjeść.

3) Traktuj innych dobrze, tak jak sam chcesz być traktowany.

4) Czcij ojca swego, matkę swoją i oddział swój.

5) Nie kradnij, poproś grzecznie albo zaoferuj wymianę.

6) Nie pożądaj wała bliźniego swego.

7) Ucz się wszystkiego, czego tylko zdołasz, i ucz innych za darmo.

8) Mów prawdę i zawstydź diabła.

9) Zawsze myj ręce po korzystaniu z latryny.

10) Nigdy nie zaczynaj walki, ale zawsze ją kończ.

W późniejszych latach władze wzniosły pomnik Morta na rynku Nowomiasta. W każdą sobotę rano myśliciele zbierali się tam, by uczyć każdego, kto chciał się uczyć, mówić do każdego, kto chciał słuchać, i prowadzić dyskusję z każdym, kto chciał rozmawiać. Tematem, który zawsze wzbudzał najwięcej emocji, było przykazanie szóste.

Przełożyła Martyna Bohdanowicz

Odpowiedzi

Kolejna wariacja, dość przyjemna ale niespecjalnie wybitna. Na koniec miły żarcik.