Lipiec 2019

Berlin – Marvano

Ropiejący wrzód na ciele rosyjskiego giganta

Marcin Knyszyński

„Berlin” autorstwa Marka van Oppena, znanego jako Marvano, został właśnie wznowiony po dziesięciu latach. Komiks historyczny Marvano już niedawno czytaliśmy – we wrześniu zeszłego roku ukazała się „Brygada żydowska”. Choćby na tej podstawie wiemy już, czego możemy się spodziewać po tym obszarze twórczości autora, w którym nie zajmował się fantastyką. I dokładnie to dostajemy.

„Berlin” jest zbiorczym wydaniem trzech komiksów van Oppena. Pierwszy ma już dwadzieścia pięć lat i jest dużo starszy od kolejnych (drugi i trzeci tom zostały napisane i wydane w krótkim odstępie czasu – w 2007 i 2008 roku). „Siedmiu krasnoludków” opowiada o załodze bombowca „S-Snowwhite” (dokładnie tak). Ta, oparta na prawdziwych relacjach weteranów RAF-u, historia przedstawia losy siedmiu pilotów, którzy pod koniec wojny brali udział w zmasowanych bombardowaniach Berlina. Towarzyszymy im w czasie nalotów, kiedy siedzą zamknięci w ciemnej puszce, z której nie sposób uciec; odliczamy loty pozostające do końca służby i cały czas rzucamy wyzwanie śmierci. Marvano chciał zwrócić uwagę na to, że nie tylko „ci na dole” przeżywali koszmar. Młodzi ludzie, którzy nie mogli jeszcze brać ślubu ani prowadzić samochodu, byli według machiny wojskowej na tyle dojrzali, aby poświęcić swe życie dla szeroko pojętej i niejednoznacznie interpretowanej „wolności”. Smutna, poruszająca opowieść o całym pokoleniu „krasnoludków”, które musiało zginąć, zanim na dobre zaczęło żyć.

Marvano w Subiektywnie

„Berlin” autorstwa Marka van Oppena, znanego jako Marvano, został właśnie wznowiony po dziesięciu latach. Komiks historyczny Marvano już niedawno czytaliśmy – we wrześniu zeszłego roku ukazała się „Brygada żydowska”. Choćby na tej podstawie wiemy już, czego możemy się spodziewać po tym obszarze twórczości autora, w którym nie zajmował się fantastyką. I dokładnie to dostajemy.

 

Marcin zaprasza dzisiaj do Berlina.

Drabble

To nie Twoja bajka ostrzega dziś w stu słowach Anna Szumacher.

Criminal 1 Tchórz/Lawless – Ed Brubaker, Sean Phillips

Criminal

Jagoda Wochlik

„Criminal” to komiks autorstwa Eda Brubakera i Seana Phillipsa. Duet ten stworzył razem kilka naprawdę świetnych historii kryminalnych, w tym wydane wcześniej przez Muchę „Zaćmienie”. W tomie znajdziemy dwie opowieści –„Tchórz” i „Lawless”. Komiks został uhonorowany nagrodami Eisnera i Harveya, w tym dla najlepszego scenarzysty i najlepszej nowej serii komiksowej.

Na „Criminal” składają się na pierwszy rzut oka dwie niezależne historie. Pierwsza jest gotowym scenariuszem na klasyczny heist movie. Oto mamy grupę, która zamierza dokonać skoku na konwój przewożący dowody na rozprawę w sądzie i buchnąć cenne diamenty. Skok okazuje się jednak jedynie wstępem do czegoś większego. Druga, „Lawless” jest historią byłego wojskowego, który po latach wraca w rodzinne strony, by mścić się za śmierć brata. To  tylko z pozoru osobne opowieści. Gdy uważnie się w nie wczytamy, okazuje się, że mamy w nich do czynienia z tymi samymi bohaterami, tyle że w jednej mogą być postaciami głównymi, w innej pobocznymi. Powtórzą się też miejsca; również opisywane środowisko drobnych kanciarzy  będzie dokładnie to samo.


„Criminal” to naprawdę fajne historie – wciągające, wielowątkowe, z niezłymi i niespodziewanymi zwrotami akcji, wyrazistymi postaciami, którym się kibicuje, choć ich moralność pozostawia wiele do życzenia. Nie są to płaskie historyjki, jak to się często zdarza w komiksach, a pełnokrwiste, rasowe opowieści. Poza tym jak na z pozoru kryminalny komiks scenarzysta porusza ważne i aktualne tematy: odpowiedzialności za drugą osobę, zemsty, wojny i związanych z nią okropieństw, uzależnień.

Nie tylko warta fabularna jest tu świetna, ale i ilustracje stoją na bardzo wysokim poziomie. Klimat kadrów świetnie pasuje do opowiadanej historii. Rysownik, choć nie eksperymentuje z kadrami, grą światła i cienia doskonale buduje wizualną warstwę historii.

Ed Brubaker, Sean Phillips w Subiektywnie

„Criminal” to komiks autorstwa Eda Brubakera i Seana Phillipsa. Duet ten stworzył razem kilka naprawdę świetnych historii kryminalnych, w tym wydane wcześniej przez Muchę „Zaćmienie”. W tomie znajdziemy dwie opowieści –„Tchórz” i „Lawless”. Komiks został uhonorowany nagrodami Eisnera i Harveya, w tym dla najlepszego scenarzysty i najlepszej nowej serii komiksowej.

 

Dzisiaj w Subiektywnie gości Jagoda z recenzją pierwszego tomu Criminal.

Króciak

Co powiecie na małe Dryfowanie w nieznane? Podążajcie za słowami kapitana Marcina Kowalskiego.

Batman. Detective Comics. Tom 5: Życie w samotności – James Tynion IV, Christopher Sebela, Eddy Barrows i inni

Batman. Detective Comics. Tom 5: Życie w samotności – James Tynion IV, Christopher Sebela, Eddy Barrows i inni

Lekka zadyszka

Marek Adamkiewicz

Odrodzona inkarnacja „Detective Comics” od samego początku jest komiksem, że tak powiem, „łatwego odbioru”. To produkt skrojony na miarę dzisiejszego fana superhero – raczej nieskomplikowany scenariuszowo, bardzo akcyjny i miły dla oka. „Nowe DC Comics” było dla Jamesa Tyniona IV swego rodzaju poligonem doświadczalnym, dzięki któremu nabrał doświadczenia niezbędnego do poprowadzenia własnego bat-tytułu. W udziale przypadł mu właśnie „Detective Comics”, co stanowi swego rodzaju nobilitację – to wszak najstarszy komiks traktujący o przygodach Nietoperza. Jego kadencja nie zapisze się w historii jako wybitna, ale z pewnością jest to porządna rozrywka. I tą właśnie ścieżką idzie też w najnowszym tomie – „Życie w samotności”.

Choć przez wielu był uznany za zmarłego, Tim Drake żyje. Porwany przez tajemniczego Pana Oza bohater znajduje się jednak w miejscu odosobnienia, do którego nie ma dostępu nikt z jego przyjaciół. Niespodziewanie pojawia się za to nowy sojusznik, którego tożsamość oraz metody działania będą dla młodego Tima prawdziwym szokiem. Obu udaje się powrócić do Gotham City, ale tu ich drogi się rozchodzą, bowiem towarzysz dawnego Robina ma jeden cel – zabić Batwoman. Na to nie ma zgody bat-rodziny, musi więc dojść do potyczki.

James Tynion IV, Christopher Sebela, Eddy Barrows i inni w Subiektywnie

Odrodzona inkarnacja „Detective Comics” od samego początku jest komiksem, że tak powiem, „łatwego odbioru”. To produkt skrojony na miarę dzisiejszego fana superhero – raczej nieskomplikowany scenariuszowo, bardzo akcyjny i miły dla oka. „Nowe DC Comics” było dla Jamesa Tyniona IV swego rodzaju poligonem doświadczalnym, dzięki któremu nabrał doświadczenia niezbędnego do poprowadzenia własnego bat-tytułu. W udziale przypadł mu właśnie „Detective Comics”, co stanowi swego rodzaju nobilitację – to wszak najstarszy komiks traktujący o przygodach Nietoperza. Jego kadencja nie zapisze się w historii jako wybitna, ale z pewnością jest to porządna rozrywka. I tą właśnie ścieżką idzie też w najnowszym tomie – „Życie w samotności”.

 

Zapraszamy do Subiektywnie, gdzie Marek zrecenzował właśnie piątą odsłonę z serii Batman. Detective Comics.

Wolverine. Staruszek Logan – Mark Millar, Steve McNiven

Nazywam się Logan

Marcin Knyszyński

W sierpniu 2008 roku, w sześćdziesiątym szóstym numerze serii „Wolverine” rozpoczęła się ośmioczęściowa historia, uważana za jedną z najważniejszych opowieści o Rosomaku. Cztery i pół roku temu ukazała się w Polsce jako pięćdziesiąty czwarty album „Wielkiej kolekcji komiksów Marvela” od Hachette, a teraz wraca na nasz rynek w wydaniu Egmontu. Mark Millar, zainspirowany kreacją Clinta Eastwooda w genialnym „Bez przebaczenia”, przedstawia postać Wolverine’a próbującego przetrwać w alternatywnej wersji uniwersum Marvela. Tutaj przed pięćdziesięcioma laty świat zmienił się całkowicie.

Mamy rok mniej więcej 2060. Od pół wieku nie ma już superbohaterów. Niemal wszyscy zostali zabici w wielkim „pospolitym ruszeniu” superłotrów, którzy teraz, niczym wielcy feudalni władcy, panują w podzielonej Ameryce. Cały Wschód opanowany jest przez Prezydenta (którego tożsamość poznajemy później, kiedy akcja przenosi się w okolice Mount Rushmore – jasna sprawa) a jego sąsiadem jest Doctor Doom. Centralne Stany Zjednoczone to ziemia niczyja ­– na zachód od niej mamy terytorium Kingpina, okopanego w swoim Fisk Lake City a następnie – uwaga! – trafiamy na Zachód zdominowany przez Hulka i jego pomiot. Tak, ten wielki filar Avengers zszedł na złą drogę i razem ze swoją ­– rysowaną tak jak na wielu popkulturowych obrazkach – „hillbilly family” terroryzuje tereny od Seattle po San Diego.

Mark Millar i Steve McNiven w Subiektywnie

W sierpniu 2008 roku, w sześćdziesiątym szóstym numerze serii „Wolverine” rozpoczęła się ośmioczęściowa historia, uważana za jedną z najważniejszych opowieści o Rosomaku. Cztery i pół roku temu ukazała się w Polsce jako pięćdziesiąty czwarty album „Wielkiej kolekcji komiksów Marvela” od Hachette, a teraz wraca na nasz rynek w wydaniu Egmontu. Mark Millar, zainspirowany kreacją Clinta Eastwooda w genialnym „Bez przebaczenia”, przedstawia postać Wolverine’a próbującego przetrwać w alternatywnej wersji uniwersum Marvela. Tutaj przed pięćdziesięcioma laty świat zmienił się całkowicie.

 

Do Subiektywnie zawitał dzisiaj w recenzji Marcina Wolverine. Staruszek Logan.

Króciak

Dziś Olga Drozd debiutuje u nas wizytą w pewnej Szafie.

Kaczogród. Kamień filozoficzny i inne historie z lat 1955–1956 – Carl Barks

Kaczogród

Jagoda Wochlik

Carl Barks to człowiek legenda. To jemu w dużej mierze zawdzięczamy dzisiejszy wygląd uniwersum Kaczek. Wymyślił również takie miejsca jak Kaczogród czy Skarbiec Sknerusa. On powołał do życia Sknerusa McKwacza, braci Be, Diodaka. Will Eisner nazywał go „Andersenem komiksów”. „Kamień filozoficzny” to czwarta już odsłona przygód Donalda i spółki. Tom zawiera zarówno długie fabuły, jak i jednostronicowe, krótkie historyjki.

W tym tomie razem z Donaldem, Sknerusem i siostrzeńcami wybierzemy się między innymi do Kolchidy, gdzie będziemy musieli pokonać harpie. Wyruszymy także na poszukiwania kamienia filozoficznego. Będziemy mieli do czynienia z Minotaurem. Ale oprócz historii w których scenarzysta twórczo i zgrabnie korzysta z mitologii, natrafimy też na opowieści z codziennego życia Kaczek – na przykład o postanowieniach noworocznych czy sporze między Donaldem a siostrzeńcami o bród.

„Kamień filozoficzny” zawiera wszystko co najlepsze w historiach o Kaczkach. Jest w nich dużo akcji, dużo humoru, trochę absurdu. Na dodatek opowieści są naprawdę zróżnicowane. Niektóre zawierają elementy fantastyczne, inne dotyczą codzienności, choćby kiedy Donald po raz kolejny próbuje znaleźć pracę. Poza tym bohaterów naprawdę się lubi, mimo ich wad i przywar. Czytelnik czerpie prawdziwą przyjemność z obserwowania ich przygód.

„Kaczogród” ma tę dodatkową zaletę, że oddano klasyczny wygląd Kaczek. Nie wiem, jaki jest wasz stosunek do ich nowego, odświeżonego wizerunku, który zobaczyć możemy choćby w najnowszym serialu animowanym „Kacze opowieści”, ale ja zdecydowanie wolę ich tradycyjny wygląd, którym te tomy pozwalają mi się nacieszyć.

Zastanawia mnie tylko dobór niektórych słów w polskim tłumaczeniu. Kacze historie pisane były mimo wszystko z myślą o dzieciach. Zastanawiam się, czy takie wyrazy jak „urwipołeć” czy „szelma” nie są nieco za trudne dla młodego czytelnika. Z drugiej strony może to dobry sposób na poznawanie nowych zwrotów?

Carl Barks w Subiektywnie

Carl Barks to człowiek legenda. To jemu w dużej mierze zawdzięczamy dzisiejszy wygląd uniwersum Kaczek. Wymyślił również takie miejsca jak Kaczogród czy Skarbiec Sknerusa. On powołał do życia Sknerusa McKwacza, braci Be, Diodaka. Will Eisner nazywał go „Andersenem komiksów”. „Kamień filozoficzny” to czwarta już odsłona przygód Donalda i spółki. Tom zawiera zarówno długie fabuły, jak i jednostronicowe, krótkie historyjki.

 

Jagoda zaprasza dziś do Kaczogrodu.

Oblężenie – Geraint Jones

Wojna i miłość. I urwał nać.

Hubert Przybylski

Muszę się Wam, moi najdrożsi Szortalowicze, do czegoś przyznać. Nie cierpię wulgaryzmów w literaturze. Niby moja ścieżka kariery, poprzez długie lata pracy z najniżej wykwalifikowaną siłą roboczą, powinna mnie przynajmniej ździebko uodpornić na bluzgi, ale nie uodporniła. Może jedynie sprawiła, że sam częściej posługuję się podwórkową łaciną*, ale nie znaczy to, że lubię to robić. Enyłej, w drugim tomie przygód Corvusa vel. Felixa, „Oblężeniu” Gerainta Jonesa, wulgaryzmów jest jeszcze więcej niż w pierwszym, „Krwawym lesie”. Czy mimo tego tę powieść oceniam równie dobrze, jak poprzednią? O tym za malutki momencik.

Albowiem najsamprzód tradycja i te sprawy, czyli wprowadzenie do fabuły książki. Jeśli ktoś z Was jeszcze nie czytał pierwszego tomu, to ten akapit sobie odpuśćcie, bo będą spoilery. Także teges – jesteście ostrzeżeni. I żeby mi potem bluzgania nie było. Wracając do fabuły „Oblężenia”. Jak wiecie**, Corvus/Felix przetrwał zagładę legionów Warusa i wraz z innymi ocaleńcami dostał się do germańskiej niewoli. Złamani fizycznie i mentalnie, sprowadzeni do roli normalnych zdrowych niewolników, zostają użyci przez ludzi Arminiusza do zdobywania pogranicznych rzymskich fortów. Gdy trafiają pod Fort Aliso, dostrzegają okazję i po dramatycznej ucieczce stają się częścią oblężonej załogi. Przyjdzie im się zmierzyć nie tylko z oblegającymi ich Germanami, ale i z tajemniczym wrogiem, który czai się wewnątrz murów. A także z demonami siedzącymi w ich własnych głowach.

Powiem tak – zagramaniczne*** oceny nie kłamały. „Oblężenie” jest lepsze od „Krwawego lasu”. Akcja jest bardziej zwarta, nie ma niepotrzebnych przestojów, wszystko jeszcze bardziej trzyma się logicznie**** kupy. Do tego pogłębiła się warstwa psychologiczna, doszedł wątek miłosny, dzięki któremu jeszcze łatwiej utożsamiałem się z głównym bohaterem*****. Wszystko to sprawiło, że opowiadana historia jest jeszcze soczystsza i wiarygodniejsza.

Geraint Jones w Subiektywnie

Muszę się Wam, moi najdrożsi Szortalowicze, do czegoś przyznać. Nie cierpię wulgaryzmów w literaturze. Niby moja ścieżka kariery, poprzez długie lata pracy z najniżej wykwalifikowaną siłą roboczą, powinna mnie przynajmniej ździebko uodpornić na bluzgi, ale nie uodporniła. Może jedynie sprawiła, że sam częściej posługuję się podwórkową łaciną*, ale nie znaczy to, że lubię to robić. Enyłej, w drugim tomie przygód Corvusa vel. Felixa, „Oblężeniu” Gerainta Jonesa, wulgaryzmów jest jeszcze więcej niż w pierwszym, „Krwawym lesie”. Czy mimo tego tę powieść oceniam równie dobrze, jak poprzednią? O tym za malutki momencik.

 

Zapowiada się dziś w Subiektywnie, za sprawą Huberta, prawdziwe Oblężenie.

Łasuch. Tom 3 – Jeff Lemire

Danie dnia

Marek Adamkiewicz

Z zamkniętymi seriami komiksowymi jest jeden, ale za to ogromny problem – kiedyś muszą się  skończyć. A im są lepsze, tym czytelnikowi trudniej rozstać się z ulubionymi bohaterami. Jasne, można lekturę powtórzyć, ale moment pierwszego pożegnania nigdy nie jest łatwy. W przypadku „Łasucha” ten stan jest szczególnie odczuwalny, bowiem na łamach trzech tomów zbiorczych Jeff Lemire stworzył opowieść, która wciąga bez reszty i bardzo mocno łapie za serce. Cóż jednak zrobić – w końcu nadszedł, bo nadejść musiał, czas pożegnań. Pocieszeniem niech jednak będzie fakt, że zakończenie całej historii jest naprawdę bardzo udane.

Pan Jepperd, Gus i ich towarzysze kontynuują swoją drogę na północ. Chcą poznać tajemnicę pochodzenia chłopca i spróbować odnaleźć lekarstwo na trawiącą ludzkość chorobę. Po drodze muszą się jednak zmierzyć z wieloma niebezpieczeństwami – sojusznicy mogą błyskawicznie stać się wrogami, a ścigająca ich grupa z dnia na dzień coraz bardziej depcze im po piętach. Zbliża się ostateczna konfrontacja, a walka o przetrwanie będzie wyniszczająca i brutalna, ale jeśli Jepperd marzy o lepszym jutrze dla swoich podopiecznych, musi za wszelka cenę tę potyczkę wygrać.

Od samego początku „Łasuch” czarował przede wszystkim wiarygodnością psychologiczną i świetną kreacją protagonistów. W zamykającym całość tomie nic się w tej materii nie zmienia – Jeff Lemire poświęca wiele czasu i uwagi na nakreślenie relacji między bohaterami i pokazanie ich ewolucji. Tym dwóm rzeczom sprzyjają obecne w albumie retrospekcje. Jedna z nich przybliża na przykład motywacje, jakimi kieruje się ścigający grupę mężczyzna. Wycieczka w przeszłość nie sprawi, że usprawiedliwimy jego obecne poczynania, ale pozwoli lepiej zrozumieć dlaczego w ogóle zachowuje się w tak podły sposób i pokaże wydarzenia, które uczyniły go osobą tak bardzo bezwzględną.

Jeff Lemire w Subiektywnie

Z zamkniętymi seriami komiksowymi jest jeden, ale za to ogromny problem – kiedyś muszą się  skończyć. A im są lepsze, tym czytelnikowi trudniej rozstać się z ulubionymi bohaterami. Jasne, można lekturę powtórzyć, ale moment pierwszego pożegnania nigdy nie jest łatwy. W przypadku „Łasucha” ten stan jest szczególnie odczuwalny, bowiem na łamach trzech tomów zbiorczych Jeff Lemire stworzył opowieść, która wciąga bez reszty i bardzo mocno łapie za serce. Cóż jednak zrobić – w końcu nadszedł, bo nadejść musiał, czas pożegnań. Pocieszeniem niech jednak będzie fakt, że zakończenie całej historii jest naprawdę bardzo udane.

 

Marek recenzuje trzeci tom Łasucha.

Dzikie dziecko miłości – Aneta Jadowska

Sprawiedliwość według martwych

Anna Szumacher

Bardzo lubię, kiedy książki Anety Jadowskiej są wypuszczane na rynek w okolicy wakacji. Bo to takie pełne akcji, ale lekkie i humorystyczne powieści. Czasem skupiają się na kopaniu tyłków przez wyszkolonych zabójców, czasem to szamańskie przepychanki z duchami. Bywają wojny wilków, niebiańskie apokalipsy, krótko mówiąc do wyboru, do koloru. Idealne do czytania dla rozrywki, na przykład na plaży. Z taką myślą podchodziłam do najnowszej powieści Jadowskiej, czyli „Dzikiego dziecka miłości”. I powiem wam jedno: nigdy nie można ufać kobiecie…

…bo kiedy ja już się przyzwyczaiłam do pewnego rytmu książek z magicznego Thornu, autorka wykonała woltę. I wcale lekko nie było. Co nie znaczy, że nie było dobrze. Było bardzo dobrze. I to z kilku względów.

Przede wszystkim to wielka gratka dla fanów Dory Wilk i akcji dziejącej się w Thornie. Aneta Jadowska nie porzuca swoich ludzi – choć może to raczej oni nie chcą się odczepić, ale w DDM poza Dorą pojawia się naprawdę spora grupa osób przewijających się przez poprzednie książki z serii: jest nekromantka Katia, szpieg łamane przez nauczyciel Nissim, patolożka Bogna, szaman Witkacy wraz z całą rodziną i Sępem w bonusie, spora grupa wilków z Thornu i wampiry. Tak, jest Roman. Dużo Romana (czyżbym w tle słyszała piski?). Nieco zawiedzeni mogą być wyłącznie fani Joshui i Mirona, bo ci nie pojawiają się praktycznie w ogóle. Mamy też nowych bohaterów. A może raczej bohaterkę, bo wygląda na to, że w Thornie może dojść do sporych zmian, jeśli chodzi o władzę wykonawczą… ale mówienie o tym dalej byłoby spoilerem, więc wróćmy do fabuły.

Aneta Jadowska w Subiektywnie

Bardzo lubię, kiedy książki Anety Jadowskiej są wypuszczane na rynek w okolicy wakacji. Bo to takie pełne akcji, ale lekkie i humorystyczne powieści. Czasem skupiają się na kopaniu tyłków przez wyszkolonych zabójców, czasem to szamańskie przepychanki z duchami. Bywają wojny wilków, niebiańskie apokalipsy, krótko mówiąc do wyboru, do koloru. Idealne do czytania dla rozrywki, na przykład na plaży. Z taką myślą podchodziłam do najnowszej powieści Jadowskiej, czyli „Dzikiego dziecka miłości”. I powiem wam jedno: nigdy nie można ufać kobiecie…

 

Ania opowiada dzisiaj subiektywnie o Dzikim dziecku miłości.

Last Man – Yves Balak, Bastien Vivès (scenariusz), Bastien Vivès (rysunki)

Last Man

Jagoda Wochlik

„Last Man” to komiks, na którego podstawie powstał serial animowany, a także gra „Last Fight”. Zarówno serial, jak i gra nie były w Polsce znane szerokiemu gronu odbiorców, nie cieszyły się wielką popularnością. Może więc nieco dziwić fakt, że sześć lat po premierze oryginału wydawnictwo Non Stop Comics zdecydowało o wypuszczeniu go na nasz rynek. Czy było na co czekać?

„Last Man” to opowieść o przygodach niezwykłego duetu – chłopca imieniem Adrian, który uczy się w niewielkiej szkole walki oraz starego wyjadacza, przybysza z dalekich stron – Richarda Aldany. Obaj bardzo pragną wziąć udział w prestiżowym turnieju walki. Na przeszkodzie staje jednak fakt, że w zmaganiach mogą uczestniczyć tylko duety, a żaden z nich nie ma partnera. Aldana proponuje więc chłopcu, by wystąpili razem.

„Last Man” to nie wielkie ani przełomowe dzieło. To komiks, który jest opowieścią o przeciwieństwach. Ot, mamy młodego chłopaka, który marzy o wielkim sukcesie, doskonale znającego techniki i historię sztuk walki, właściwie żyjącego turniejem, i starego, cynicznego wyjadacza, który za nic ma zasady i święte reguły. Każdy od każdego ma szansę się czegoś nauczyć. Fabułę komiksu stanowią głównie walki turniejowe i niezdarne próby Richarda, który usiłuje podrywać atrakcyjną mamę Adriana. Jak można zauważyć, jedna sztampa w scenariuszu goni kolejną, ale w gruncie rzeczy czyta się to bardzo miło.

Graficznie komiks bardzo przypomina mangę. Niektórzy bohaterowie mają charakterystyczne dla tego stylu duże oczy, postaci są wyraziste, z kolei tła bardzo skąpe, ledwo zarysowane. Całość utrzymana jest w czerni i bieli.

„Last Man” to w zasadzie dobra seria na lato. Opowieść jest niewymagająca, ale sympatyczna. Bohaterów można polubić, a w ich przygody nietrudno się zaangażować. Z drugiej strony nie jest to lektura, nad którą trzeba bardzo się skupiać. Ot, przyzwoity średniak.

Yves Balak, Bastien Vivès oraz Bastien Vivès w Subiektywnie

„Last Man” to komiks, na którego podstawie powstał serial animowany, a także gra „Last Fight”. Zarówno serial, jak i gra nie były w Polsce znane szerokiemu gronu odbiorców, nie cieszyły się wielką popularnością. Może więc nieco dziwić fakt, że sześć lat po premierze oryginału wydawnictwo Non Stop Comics zdecydowało o wypuszczeniu go na nasz rynek. Czy było na co czekać?

 

O Last Manie opowiada dziś w Subiektywnie Jagoda.

Bonneville – Marvano

1,609 kilometra

Marcin Knyszyński

Belgijski twórca komiksowy, Frank van Oppen, którego twórczość znamy już chociażby z omawianego niedawno „Berlina”, jest wielkim miłośnikiem motoryzacji. W wydanym (też niedawno) „Grand Prix” świetnie połączył tę pasję z zamiłowaniem do historii i kronikarskiej metody tworzenia scenariuszy komiksowych. W swoim najnowszym komiksie idzie jeszcze dalej – „Bonneville” charakteryzuje się jedną z najoryginalniejszych form przekazu wśród wszystkich komiksów obecnych dzisiaj na polskim rynku. Metoda twórcza znana z „Berlina”, „Grand Prix”, czy „Brygady żydowskiej” jest tutaj pociągnięta do ekstremum.

Jak wiemy z „Grand Prix”, w latach trzydziestych ubiegłego wieku szukano na naszej planecie dogodnego miejsca do bicia rekordów prędkości. I znaleziono – „Bonneville” jest historią pewnego szczególnego miejsca na Ziemi w pewnym szczególnym czasie, a konkretnie w latach 1959–1968. Jednak zgodnie z tym, co pisze autor komiksu, historia ta zaczęła się dziesięć tysięcy lat temu. Wtedy, pod koniec ostatniego zlodowacenia, poziom wód jeziora, które tysiące lat później naukowcy ochrzczą mianem „Bonneville”, zaczął się obniżać. Obecnie, od maja do listopada, powierzchnię jego suchego dna stanowi półtorametrowa warstwa sprasowanej soli – gładka i twarda jak pas startowy na lotnisku. Słone Równiny Bonneville są niewiarygodnie rozległe, dlatego też zostały wybrane jako miejsce do bicia rekordów prędkości na lądzie.

Marvano w Subiektywnie

Belgijski twórca komiksowy, Frank van Oppen, którego twórczość znamy już chociażby z omawianego niedawno „Berlina”, jest wielkim miłośnikiem motoryzacji. W wydanym (też niedawno) „Grand Prix” świetnie połączył tę pasję z zamiłowaniem do historii i kronikarskiej metody tworzenia scenariuszy komiksowych. W swoim najnowszym komiksie idzie jeszcze dalej – „Bonneville” charakteryzuje się jedną z najoryginalniejszych form przekazu wśród wszystkich komiksów obecnych dzisiaj na polskim rynku. Metoda twórcza znana z „Berlina”, „Grand Prix”, czy „Brygady żydowskiej” jest tutaj pociągnięta do ekstremum.

 

W Subiektywnie są dziś również do przeczytania wrażenia Marcina z lektury Bonneville.

Promethea. Tom 1 – Alan Moore, J. H. Williams III

Heroina po Moore’owsku

Marek Adamkiewicz

Alan Moore wielkim pisarzem jest. To fakt niepodważalny i trzeba być szaleńcem, żeby twierdzić inaczej. To Anglik dał nam tak przełomowe komiksy jak „Strażnicy”, „Zabójczy żart” i „V jak Vendetta”. Ta renoma towarzysząca jego nazwisku sprawia, że prawie cała jego bibliografia została już wydana po polsku. No właśnie. Prawie. Chcąc poznać pojedyncze tytuły, trzeba było sięgnąć po oryginał w języku angielskim. Powoli ten stan rzeczy ulega jednak zmianie. Jednym z takich uzupełnień jest wydana właśnie przez Egmont „Promethea”.

Sophie Banks jest neurotyczną studentką, która pisze pracę dyplomową na temat tajemniczej bohaterki, pojawiającej się na przestrzeni lat w różnych dziełach kultury. Gdy Sophie odwiedza wdowę po pisarzu opisującym przygody Promethei, bo to o niej mowa, zostaje zaatakowana przez tajemniczy cień. Okazuje się, że dziewczyna została wybrana na kolejne wcielenie tej potężnej kobiety. Nagle pozyskane moce są dla niej sporym zaskoczeniem, ale będzie musiała wyjątkowo szybko opanować swoje zdolności, ze zmianą wcielenia na czele, bo ten pierwszy atak to zaledwie początek – okazuje się, że na jej życie dybią znacznie potężniejsze siły.

Pierwszy tom „Promethei” można w zasadzie uznać za swego rodzaju origin bohaterki. Sophie Banks nie jest co prawda pierwszą osobą wcielającą się w Prometheę, ale to początek jej drogi jako heroiny, my zaś mamy okazję obserwować, jak radzi sobie w tych dość nietypowych okolicznościach. Zostaje wrzucona na głęboką wodę, bowiem Moore nie daje jej zbyt wiele czasu na oswojenie się z zaistniałą sytuacją. Wiedzę na temat swoich umiejętności nabywa w praktyce, kiedy musi odpierać zagrożenia nadchodzące z tajemniczej Goecji. Obserwowanie rozwoju protagonistki jest naprawdę ciekawe, autor dobrze rozłożył akcenty między oboma jej obliczami, a to daje nam wgląd zarówno w przemyślenia Promethei, jak i w pełne niepokoju i niepewności, ale powoli uspokajające się myśli Sophie.

Alan Moore i J. H. Williams IIIw Subiektywnie

Alan Moore wielkim pisarzem jest. To fakt niepodważalny i trzeba być szaleńcem, żeby twierdzić inaczej. To Anglik dał nam tak przełomowe komiksy jak „Strażnicy”, „Zabójczy żart” i „V jak Vendetta”. Ta renoma towarzysząca jego nazwisku sprawia, że prawie cała jego bibliografia została już wydana po polsku. No właśnie. Prawie. Chcąc poznać pojedyncze tytuły, trzeba było sięgnąć po oryginał w języku angielskim. Powoli ten stan rzeczy ulega jednak zmianie. Jednym z takich uzupełnień jest wydana właśnie przez Egmont „Promethea”.

 

Marek przedstawia nam dzisiaj Prometheę.

Invictus – Marcin Ciszewski

Byśmy dwa takie mieli…*

Hubert Przybylski

Dawno, dawno temu miałem taką fazę, że czytałem wszystko, co dotyczyło wojennych zmagań na morzach i oceanach. Czy to była beletrystyka, czy dokument, czy wydarzenia rozgrywały się w epoce żaglowców, w czasie królowania drednotów, czy też na moim ulubionym Pacyfiku w latach 1941 – 1945 – nieważne. Ważne żeby były okręty i dzielni marynarze. Z notki o Marcinie Ciszewskim wyczytałem, że on też miał podobną fazę, z fascynacją tematyką drugowojennopacyficzną włącznie. I w sumie to mocno zastanawiające, że dopiero po latach i kilkunastu wydanych książkach zdecydował się sięgnąć do wojenno-morskich klimatów. Czy Invictus, wynik owego sięgania, jest równie dobry, jak poprzednie książki Ciszewskiego? O tym za momencik.

Gdyż albowiem najsampierw tradycja i w ogóle, czyli wprowadzenie do fabuły powieści. Rzecz dzieje się na alternatywnej wersji Ziemi. Sowieci wygrali Bitwę Warszawską w 1920 roku i bez większych problemów zajęli całą kontynentalną Europę, a później również Wielką Brytanię. Jest rok 1941. Japonia atakuje zdradziecko Amerykę, gdy ta szykuje się na przybycie gigantycznej sowieckiej floty inwazyjnej. Opóźniona technologicznie względem sowieckiej, zdziesiątkowana w czasie walk o Wielką Brytanię i ataku na Pearl Harbor amerykańska flota musi zmierzyć się z wielokrotnie większymi siłami najeźdźcy. Jej jedyną nadzieją jest największa pomyłka amerykańskiej administracji – wypierający 220 tys. ton** nieukończony pancernik USS „George Washington” i jego nowy, upokorzony przez przełożonych i złamany osobistą tragedią dowódca, który był i jest największym przeciwnikiem budowy kolosa.

Marcin Ciszewski w Subiektywnie

Dawno, dawno temu miałem taką fazę, że czytałem wszystko, co dotyczyło wojennych zmagań na morzach i oceanach. Czy to była beletrystyka, czy dokument, czy wydarzenia rozgrywały się w epoce żaglowców, w czasie królowania drednotów, czy też na moim ulubionym Pacyfiku w latach 1941 – 1945 – nieważne. Ważne żeby były okręty i dzielni marynarze. Z notki o Marcinie Ciszewskim wyczytałem, że on też miał podobną fazę, z fascynacją tematyką drugowojennopacyficzną włącznie. I w sumie to mocno zastanawiające, że dopiero po latach i kilkunastu wydanych książkach zdecydował się sięgnąć do wojenno-morskich klimatów. Czy Invictus, wynik owego sięgania, jest równie dobry, jak poprzednie książki Ciszewskiego? O tym za momencik.

 

Hubert, zwany Nieświeciem, recenzuje dziś powieść Invictus.

Szortal Transformacja - Odcinek 1

Szortal Transformacja (Odc. 1) - Patronite.pl oraz Zrzutka.pl

 

Naszedł czas, aby przedstawić sprawę jasno. Rutyna jest największym wrogiem postępu. Szortal potrzebuje gruntownych zmian, w przeciwnym razie zniknie po dekadzie istnienia. Pewnie zauważyliście brak aktualizacji wydawniczych na naszej stronie - o tym powiemy wkrótce. Bez wątpienia rzucił Wam się w oczy coraz dłuższy czas oczekiwania na kolejne numery "Szortalu Na Wynos" oraz fakt tworzenia podwójnych numerów - o tym również powiemy w kolejnych newsach. Trudno ukryć fakt spowolnienia do tej pory sprawnie działającej maszynerii stusłówkowo szortowo-longarowej. Szortal potrzebuje transformacji. Haustu powietrza, który doda mu sił i woli przetrwania. Będziemy stopniowo udostępniać informacje dotyczące poczynionych działań. Pierwszą możemy udostępnić już teraz. My, czyli Ekipa redakcyjna portalu literackiego Szortal.com.

Szortal pojawił się na dwóch platformach crowdfundingowych, na Patronite.pl oraz na Zrzutce.pl. Już teraz wiele się można dowiedzieć, niemniej to tutaj, na naszej stronie, pojawią się wkrótce kolejne, oficjalne wieści dotyczące przeobrażenia. Zapraszamy do odwiedzin oraz, w miarę chęci oraz możliwości, przyłączenia się do projektu.

Sin City. Trudne pożegnanie – Frank Miller

Studium w czerni i bieli

Marcin Knyszyński

Egmont co jakiś czas dodrukowuje nakłady komiksów, które po czasie stały się bardzo trudno dostępne na rynku. W maju pojawił się ponownie pierwszy tom słynnej serii „Sin City” autorstwa Franka Millera. Nie ma chyba takiego miłośnika historii obrazkowych, który nie słyszałby o tym komiksie – zwłaszcza, że czternaście lat temu głośnym echem na świecie odbiła się ekranizacja trzech wybranych opowieści ze świata „Sin City”. Jedną z nich było „Trudne pożegnanie”, czyli pierwsza wyprawa do Miasta Grzechu.

Marv, ćpun brzydki jak noc, brutalny osiłek, bywalec najpodlejszych barów, zabijaka i wyjęty spod prawa przestępca poznaje w knajpie przepiękną i obawiającą się o swoje życie kobietę o imieniu Goldie. Po upojnej nocy Marv budzi się spełniony, skacowany i zszokowany. Goldie nie żyje. Ktoś zakradł się do pokoju i zamordował ją w czasie, gdy spali, po czym najwyraźniej zaalarmował policję. Marv, wrobiony w morderstwo, ucieka z obławy i poprzysięga zemstę zabójcy. Nieważne kim ten bydlak jest – piekło zda mu się rajem w porównaniu do tego, co Marv szykuje dla niego przed śmiercią. Niestety nie będzie łatwo – krucjata bohatera prowadzi go w górę hierarchii miasta. Tam właśnie czai się największe zło.

Sin City jest prawdziwym Miastem Grzechu. Tu nie mieszkają dobrzy ludzie, są sami źli, gorsi i najgorsi. Marv należy do tych ostatnich, jest brutalnym, prawdziwie wściekłym psem zepchniętym na margines społeczeństwa. Jego gęba odstrasza nawet te najmniej wybredne prostytutki. Jak sam twierdzi, ma „ostro namieszane w głowie” przez prochy, alkohol i życie na krawędzi. Ale tylko taki styl życia pozwala mu choć na chwilę zapomnieć o największym piekle – czyli pustej egzystencji, bez celu i żadnego uzasadnienia. Goldie dała mu ten cel i niestety od razu zginęła. Marv jest noirowym antybohaterem, ale takim pociągniętym bardzo grubą, czarną kreską. Żyje w koszmarnym mieście, również wyciągniętym prosto z czarnych kryminałów i poddanym karykaturalnej przeróbce.

Frank Miller w Subiektywnie

Egmont co jakiś czas dodrukowuje nakłady komiksów, które po czasie stały się bardzo trudno dostępne na rynku. W maju pojawił się ponownie pierwszy tom słynnej serii „Sin City” autorstwa Franka Millera. Nie ma chyba takiego miłośnika historii obrazkowych, który nie słyszałby o tym komiksie – zwłaszcza, że czternaście lat temu głośnym echem na świecie odbiła się ekranizacja trzech wybranych opowieści ze świata „Sin City”. Jedną z nich było „Trudne pożegnanie”, czyli pierwsza wyprawa do Miasta Grzechu.

 

Po kilkudniowej przerwie wracamy do działu Subiektywnie. Można tam dziś przeczytać relację Marcina z lektury Sin City. Trudnego pożegnania.

Szortal Transformacja - Odcinek 2

Szortal Transformacja (Odc. 2) - Wydawnictwo Terebka

 

Dawkując informacje, przedstawiamy nowe wydawnictwo, połączone z Szortalem tak blisko, że bliżej się chyba nie da. Wydawnictwo Terebka, które w sposób sprawiedliwy dzielić się będzie z Szortalem wspólną ofertą.

Zapraszamy na nowo otwartą stronę, gdzie niebawem pojawią się pierwsze zapowiedzi książkowe.

Batman. Mroczny książę z bajki – Enrico Marini

Nie do końca wykorzystany potencjał

Marek Adamkiewicz

Batman to bohater na wskroś amerykański, dziecko tamtejszej popkultury, obecnie też jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci komiksowych. Na przestrzeni ponad osiemdziesięciu lat od powołania do życia doczekał się różnych wersji i interpretacji. Jego przygody opisywali twórcy znani i lubiani, w czym nie ma niczego dziwnego, bowiem popularność Nietoperza była i wciąż pozostaje bardzo duża. Za bary z tematem brali się także pisarze niezwiązani z superhero, chcący jednak spróbować swoich sił w tym wcale niełatwym nurcie. Jednym z nich jest Enrico Marini, znany między innymi z pracy przy seriach „Cygan” i „Skorpion”.

Joker porywa dziewczynkę, która może być córką Bruce’a Wayne’a. Celem przestępcy jest wymuszenie na milionerze zakupu na licytacji pięknego klejnotu, który ma stanowić prezent urodzinowy dla Harley Quinn. Jakkolwiek uleganie szantażowi nie leży w naturze Batmana, tym razem może musieć nagiąć swoje zasady – wszak na włosku wisi życie niewinnego dziecka. Trzeba działać szybko i zdecydowanie, bo Joker nie ma żadnych skrupułów. Kłopot polega na tym, że nikt nie zna miejsca, w którym przetrzymywana jest zakładniczka. Czas ucieka, a kolejne tropy prowadzą Nietoperza donikąd.

Enrico Marini w Subiektywnie

Batman to bohater na wskroś amerykański, dziecko tamtejszej popkultury, obecnie też jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci komiksowych. Na przestrzeni ponad osiemdziesięciu lat od powołania do życia doczekał się różnych wersji i interpretacji. Jego przygody opisywali twórcy znani i lubiani, w czym nie ma niczego dziwnego, bowiem popularność Nietoperza była i wciąż pozostaje bardzo duża. Za bary z tematem brali się także pisarze niezwiązani z superhero, chcący jednak spróbować swoich sił w tym wcale niełatwym nurcie. Jednym z nich jest Enrico Marini, znany między innymi z pracy przy seriach „Cygan” i „Skorpion”.

 

Odwiedziny w Subiektywnie zaczniemy dzisiaj od recenzji Batmana. Mrocznego księcia z bajki, napisanej przez Marka.

Hawkeye. Odmieniony. Tom 1 – Jeff Lemire

Hawkeye

Jagoda Wochlik

Obecnie Hawkeye jest znany szerszej publice przede wszystkim jako jeden z członków Avengers. Ma jednak znacznie ciekawszą historię, z której osoby nieznające dobrze komiksów nie zdają sobie sprawy. Nowa seria „Marvel Now 2.0”, którą wypuścił właśnie Egmont, jest dobrym sposobem, by rozpocząć przygodę z tym bohaterem.

Clint i Kate otrzymują od szefowej Shield, Marii Hill, zadanie odnalezienia i przechwycenia tajnej broni z bazy Hydry. Misja szybko się komplikuje, bo tajną bronią okazuje się grupka zmutowanych dzieci obdarzonych niezwykłymi zdolnościami.

Nie jest tajemnicą, że serie wychodzące w ramach „Marvel Now” i „Marvel Now 2.0” rzadko mi się podobają i często wyrażam się na ich temat mało pochlebnie, ale „Hawkeye. Odmieniony” to nie będzie tego rodzaju przypadek. Komiks jest naprawdę dobry. Akcja biegnie dwoma torami – z jednej strony mamy przeszłość bohatera, dowiadujemy się między innymi dlaczego przybrał pseudonim Hawkeye, z drugiej obserwujemy jego teraźniejszość – gdy Clint jest już dorosły i mierzy się z rolą mentora młodej Hawkeye. Komiks daje nam możliwość zapoznania się z genezą bohatera. Na dodatek scenarzysta porusza ciekawe tematy – zmagania się z niepełnosprawnością, odpowiedzialności za drugą osobę. Pyta też o granice człowieczeństwa – czy w ciele dziecka może kryć się potwór?

„Hawkeye. Odmieniony” został narysowany w bardzo ciekawy sposób. Ponieważ akcja toczy się dwutorowo, w przeszłości i teraźniejszości bohatera, sposób rysunku został dopasowany do każdej z tych narracji. Przeszłość ukazano w pastelowych kolorach i naszkicowano w przyjemny dla oka sposób, jakby bohater mimo złych doświadczeń nieco ją gloryfikował. Natomiast teraźniejszość wydaje się  brzydka. Kreska jest ostra, pojawiają się niezbędne linie, ale tylko tyle, by naszkicować podstawowe rzeczy. Kadry poza postaciami są niemal puste, a sposób rysowania bardzo umowny.

Jeff Lemire w Subiektywnie

Obecnie Hawkeye jest znany szerszej publice przede wszystkim jako jeden z członków Avengers. Ma jednak znacznie ciekawszą historię, z której osoby nieznające dobrze komiksów nie zdają sobie sprawy. Nowa seria „Marvel Now 2.0”, którą wypuścił właśnie Egmont, jest dobrym sposobem, by rozpocząć przygodę z tym bohaterem.

 

Dzisiejsza wizyta w Subiektywnie przyniesie również lekturę recenzji Hawkeye. Odmienionego, napisanej przez Jagodę.